Polinezja Francuska obejmuje 118 wysp i atoli, z których 67 jest zamieszkanych. Niewielka powierzchnia lądowa rozproszona jest na ogromnej przestrzeni oceanicznej, co nadaje temu terytorium charakter wybitnie morski. Utrzymanie Polinezji Francuskiej pozostaje kluczowe dla globalnej pozycji Francji. Szczególne znaczenie ma jej wyłączna strefa ekonomiczna, licząca około 4,85 mln km². To jeden z filarów francuskiej obecności morskiej w regionie, dający prawa do zasobów morskich i potencjalnych bogactw dna oceanicznego Pacyfiku.
WIDEO…
Najbardziej traumatycznym doświadczeniem współczesnej historii Polinezji Francuskiej były francuskie testy nuklearne prowadzone na atolach Moruroa i Fangataufa w latach 1966–1996. W tym okresie przeprowadzono 193 próby jądrowe, w tym atmosferyczne i podziemne. Intensywne wiercenia oraz 147 testów podziemnych – często o mocy wielokrotnie przekraczającej bombę zrzuconą na Hiroszimę – doprowadziły do poważnego naruszenia struktury geologicznej atolu. Na początku 1996 roku prezydent Francji Jacques Chirac, pod wpływem ogromnej presji politycznej i społecznej, zakończył program testów nuklearnych.
Załoga i 400 mil morskich
W lutym 2026 roku katamaran Excess 11 o dźwięcznej nazwie Mara’amu wyruszył trasą: Papeete – Tetiaroa – Raiatea – Taha’a – Maupiti – Bora Bora – Tupai – Huahine – Moorea. Pokonał łącznie około 750 kilometrów, czyli niemal 400 mil morskich. Załogę tworzył zgrany zespół: Mikołaj Antowski, Michał Dacko, Jacek Liszewski, Marek Szumilas, Artur Pohl, kapitan William Alikiagalelei oraz ja, Radosław Fiedler. Przy planowaniu tak odległej wyprawy zgrana załoga to podstawa. Każdy miał przypisane obowiązki, a kucharz Jacek za każdym razem nas zaskakiwał, serwując znakomite dania. Potrafił znakomicie poradzić sobie ze świeżo złowionym tuńczykiem, tak że nic się nie marnowało.
W trakcie długich przygotowań trochę się niepokoiliśmy, że planujemy żeglowanie w środku pory deszczowej. Na miejscu okazało się, że owszem, kropiło, ale jedynie przez chwilę. Tylko raz, w drodze powrotnej do Moorei, późno w nocy, na niebie zebrały się ciemne chmury i pojawiły się nieco silniejsze podmuchy wiatru, choć nigdy na tyle mocne, by usłyszeć charakterystyczny trzask spadających przedmiotów. Było tak spokojnie – zgodnie z nazwą oceanu – że nie odczuliśmy nawet najmniejszych objawów choroby morskiej.
Ktoś może zapytać, dlaczego wybraliśmy katamaran, a nie jednokadłubowiec. Odpowiedź jest prosta: ze względu na rafy koralowe i płycizny katamaran, choć nieco powolniejszy, był znacznie mniej narażony na tarcie o dno. Poza tym był większy i wygodniejszy do poruszania się po pokładzie, co przy siedmioosobowej załodze stanowiło spore udogodnienie.
Miejsca znane i nieznane
Wśród malowniczych atoli i lagun Polinezji Francuskiej infrastruktura praktycznie nie istnieje – kotwica i ponton to jedyny sposób dotarcia do brzegu. Naszą żeglugę rozpoczęliśmy od atolu Tetiaroa, złożonego z niewielkich wysepek, na którym znajduje się rezerwat przyrody i ważne miejsce lęgowe licznych ptaków morskich.
Na Maupiti wypożyczyliśmy rowery – bez przerzutek i z zardzewiałymi łańcuchami – ale widoki oraz przyjazne psy w pełni rekompensowały te niedogodności. Zwieńczeniem był „spacer” na malowniczy szczyt wygasłego wulkanu. Na najwyższych odcinkach trzeba się wspinać po linach i niemal pionowych ścianach – nasz bardzo zwinny kapitan William dał radę wejść na szczyt w klapkach. Osobom mniej wysportowanym raczej tego nie polecamy.
Udało nam się rzucić kotwicę przy niemal niezamieszkałym atolu Tupai, na którym znajdują się jedynie małe lotnisko i rezydencja należąca do rządu Polinezji Francuskiej. Zdołaliśmy udobruchać jedynego strażnika i przez chwilę mogliśmy przespacerować się po wyspie. Po drodze Bora Bora, ale też na wyspie Huahine grillowaliśmy tuńczyka. Zapadający wieczór oraz blask ogniska na plaży tworzyły niezapomniane doświadczenie.
Dla mnie ta wyprawa miała też wymiar sentymentalny – żeglowałem bowiem śladami dziadka Arkadego. Podróżnik przebywał w Polinezji Francuskiej od maja do grudnia 1939 roku.
Śladami wyprawy dziadka
W kwietniu 1939 roku dziadek wyruszył liniowcem SS Sagittaire z Francji na Tahiti, śladami Paula Gauguina, licząc, że klimat południowych mórz przywróci mu siły po przebytym szkorbucie i że na wyspie spędzi dwa lata. Zamieszkał w bungalowie w Faaa pod Papeete, gdzie w tropikalnym zaciszu pisał „Radosnego ptaka drongo”. Jak wspominał, miał tam wymarzone warunki do pracy literackiej. Sielankę przerwały pod koniec sierpnia 1939 roku docierające do niego niepokojące wieści o narastającym kryzysie w Europie.
Dziadek był wielkim optymistą – do końca łudził się, że burzowe chmury się rozejdą i uda się uniknąć wojennej katastrofy. 2 września 1939 roku Arkady Fiedler poszedł na pocztę w Papeete. Z lokalnego radiowęzła popłynął najpierw Mazurek Dąbrowskiego, a potem Marsz żałobny Chopina. Tak, zamiast listów, dotarła do niego wiadomość o napaści Niemiec na Polskę. Był strasznie przybity – raj zamienił się w dokuczliwą udrękę, a zarazem w pułapkę, z której pragnął jak najszybciej się wydostać.
Nie było to proste, bo między Tahiti a Europą nie istniały żadne cywilne rejsy lotnicze. Mógł liczyć wyłącznie na statek, a taka podróż trwała wiele tygodni: po drodze zawijano do kolejnych portów, ładowano i rozładowywano towary, zabierano nowych pasażerów, zanim wreszcie dotarto do celu. Łączność telegraficzna z Polską się urwała, a sytuacja materialna dziadka z każdym dniem stawała się trudniejsza. Był zdeterminowany, by jak najszybciej dotrzeć do Francji i zaciągnąć się do formujących się na Zachodzie Polskich Sił Zbrojnych. Dopiero na przełomie listopada i grudnia 1939 roku wsiadł w Papeete na pierwszy dostępny statek i wyruszył w trwający wiele tygodni rejs. Do Marsylii dopłynął w lutym 1940 roku.
Sto fotografii starannie wklejonych w zeszycie
Po wyprawie dziadka, obok garści wspomnień, pozostał niezwykły zbiór około stu zdjęć z Tahiti i Moorei, wykonanych między majem a listopadem 1939 roku. To bezcenna pamiątka tamtego półrocznego pobytu – ikonograficzny zapis zrobiony aparatem szerokoformatowym 12x12. Na czarno-białych fotografiach uwiecznieni są przede wszystkim ludzie – urodziwe kobiety, starcy, dzieci – a w tle gdzieniegdzie majaczą sylwetki wygasłych wulkanów i pochylone nad brzegiem Pacyfiku palmy.
Jest też na zdjęciach egzotyczna, urodziwa Hutiha oraz jej bungalow kryty liśćmi palmowymi. Na Tahiti nie zabrakło również fotografii Arkadego z aktorką Reri, która zagrała u boku Eugeniusza Bodo w filmowym przeboju „Czarna Perła”. Reri miała najwyraźniej miłe wspomnienia z pobytu w Polsce – serdecznie przywitała Arkadego, a na pożegnanie ofiarowała mu kwiatowy naszyjnik tiare.
Wulkaniczne wyspy i laguny się nie zmieniły
To, co zastał mój dziadek, a to, co zobaczyliśmy my, dzieli niemal stulecie. W Papeete wyrosły apartamentowce, wzdłuż wybrzeża pojawiły się liczne inwestycje. Po jego bungalowie w Faaa nie został żaden ślad – w tym miejscu stoi dziś coś zupełnie innego. Tam, gdzie niegdyś kończyła się bliskość wyspy ze światem, powstało lotnisko, które nadaje Papeete zupełnie inne tempo. Miasteczko, które dziadek opisywał jako prowincjonalne, zakurzone i senne, dziś tętni ruchem samochodowym, co chwilę stoi w korkach. Do portu zawijają wielopiętrowe wycieczkowce, jakich w jego czasach tu nie było.
Wzrósł też ruch turystyczny – i to jak. Dziś Polinezja to cel masowej turystyki. Tysiące gości z całego świata przyjeżdżają tu choćby na kilka dni, by zamieszkać w bungalowach na wodzie – najdroższej atrakcji regionu – i zrobić zdjęcie nad laguną. Za czasów dziadka wyglądało to zupełnie inaczej: na wyspy Pacyfiku zawijali głównie Francuzi i Amerykanie, pragnący się dobrze bawić. Dla nich Tahiti było egzotyczną, odległą przygodą dla nielicznych – dla dzisiejszych turystów jest wakacyjnym kurortem.
Same wulkaniczne wyspy i malownicze laguny nie zmieniły się od czasów dziadka. Kształty Bora Bory, zarys Raiatei, profil Moorei, surowy stożek Maupiti wyglądają dziś tak samo, jak wtedy, gdy Arkady oglądał je z pokładu statku. Widzimy je tak, jak on je widział, i czujemy ten sam zapach oceanu, palm i wspaniałych raf koralowych.
Puszczykowski drogowskaz
W Muzeum Arkadego Fiedlera w Puszczykowie stoi drogowskaz wszystkich jego wypraw – także tej na Tahiti, wskazywanej strzałką z napisem: osiemnaście tysięcy kilometrów. Udało nam się dotrzymać rodzinnej tradycji i dotrzeć do najodleglejszych miejsc, podążając śladami dziadka Arkadego. Choć nigdy nie napisał książki o Polinezji Francuskiej, spośród wszystkich jego licznych wypraw właśnie tahitańska przygoda była tą najdalszą.
Po latach udało mu się jeszcze wrócić na Madagaskar i do Kanady, ale nigdy nie wrócił na Tahiti. Tym bardziej cieszę się, że mogłem żeglować śladami dziadka Arkadego i spojrzeć na te same malownicze laguny i wulkaniczne wyspy, które z podziwem oglądał niemal dziewięćdziesiąt lat temu.
Chcesz znaleźć więcej inspirujących podróży, fascynujących odkryć i opowieści ze świata nauki? Skorzystaj ze specjalnej oferty prenumeraty magazynów National Geographic Polska i National Geographic Traveler.