Reklama

Spis treści:

  1. Dlaczego wikingowie tak zaciekle walczyli o Szetlandy?
  2. Szkocka Troja tuż przy lotnisku. Jarlshof skrywa 4 tys. lat historii
  3. 15-latek przypadkiem znalazł skarb sprzed 1200 lat
  4. Tutaj przybijały pierwsze drakkary. Wyspa na krańcu Wielkiej Brytanii
  5. Co stało się z wikingami? Ich potęga nie upadła jednego dnia
  6. Przemytnicy, piraci i beczki płonącego alkoholu. Druga historia Szetlandów
  7. Ropa odmieniła los wysp. Potomkowie wikingów znów się bogacą
  8. Szetlandy na własną rękę. Jak dotrzeć tam z Polski i zaplanować pobyt

Gdy samolot schodzi do lądowania, trudno zachować spokój. Podczas godzinnego lotu ze szkockiego Aberdeen przez okna widać tylko szare wody Morza Północnego. Aeroplan traci wysokość, niemal muska brzuchem grzywy fal, a wciąż nie ma lądu na horyzoncie.

Lotnisko w Sumburgh, na południowym krańcu głównej wyspy (Mainland), pojawia się nagle, bez uprzedzenia. Z rykiem przecinamy szosę, z tej okazji na chwilę zablokowaną szlabanem, i dotykamy nieprzyjemnie krótkiego pasa startowego. Słyszę pisk hamulców, czuję mocne szarpnięcie i instynktownie wbijam palce w oparcie fotela przede mną. Gwałtownie zatrzymujemy się przy terminalu przypominającym niewielką szopę. Widzę owce nieśpiesznie skubiące trawę tuż przy skrzydle naszej awionetki. Jestem na Szetlandach.

Dlaczego wikingowie tak zaciekle walczyli o Szetlandy?

To najdalej na północ wysunięta część Zjednoczonego Królestwa, ale Anglicy, Walijczycy, a nawet Szkoci niewiele o tych wyspach wiedzą i bardzo rzadko się tu zapuszczają. Rzut okiem na mapę da nam odpowiedź, czemu przez wieki był to teren superważny dla wikingów i kompletnie nieistotny dla poddanych JKM.

Gdy nordyccy wojownicy na swoich długich łodziach: knarrach i drakkarach, zasiedlali wybrzeża Szkocji, Anglii, Wyspy Owcze, Islandię i Grenlandię, to właśnie Szetlandy były miejscem, gdzie rozdzielały się szlaki żeglugowe. Wyruszając z odległego o 366 km norweskiego Bergen, po blisko dwóch dniach na otwartym morzu można było dotrzeć na Szetlandy i stąd płynąć dalej na północ – ku Islandii, lub na południowy zachód, do królestwa wikingów na wyspie Man na Morzu Irlandzkim.

Oczywiście wikingowie nie byli tu pierwszymi osadnikami. W surowym klimacie Północy zachowało się zaskakująco wiele pozostałości po neolitycznych osadach sprzed pięciu tysięcy lat, kuźnie i okrągłe chaty z epoki brązu, kamienne wieże z epoki żelaza, wioski Piktów – celtyckich wojowników malujących ciała na niebiesko, no i wreszcie długie 20-, 30-metrowe skandynawskie chaty, których mieszkańców my zwykliśmy nazywać „wikingami”, choć oni woleli mówić o sobie Norsmani – „ludzie Północy”.

Szkocka Troja tuż przy lotnisku. Jarlshof skrywa 4 tys. lat historii

Najlepsze stanowisko archeologiczne, na którym można znaleźć ślady wszystkich zamieszkujących Szetlandy cywilizacji, znajduje się trzy minuty drogi od… lotniska. – Jarlshof to taka nasza Troja – tłumaczy mi lokalny przewodnik Magnus, trzydziestoletni chłopak o posturze hollywoodzkiego wikinga i w okrągłych okularkach Johna Lennona nadających jego niedźwiedzim kształtom rys intelektualnej łagodności. – Na obszarze mniejszym niż pole karne boiska piłkarskiego archeolodzy znaleźli pozostałości wioski zamieszkanej w różnych okresach historii na przestrzeni czterech tysięcy lat. Największym problemem było takie zaplanowanie wykopalisk, żeby dokopując się do warstw z prehistorii, nie niszczyć obiektów z czasów wikingów czy epoki żelaza.

Szetlandy - Jarlshof
Szetlandy - Jarlshof / fot. Shutterstock

– A skąd się wzięła nazwa „Jarlshof”? – Przewodnik wybucha śmiechem. – To czysta propaganda. To niby skandynawsko-niemieckie słowo, które miało oznaczać „dwór wikińskiego księcia”, wymyślił największy szkocki pisarz, sir Walter Scott, który w 1814 r. towarzyszył przyjacielowi, inżynierowi Robertowi Stevensonowi, w wyprawie na Szetlandy. Stevenson chciał obejrzeć skałę w Sumburgh, gdzie miał postawić pierwszą na wyspach latarnię morską. A przy okazji natrafili na ruiny, które w wyobraźni Scotta były pałacem wikińskiego Jarla.

– Pisarz miał dobrą intuicję? – Nie. To, co wziął za pałac wikingów, było pozostałością domu szlachcica z XVII w. Ale najlepsze jest to, że pół wieku po śmierci sir Waltera Scotta potężny sztorm odsłonił fragmenty prawdziwych nordyckich chałup. A gdy zaczęto prowadzić prace archeologiczne, Jarlshof okazał się prawdziwą wyspą skarbów.

15-latek przypadkiem znalazł skarb sprzed 1200 lat

Nie wiem, czy nawiązanie przez Magnusa do tytułu powieści Roberta Louisa Stevensona (wnuka inżyniera, twórcy latarni morskiej w Sumburgh) było zamierzonym mrugnięciem okiem. Bo naprawdę największy skarb z czasów wikingów znaleziono, również dość przypadkowo, zaledwie kilkanaście kilometrów dalej, na Wyspie św. Niniana.

Mam szczęście, bo kapryśna pogoda na Szetlandach potrafi zepsuć humor. Ale dziś jest piękne słońce i przyjemne 12°C. Droga wiodąca szczytem klifu pozwala sycić wzrok krajobrazami niemal karaibskiego wybrzeża. A wyścielone białym piaskiem plaże nadają przybrzeżnej płyciźnie kolor turkusu przechodzącego w malachit. Do Wyspy św. Niniana wiedzie 400-metrowe tombolo – grobla o charakterystycznym kształcie dwóch odwróconych półksiężyców. To tutaj w 1958 r. 15-letni wolontariusz Douglas Coutts znalazł skarb sprzed 1,2 tys. lat. Chłopak przyszedł pomóc archeologom z uniwersytetu w Aberdeen w wykopaliskach. Miał delikatnie oczyścić z chwastów teren niedaleko ruin średniowiecznego kościoła. Godzinę później przybiegł podekscytowany z informacją, że pod jedną z desek znalazł drewniany kuferek.

Srebrną biżuterię prawdopodobnie ukryto w obawie przed zbliżającym się najazdem wikingów. Fakt, że nikt po ten skarb nie wrócił, pozwala sądzić, że los lokalnej ludności w IX w., na początku inwazji ludzi Północy na Szetlandy, był przesądzony. Przez kolejne sześć stuleci norwescy osadnicy rządzili tu niepodzielnie. O skali i sile inwazji świadczyć może fakt, że z czasów poprzedzających osiedlenie się wikingów nie ostały się w zasadzie żadne nazwy geograficzne. Toponimia archipelagu to często te same nazwy gór, miast czy osad jak w Norwegii, na Wyspach Owczych czy na Islandii.

Tutaj przybijały pierwsze drakkary. Wyspa na krańcu Wielkiej Brytanii

Żeby zobaczyć, jak wyglądało życie szetlandzkich wikingów, warto się wybrać do Haroldswick na wyspie Unst, najbardziej na północ położonym skrawku Zjednoczonego Królestwa. Dziś mieszka tu zaledwie ok. 650 osób, ale w średniowieczu to miejsce tętniło życiem. To wyspa położona najbliżej brzegów Norwegii i tutaj przybijały pierwsze drakkary z wojowniczymi Skandynawami. Wioska nosi nazwę na pamiątkę pierwszego norweskiego króla – Haralda Pięknowłosego, który pod swym berłem zjednoczył wikińskie klany. Na Szetlandy wybrał się, by ogniem i żelazem wymusić posłuszeństwo na ludziach, których uważał za swoich poddanych. Tych ambicji omal nie przypłacił życiem. Wikingowie z Szetlandów twardo walczyli. Udało im się nawet zabić królewskiego syna, następcę tronu. W końcu jednak musieli ulec.

Haroldswick
Haroldswick / fot. AlanMorris / Shutterstock.com

Odkopano tu i odrestaurowano typową farmę z tamtych czasów. Można wejść do środka długiej skandynawskiej chaty, która dawała schronienie zarówno ludziom, jak i domowemu inwentarzowi. Obok ustawiono replikę bojowego drakkara, którym król Harald przemierzył morze. Koniecznie trzeba wejść na pokład i przymierzyć się do wioseł. Tego rodzaju „archeologia wcieleniowa” naprawdę działa na wyobraźnię.

Co stało się z wikingami? Ich potęga nie upadła jednego dnia

Naukowcy wciąż się spierają, co sprawiło, że budzący powszechny strach wikingowie, po paśmie militarnych sukcesów – nagle się uspokoili i właściwie rozpłynęli na kartach historii. Po podbiciu niemal wszystkich wysp północnego Atlantyku, zasiedleniu północnej Francji (to od nich wzięła nazwę Normandia), pobiciu w 1066 r. anglosaskich królów pod Hastings i opanowaniu Anglii, a nawet po zdobyciu Sycylii na Morzu Śródziemnym.

Pewne znaczenie miało to, że w ich ojczyźnie, na półwyspie skandynawskim, wygasły wszystkie królewskie dynastie z wyjątkiem duńskiej. A Duńczycy, którzy przejęli zamorskie terytoria wikingów, stracili zapał do ekspansji. Odziedziczone po Norwegach wyspy albo bezlitośnie eksploatowali – jak Islandię, albo w ogóle o nich zapominali – jak na kilkaset lat zapomnieli o Grenlandii. Albo chętnie sprzedawali, razem z żyjącymi tam potomkami norweskich wikingów. Taki los spotkał szkockie Hebrydy, Orkady i Szetlandy. Najpierw zastawiono je jako zabezpieczenie posagu duńskiej księżniczki Małgorzaty przed jej ślubem ze szkockim królem Jakubem III w 1472 r. A potem, wraz z całą Szkocją, włączono do imperium brytyjskiego.

Przemytnicy, piraci i beczki płonącego alkoholu. Druga historia Szetlandów

Tyle że dla mieszkańców Szetlandów niewiele się zmieniło. Władza w Londynie najpierw zajęta była swoimi wojnami z Hiszpanią i Francją, a potem rozbudową przynoszących ogromne zyski zamorskich kolonii. Mówiący po norwesku mieszkańcy Szetlandów korzystali z tego, jak umieli. Archipelag stał się bazą wszelkich awanturników, szmuglerów, unikających podatków kupców i czasem zwykłych piratów.

Dzisiejsza stolica – Lerwick (z norweskiego „błotnista zatoka”), była miastem założonym przez holenderskich i niemieckich kupców, którzy żyli z hurtowego handlu nieoclonymi beczułkami dżinu. Gdy idziemy reprezentacyjnym nabrzeżem stolicy, może dziwić, jak wiele starych kamiennych domów ma od strony morza charakterystyczne kamienne podesty, tzw. lodberrie. Służyły one do dyskretnego rozładowywania łodzi przemytników.

Dopiero w drugiej połowie XIX w. wiktoriańska administracja postanowiła ukrócić ten proceder. Wydano też wojnę staremu językowi – norn, próbując go zastąpić angielskim. Częściowo skutecznie – ostatni Szetlandczyk mówiący po staronorwesku zmarł w 1985 r. Ale dialekt szetlandzki, którego zaczęto używać w zamian, w dalszym ciągu ma zarówno melodię, jak i szeleszczący akcent kojarzący się ze Skandynawią. Pozostało też wiele słów i zwyczajów nieznanych w innych miejscach Zjednoczonego Królestwa.

Up Helly Aa
Up Helly Aa / fot. Andrew J Shearer / Shutterstock.com

Najsłynniejsza szetlandzka tradycja to styczniowy festiwal ognia Up Helly Aa, gdy przebrani w średniowieczne stroje wikingów mieszkańcy Lerwick obrzucają pochodniami replikę skandynawskiej łodzi. Mało kto wie, że jego początek sięga zaledwie 1880 r. To wtedy brytyjski magistrat wymyślił „wikińską tradycję”, którą zastąpiono sięgający średniowiecza zwyczaj hucznego świętowania Nowego Roku za pomocą toczenia po stromych uliczkach beczek z płonącym samogonem. Z pewnością jest to bezpieczniejsze dla 7-tysięcznego stołecznego miasta z licznymi małymi, kamiennymi domkami.

Ropa odmieniła los wysp. Potomkowie wikingów znów się bogacą

Grudzień i styczeń na Szetlandach to czas wściekłych sztormów, a dzień trwa zaledwie 5–6 godz. Nic dziwnego, że gdy w XX w. transport morski znacznie się poprawił, wyspiarzy zaczęło gwałtownie ubywać. Emigrowali przede wszystkim za chlebem do Szkocji i Anglii.

Ostatnio trend się odwrócił, bo po raz drugi w historii Szetlandy znalazły się w centrum uwagi. To tutaj, w szelfie morskim, znaleziono najbogatsze brytyjskie złoża ropy i gazu. Każda zawierucha na Bliskim Wschodzie powoduje, że do Lerwick udają się kolejni biznesmeni z branży naftowej z walizkami pieniędzy i kontraktami wartymi miliony. Pogoda nie pomaga uwierzyć, że Szetlandy staną się nowym Dubajem, ale potomkowie wikingów powoli się bogacą. Powstają nowe, dobrze wyposażone muzea, stadiony sportowe, a po wąskich asfaltowych drogach jeżdżą zaskakująco luksusowe samochody. Archipelag na granicy geologicznej Atlantyku i Morza Północnego dostaje od losu drugą szansę.

Szetlandy na własną rękę. Jak dotrzeć tam z Polski i zaplanować pobyt

Kiedy

Sezon na Szetlandach trwa od maja do sierpnia. Temperatura jest wówczas najwyższa (kilkanaście stopni), a opady stosunkowo niewielkie.

Wiza i waluta

  • Do Wielkiej Brytanii wjeżdżamy z ważnym powyżej sześciu miesięcy paszportem. Konieczna jest także ETA (electronic travel authorisation), koszt 20 funtów.
  • Obowiązującą walutą jest funt brytyjski (GBP); 1 GBP = ok. 4,8 PLN.

Dojazd

  • Rejsy na Szetlandy obsługuje kompania NorthLink. Do Lerwick dopłyniesz promem z Aberdeen. Można wynająć kabinę.
  • Bezpośrednie połączenia Loganair łączą Szetlandy m.in. z Kirkwall, Aberdeen, Dundee, Inverness, Glasgow i Edynburgiem.
  • Bezpośrednio do Aberdeen dolecimy z Krakowa linią Ryanair lub Wizz Air z Gdańska od 500 zł w obie strony. Z Warszawy można lecieć z przesiadką np. przez Amsterdam lub Londyn od 1200 zł.

Transport

  • Najlepiej jest podróżować autem wynajętym po przylocie do Szkocji lub na miejscu. W lipcu to koszt ok. 500 funtów na tydzień z ubezpieczeniem.
  • Pomiędzy wyspami kursują tanie promy pasażerskie. Za bilety płacimy dopiero na promie, ale warto je wcześniej rezerwować, zwłaszcza w sezonie. Przy wyprawie na wyspę Unst trzeba zorganizować promem dwa rejsy łączone, a między nimi doliczyć ok. 30 min przejazdu przez transferową wyspę Yell.

Noclegi

Na Szetlandach ceny noclegów są wysokie, a hotelowa infrastruktura uboga. Można wynająć apartamenty gościnne lub pokoje B&B albo nocować w hotelu.

  • Shetland Hotel w Lerwick: 260 funtów za pokój 2-osobowy ze śniadaniem.
  • Na północy dobrą bazą wypadową są Brae Hotel (290–330 funtów) oraz Busta House Hotel (190).

Jedzenie

Klasyczne fish&chips, świeże owoce morza i soczysta jagnięcina to smaki, których trzeba skosztować na Szetlandach. Najsłynniejszy, „najbardziej na północ wysunięty bar Fish&Chips” to Frankie’s w miejscowości Brae na Mainland na Szetlandach. Miejscowi ostrzegali, że jest drogo i tak sobie, ale musieliśmy sprawdzić to osobiście. No i fakt: jest drogo i tak sobie. Ale za to najdalej na północ. Polecam za to kawiarnię z widokiem przy latarni morskiej Sumburgh Head Lighthouse.

Źródło: Visit Shetland

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...