Gladiatorzy to dla filmowców wymarzeni bohaterowie. Potężni wojownicy walczą w Koloseum z użyciem egzotycznie wyglądającej broni, ku uciesze cesarza i jego świty. Takie walki stały się już obowiązkowym elementem filmowych opowieści o osiągnięciach starożytnego Rzymu, znakomicie wyrażając kontrast między siłą i gwałtownością pojedynków a wymuskaną dekadencją elit. Dzięki odkryciom archeologów wiemy coraz więcej o życiu prawdziwych gladiatorów w cesarstwie rzymskim.

WIDEO…

player placeholder

Podwaliny pod tę opowieść położyły pierwsze wykopaliska w Koloseum, kolejne rozdziały dopisały zaś do niej niedawne odkrycia szkół gladiatorów w dolinie Dunaju i koszar do ćwiczeń w Pompejach. Archeolodzy sądzą, że występy gladiatorów były o wiele bardziej złożonym spektaklem, niż sądziliśmy. Poznają też kulisy długich przygotowań i planowania. Oto, co udało im się ustalić.

Czy gladiatorzy nosili przydomki?

W pierwszym „Gladiatorze” z 2000 r. grany przez Russella Crowe’a Maximus zyskuje na początku kariery wojownika przydomek „Hiszpana”. I choć nadawanie pseudonimów może wydawać się zjawiskiem zaczerpniętym raczej ze współczesnego wrestlingu, to faktycznie ma ono rzymskie korzenie.

Zobacz także:

Historycy potwierdzają, że gladiatorzy kreowali sceniczne postaci, by wzbudzić zainteresowanie fanów. Wielu miało swoje firmowe ciosy i wyposażenie związane z wybranym stylem walki, nazywane armatura. Do największych gwiazd areny należał Trak Celadus – odkryte w Pompejach graffiti opiewa jego zwycięstwa i powodzenie u „dziewcząt”.

Nagła śmierć? A może nagłe zwycięstwo?

W kulturze popularnej utarło się przekonanie, że gladiatorzy zawsze walczyli na śmierć i życie. Jednak z badań wynika, że pojedynki do ostatniej kropli krwi urządzano dość rzadko. Owszem, wśród gladiatorów zdarzali się skazańcy i jeńcy, ale większość stanowili zawodowi atleci, kształceni w doskonale wyposażonych szkołach gladiatorów.

Gladiatorem nieczęsto zostawało się za karę. Była to raczej ścieżka kariery, która mogła uczynić daną osobę prawdziwą gwiazdą. A obrotni rzymscy promotorzy nie mieli interesu w posyłaniu podopiecznych na śmierć. Uważa się, że średnio z dziewięciu na dziesięć walk obaj rywale wychodzili cało i po jakimś czasie mogli stanąć do kolejnych pojedynków.

Rekiny? W Koloseum?

W zapierającej dech w piersiach scenie z „Gladiatora 2” arena Koloseum zostaje napełniona wodą. Wypływają na nią statki z wojownikami, którzy zaczynają ze sobą walczyć, podczas gdy wokół złowieszczo krążą rekiny. Można uznać, że scenarzyści popuścili tu wodze fantazji, ale w starożytnym Rzymie naprawdę urządzano inscenizowane bitwy morskie, nazywane naumachia. Ale rekiny? Cóż, to już fikcja.

naumachia
fot. Namus Archive/Scala, Florencja

Pierwsze takie bitwy organizowano za panowania Juliusza Cezara, na długo przed ukończeniem budowy Koloseum około 80 r. n.e. Co do tego, czy w tej budowli także odbywały się naumachia, zdania historyków są podzielone. Wedle jednego ze starożytnych źródeł spektakl taki wystawił cesarz Tytus z okazji uroczystej inauguracji amfiteatru.

Czy ludność starożytnego Rzymu naprawdę była tak zróżnicowana etnicznie?

W „Gladiatorze 2” pojawiają się postaci ze wszystkich zakątków starożytnego świata – i naprawdę odzwierciedla to wielokulturowość cesarstwa rzymskiego. Zarówno w stolicy, jak i w garnizonach na rubieżach imperium, można było spotkać osoby z różnych regionów Afryki, Bliskiego Wschodu i Europy.

Badania DNA pozbawionych głów szkieletów, znalezionych w rzymskim garnizonie nieopodal Yorku w Anglii, wykazały, że osoby te pochodziły z miejsc oddalonych o tysiące kilometrów. Społeczeństwo rzymskie było kosmopolitycznym tyglem, w którym łączyły się ze sobą bardzo różne ludy i kultury.

Źródło: National Geographic Polska