Reklama

Spis treści:

  1. Podwodny wodospad
  2. Przeszłość związana z plantacjami trzciny cukrowej
  3. Na Mauritiusie można przepaść
  4. Zanurzenie w naturze
  5. Mauritius – informacje praktyczne

Niedowierzanie to stan, który przeżywam tu najczęściej. Czy tutejsza natura aby nie przesadziła z budżetem na efekty specjalne? Bo czy woda ma prawo mieć tak nieskazitelnie akwamarynowy odcień? A roślinność tak nierealnie szmaragdową soczystość? Jakby Stwórca podkręcił saturację do granic możliwości. Nawet ptaki, które codziennie towarzyszą mi podczas śniadań, wyglądają jak ofiary ekstrawagancji. Kardynały madagaskarskie mają pióra tak szkarłatne, jakby ktoś pomalował je najgłębiej nasyconym akrylem. A bilbile zbroczone obnoszą się z zawadiackimi ciemnymi czuprynami. Kto wymyślił im te wszystkie ozdoby?

Także powietrze ma tutaj swoją barwę – jest świetliste i pachnie gęstym, słodkim aromatem frangipani, który przenika się z zapachem ziemi. Wreszcie hotele. Zaprojektowane z taką architektoniczną finezją, że mimo pokaźnych rozmiarów chwilami czuję się w nich zupełnie sama. Ot, kolejna dusza zagubiona w luksusie, rozpieszczana przez słońce, oceaniczną bryzę, plażę o barwie i konsystencji mąki.

Na osobne wyróżnienie zasługuje jedzenie – obłędna fuzja smaków kreolskich, indyjskich i francuskich, którą niezwykle doceniają moje kubki smakowe. Wyobrażam sobie, że dokładnie tak musiała się czuć Ewa w raju, zanim ugryzła to nieszczęsne niskokaloryczne jabłko. Doprawdy trudno wytrwać, kiedy człowiekowi niczego więcej nie brakuje prócz odrobiny silnej woli.

Podwodny wodospad

Chyba większość osób lecących nad Mauritiusem chce sprawdzić realność pewnego kultowego zdjęcia z drona. Uchwycono na nim południowo-zachodnie wybrzeże wyspy, u stóp majestatycznej bazaltowej góry Le Morne Brabant (556 m). Na pierwszym planie widać tam gigantyczną podwodną kaskadę wyglądającą jak potężny wir wciągający ocean w głąb ziemi. W rzeczywistości jest to oszustwo optyczne, za które odpowiada specyficzny układ prądów morskich. One to nieustannie spłukują jasny piasek i muł z nadbrzeżnych mielizn w stronę oceanicznej głębi, dając to spektakularne wrażenie.

Wszystkie kolory Mauritiusa. Ludzie, smaki, sporty, bogowie
Wszystkie kolory Mauritiusa. Ludzie, smaki, sporty, bogowie / fot. National Geographic

Wypatrywałam tego zjawiska przez okno samolotu z ekscytacją poszukiwacza skarbów, a może bardziej pogromcy mitów. I choć kąt padania światła oraz chmury rzadko pozwalają pasażerom dostrzec ów efekt, widok i tak oszałamia. Głęboki, niemal granatowy odcień otwartego Oceanu Indyjskiego nagle przechodzi w jaskrawy, neonowy turkus i seledyn.

Linia odcinająca te kolory to rafa koralowa, która otacza niemal cały Mauritius. Białe spienione fale rozbijają się o tę barierę. A po wewnętrznej stronie kręgu ocean pozostaje potulnie gładki i miejscami tak przezroczysty, że można dostrzec mielizny. Jeśli Mark Twain po pobycie na tej wyspie stwierdził, że Mauritius stworzono najpierw, a potem skopiowano z niego raj, muszę przyznać mu rację.

Przeszłość związana z plantacjami trzciny cukrowej

Korzystam z usług Constance, rodzinnej firmy, która wyrosła z tutejszej ziemi, a dokładniej z plantacji trzciny cukrowej stanowiącej niegdyś fundament bogactwa Mauritiusa. Z czasem właściciele Constance Sugar Estate postanowili przekształcić swój biznes z rolnego w hotelarski. Ponieważ ziemia należała do nich, zaczęli od budowy bungalowów, potem doszły baseny, aż w 1975 r. powstał pierwszy hotel, Constance Belle Mare Plage, następnie Prince Maurice, wreszcie najnowsze dziecko – Le Chaland.

W drodze z lotniska mijam rozległe pola trzciny cukrowej, która wciąż dominuje w krajobrazie wyspy. Choć to trawa, wysokością bardziej przypomina bambus i może osiągać nawet 4 m. Roślina ta kocha tropikalne słońce i deszcze równie mocno jak ja, ale nie chciałabym się w tym gąszczu zgubić. Wygląda jak labirynt bez wyjścia. Za tymi falującymi szmaragdowymi łanami skrywają się plantacje mango, liczi, papai, marakui, a nawet herbaty.

Tutejsza zabudowa to architektoniczny kalejdoskop, od motywów afrykańskich, przez azjatyckie, po typowo europejskie kolonialne wille z zachwycającymi detalami. Mój kierowca, Adesh, opowiada, że na Mauritiusie w jednym domu mieszkają często dwa lub nawet trzy pokolenia. Choć wyspa jest zaledwie cztery razy większa od Warszawy i można ją przejechać samochodem z północy na południe w niecałe dwie godziny, żyje tu aż 1,3 mln ludzi. To czyni Mauritius jednym z najgęściej zaludnionych miejsc na Ziemi, choć tu tego nie widać.

Mauritius kusi nie tylko pogodą. Oto geologiczny cud wyspy
Mauritius kusi nie tylko pogodą. Oto geologiczny cud wyspy, fot. Getty Images

Na pytanie, czy bliżej wam do Afryki, czy do Azji, a może Europy, Adesh odpowiada z wdziękiem dyplomaty, że to zależy, gdzie jadą na wakacje: – Jeżeli do Azji, to czujemy się Afrykanami, a w Afryce – Azjatami – żartuje.

W tym kulturowym miksie blisko jedna trzecia mieszkańców to kreolscy potomkowie afrykańskich niewolników, ale większość populacji stanowią Hindusi (potomkowie robotników kontraktowych). Gdy dodamy do tego mniejszość chińską oraz spadkobierców francuskich i brytyjskich kolonizatorów, otrzymujemy o dziwo bodaj najbardziej harmonijne, wielokulturowe społeczeństwo na świecie.

Jak twierdzi Adesh, wszyscy żyją tutaj w pokoju i wzajemnym szacunku, choć nie jest to świat wolny od problemów. Kościoły stoją obok meczetów i świątyń hinduistycznych. – Tylko godziny nabożeństw są różne, żeby wierni mieli na zmianę gdzie parkować – dodaje.

Nad tym ludzkim tyglem czuwa monumentalna góra Le Morne Brabant, symbol wolności wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Przez wieki była schronieniem dla tzw. maroons – zbiegłych niewolników ukrywających się przed władzami kolonialnymi. Legenda mówi, że gdy w 1835 r., po formalnym zniesieniu niewolnictwa na Mauritiusie, grupa policjantów i urzędników udała się pod szczyt, by to oznajmić – w przekonaniu, że zostaną schwytani, zbiegowie rzucili się z urwiska, wybierając śmierć zamiast niewoli.

Na koniec Adesh przywołuje historię ptaka dodo, kolejnego symbolu wyspy. Zdobi on wszystko: od magnesów, koszulek, po godło kraju. Ponieważ nie było tu drapieżników, ewolucja odebrała mu zdolność latania. Ptak był też uderzająco ufny, co wykorzystali holenderscy żeglarze, którzy w 1598 r. dotarli na Mauritius. Jednak do jego wyginięcia niespełna 100 lat później bardziej przyczyniły się przywiezione tu świnie oraz szczury, które plądrowały jego naziemne gniazda.

Na Mauritiusie można przepaść

Choć odwiedziny na lokalnym targowisku wzbogaciły moją szafę o kolejny kaszmirowy szal, bo Mauritius słynie z wyrobów z tego rodzaju wełny – to najcenniejszą rzeczą, jaką stąd wywiozę, jest lekcja przepadania. Zapadania się w otoczenie tak rajskie, że człowiek traci ochotę na jakąkolwiek produktywną działalność.

W Constance Belle Mare Plage, który ma dwa 18-dołkowe mistrzowskie pola golfowe, The Legend oraz The Links, można godzinami obserwować potyczki graczy z tarasu restauracji. Potem wystarczy zejść do Blue Penny Cellar, restauracji i zarazem imponującej piwnicy z winem, z 30 tys. butelek trunków z całego świata, by zniknąć dla cywilizacji na kolejne pół dnia.

– To miejsce sprawi, że pani przepadnie – tymi słowami powitano mnie w Prince Maurice. Pomyślałam wówczas, że to marketingowy slogan dla Europejczyków szukających modnego ostatnio cyfrowego detoksu. Wkrótce jednak poczułam, jak zamykają się za mną drzwi do pełnej napięć rzeczywistości, a otwiera przestrzeń rządząca się zupełnie innymi prawami. Wkroczyłam w świat piękna, zmysłowych zapachów, oszałamiających kolorów i wyrafinowanych smaków. Najpierw nieśmiało, a potem z całą intensywnością.

Nie będziesz chciał tego miejsca opuścić. Mauritius to raj na Ziemi
Nie będziesz chciał tego miejsca opuścić. Mauritius to raj na Ziemi / fot. Getty Images

Sam hotel nie powstał w tym miejscu przypadkowo. Rozłożył się na bagnistym, dzikim półwyspie, gdzie słona woda Oceanu Indyjskiego miesza się ze słodkimi strumieniami z wulkanicznego wnętrza Mauritiusa. Za sprawą tej hydrologicznej anomalii panuje tu unikatowy mikroklimat, w który architekci Jean-Marc Eynaud oraz David Edwards perfekcyjnie wkomponowali wille i bungalowy, dbając o to, by wszystko pozostało w zgodzie ze starożytnymi zasadami feng shui. Przepływ energii chi ma tu koić, a nie pobudzać do działania, co mnie wprowadziło w stan najgłębszego lenistwa.

Wcześniejsze ambitne plany eksploracji wyspy i odhaczania kolejnych atrakcji zastąpiły poranna joga, popołudniowe masaże, powolne spacery brzegiem oceanu i podglądanie ptaków. Bungalow stał się moim mikroświatem, z którego ruszałam na fascynujące mikrowyprawy. Dzięki nim odkryłam, że nawet miałki piasek pod moimi stopami kryje tajemnicę. W znacznej mierze jest on dziełem… papugoryb. Stworzenia te żywią się koralowcami, które wydalają w formie drobnego, białego pyłu. Warto o tym pamiętać, kładąc się na plaży.

Zanurzenie w naturze

Odkryłam też rezerwat Natural Fish Reserve, a w nim pływającą restaurację Le Barachois, która składa się z pięciu drewnianych pomostów rozwieszonych bezpośrednio nad wodami rezerwatu. Prowadzi tam sieć trapów otoczonych mangrowcami, gęstymi zaroślami, które są domem dla małż, ostryg i krabów, a jednocześnie niczym nerki filtrują wodę z wszelkich zanieczyszczeń.

Podczas kolacji towarzyszył mi Johnny, rekin, który zamieszkał w tutejszej lagunie. Przypływa punktualnie, niczym gospodarz witający gości, przydając serwowaniu tu wykwintnych dań dreszczyku emocji. W tym samym czasie niebo powoli staje w ogniu, a zachód słońca rozlewa się nad nami spektakularną paletą głębokiej purpury i złota, gasnąc powoli na horyzoncie. A potem pojawiają się miliony gwiazd i znów niczym w czarnej dziurze giną kolejne godziny.

W hotelu Le Chaland proces mojego przepadania dopełnia się ostatecznie. Luksus zastępuje nauka nowych umiejętności, jak prawidłowe oddychanie czy strzelanie z łuku, gdy kluczowe jest skupienie. Cnota, którą współczesny człowiek porzucił na rzecz sprawdzania powiadomień w telefonie.

Szlak biegnący stąd wzdłuż malowniczego dzikiego fragmentu wybrzeża zaprowadził mnie do dziewiczego lasu palmowego. Imponujące dwustuletnie drzewa strzelały w niebo, a ich kołyszące się nawet 30 m nad ziemią korony dosłownie drapały chmury. Gdy nasz przewodnik nagle krzyknął, niebo zaroiło się od wielkich nietoperzy, rudawek maurytyjskich. Rozpiętość skrzydeł tych władców nocy dochodzi do metra, co sprawia, że wyglądają jak latające lisy.

Mauritius
Le Morne Brabant / fot. Getty Images

Kontrastem dla tego doświadczenia był rejs na pobliskie rafy koralowe Marine Park w Blue Bay. Wystarczyło zanurzyć się z rurką pod powierzchnię wody, by znaleźć się w innym uniwersum – wśród ogromnych koralowców i ławic bajecznie kolorowych egzotycznych ryb. I znów kolejne miejsce na Mauritiusie sprawiło, że zniknęłam na dłuższą chwilę, bo każdy, kto kiedykolwiek wszedł do podwodnego świata, wie, jak trudno jest się z nim rozstać.

Mauritius – informacje praktyczne

Kiedy

  • Maj–czerwiec oraz wrzesień–listopad to optymalne temperatury 26–29°C, niskie ryzyko deszczu i przyjemna wilgotność powietrza.
  • Grudzień–kwiecień to czas dla osób kochających upały powyżej 30°C. Od stycznia do marca na Oceanie Indyjskim trwa sezon cyklonów.
  • Lipiec–sierpień to na Mauritiusie zima. 23–25°C, a w nocy potrafi spaść do 17–19°C.

Wiza i waluta

  • Oficjalną walutą wyspy jest rupia maurytyjska; 12–13 MUR = 1 PLN.
  • Polacy nie potrzebują wizy, jeśli jadą na Mauritius w celach turystycznych na maksymalnie 90 dni.

Dojazd

Korzystne połączenie oferuje Turkish Airlines przez Stambuł. Bilet można upolować już za 4 tys. zł. Czas podróży to zwykle ok. 16 godz.

Nocleg

  • Constance Belle Mare Plage położony przy jednej z najdłuższych i najpiękniejszych piaszczystych plaż na wyspie. Ma 7 restauracji, w tym słynną piwnicę z winami – Blue Penny Cellar, i 6 barów. Posiada dwa mistrzowskie, 18-dołkowe pola golfowe, na których rozgrywają się międzynarodowe turnieje.
  • Constance Prince Maurice to luksusowy hotel butikowy. Jest ukryty na prywatnym, osłoniętym od wiatru półwyspie o powierzchni 60 ha, otoczonym ze wszystkich stron spokojną laguną i gęstymi lasami namorzynowymi. Idealny dla par i nowożeńców.
  • Constance Le Chaland położony jest zaledwie 15 minut jazdy samochodem od lotniska. Jego największym atutem jest sąsiedztwo Parku Morskiego Blue Bay, jednego z najbardziej dziewiczych i chronionych obszarów morskich na Mauritiusie, gdzie można snorklować.

Źródło: archiwum NG

Chcesz znaleźć więcej inspirujących podróży, fascynujących odkryć i opowieści ze świata nauki? Skorzystaj ze specjalnej oferty prenumeraty magazynów National Geographic Polska i National Geographic Traveler.

Agnieszka Franus

Agnieszka Franus – zastępczyni redaktora naczelnego magazynów National Geographic, National Geographic Traveler, redaktor naczelna Kaleidoscope. Z wykształcenia geolog. Jej pasje to historia, fotografia i podróże. Najlepiej wypoczywa wędrując po górach, a w wolnych chwilach lubi gotować dla przyjaciół.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...