Zapomniane sukcesy Słowian. Jak nasi przodkowie stawiali opór najpotężniejszym armiom Europy
Różne państwa germańskie pomiędzy wyprawą Karola Wielkiego na Wieletów z 789 r. a najazdem Fryderyka Barbarossy na Polskę w 1157 r. podjęły aż 170 wypraw zbrojnych przeciwko Słowianom. Jedynie 1/3 z nich zakończyła się sukcesem, a 20 razy armie cesarskie poniosły całkowitą klęskę, przyrównaną do katastrofy. Nie może więc dziwić, że wielu średniowiecznych autorów pisało o wojowniczych dokonaniach lub może wybrykach Słowian.

Słowianie w różnych swoich odłamach i przez setki lat miewali na pieńku z cesarstwem w różnych jego wcieleniach. Na Zachodzie zagrażali państwu Karola Wielkiego, który stopniowo zwiększał powinności wojskowe Sasów, których wcześniej podbił i zaprzągł do imperialnej armii.
Walki cesarstwa z barbarzyńcami
Kapitularz z 807 r. reguluje powinności saskiego społeczeństwa w różnych sytuacjach wojennych. O ile więc, gdy przyszło ruszać na wyprawę do Hiszpanii przeciwko Saracenom lub przeciwko Awarom, to pięciu Sasów miało wyposażyć i wysłać szóstego, o tyle przeciw słowiańskim Czechom już tylko dwóch Sasów wyprawiało trzeciego.
Oznaczało to większe obciążenie dla pojedynczego Sasa, ale i większa ich liczba do boju musiała stanąć. Gdy zaś przeciwnikiem stawali się Serbowie Łużyccy czy Wendowie, rozumiani jako Słowianie z Północnego Połabia, a więc w zasadzie sąsiedzi, wówczas wszyscy mężczyźni mieli być gotowi do walki.
Nierówna walka ze Słowianami?
Myśląc zresztą o tej rzeczywistości, chyba zbyt często wyobrażamy sobie starcie zakutych w żelazne kolczugi i łuskowe pancerze kawalerzystów państwa Franków z nadal półnagimi, pieszymi wojownikami luźnych organizacji słowiańskich. Nadal to wizerunek zmagań Dawida z Goliatem. Tymczasem takie na przykład państwo Wielkich Moraw, w ciągu IX w. pozostawało w niemal nieprzerwanym konflikcie z państwem Franków. Zajmujący się wojskowością słowacki badacz Aleksander Ruttkay wyliczył, że źródła pisane dla okresu pomiędzy latami 833–907, a więc obejmującego 74 lata, zachowały ślady aż 65 konfliktów zbrojnych, w których uczestniczyło to pierwsze chrześcijańskie państwo Słowian Zachodnich. W większości to wynik działań ekspansywnych Wielkomorawian wobec sąsiadów, podejmowanych w latach 871–894, za panowania Świętopełka I.
Podobne zestawienie opracowane przez niemieckiego autora K. Schünemanna przytoczył niegdyś Witold Hensel. Pokazało ono, że różne państwa germańskie, w postaciach frankońskiej, saskiej i niemieckiej, pomiędzy wyprawą Karola Wielkiego na Wieletów z 789 r. a najazdem Fryderyka Barbarossy na Polskę w 1157 r., podjęły aż 170 wypraw zbrojnych przeciwko Słowianom. Jedynie 1/3 z nich zakończyła się sukcesem, a 20 razy armie cesarskie poniosły całkowitą klęskę, przyrównaną do katastrofy.
„Lud ten był doświadczony w walkach na lądzie i na morzu”
Nie może więc dziwić, że wielu średniowiecznych autorów pisało o wojowniczych dokonaniach lub może wybrykach Słowian. Wyrażane niechcący uznanie, często mieszało się z pogardą, lub strachem, którego eksponowanie miało wywrzeć na chrześcijańskim czytelniku pożądane wrażenie.

Mówimy tu więc o piśmiennictwie mającym walor nie tyle informacyjny w dzisiejszym rozumieniu, co moralizatorski lub wręcz propagandowy. Przykładem Orderyk Vitalis, który opisując wyprawę króla duńskiego Swena na Anglię z 1069 r., w której wspomagała go m.in. Polska, a także plemiona Luciców, tak wyraził się o tych ostatnich: „lud ten był doświadczony w walkach na lądzie i na morzu”.
Podczas takich właśnie, wciąż ponawianych walk lud ten wykazywał się ogromną pomysłowością i odwagą, których nie powstydziliby się scenarzyści największych produkcji historyczno-przygodowego kina. Piszący w 1. tercji XIII w., duński kronikarz Saxo Gramatyk opowiedział o tym, jak to król Danii Swen Widłobrody zamierzał wywrzeć pomstę na słowiańskich wiciędzach z Wolina, którego to określenia użył wprost. Rzecz tym razem się nie powiodła, bowiem:
„Uważali Wolinianie, którzy byli zuchwali i roztropni, że najlepiej byłoby zapobiec atakowi przeciwnika podstępem. Wiedzieli bowiem, że Duńczycy ze względu na bezpieczeństwo floty polecili łodziom patrolowym żeglować wokół w nocy, tak więc przekupili oni pewnych wybranych żeglarzy i wysłali ich jednego ranka, tak jak ludzie na łodziach patrolowych mieli w zwyczaju, by pożeglowali niewielką łodzią do portu, który wypełniony był łodziami, tak by wyglądało to, jakby wrócili z nocnego patrolu; gdy zbliżali się do królewskiej łodzi, powiedział szturman, że miał coś i było to bardzo ważne, by król się o tym dowiedział, i że powie mu to w cztery oczy. Król wierzył, że miał on jakieś przesłanie do przekazania, albo co innego, co zauważyli w ciągu nocy, odchylił płachtę namiotową i wysunął głowę, i pochylił się ku temu, który chciał mówić z nim, by mogli rozmawiać poufnie. Gdy człowiek ten zobaczył, że nadarzała się okazja sprzyjająca wykonaniu podstępu, który zamierzył, pochwycił on go nagle gwałtownym chwytem za szyję, wyciągnął go z łodzi i polecił swym pomocnikom wrzucić go do łódki, i wnet żeglarze nie tracąc czasu wiosłowali ze wszystkich sił (…). Jego ludzie nie mogli bowiem przyjść wystarczająco szybko z pomocą mu, gdyż najpierw musieli zdjąć namioty z łodzi, włożyć wiosła (w dulki) i podnieść kotwicę”.
Scenariusz tym bardziej godny uwagi, że porwany Swen był w różnych okresach władcą Danii, Norwegii i Anglii, a ponadto odrzucał chrześcijaństwo i wystąpił przeciwko swemu potężnemu bądź co bądź ojcu Haraldowi Sinozębemu, któremu z kolei jedna z wersji tradycji przypisywała założenie legendarnej warowni Jomswikingów, którą utożsamiano z Jomsborgiem historycznym, czyli emporium w Wolinie.
Wojowie Chrobrego
Zaledwie kilka lat później Bolesława Chrobry wracał z wyprawy na Kijów, a gdy zbliżył się do granicznej rzeki Bug okazało się, że większość jego armii zdążyła już bez wiedzy księcia rozproszyć się do domów. Sytuację wykorzystał władca Rusi i zebrawszy wielką armię zaatakował Polaków. Anonim zwany Gallem przypisuje takie oto słowa Chrobremu, który miał nimi przemówić do pozostałej przy nim bliskiej drużyny:
„Lecz pokładam ufność w miłosierdziu Bożym i waszej wypróbowanej dzielności, że jeżeli mężnie stawicie opór w walce, jeżeli, jak to zwykliście, silnie natrzecie, jeśli przywiedziecie sobie na pamięć własne przechwałki i obietnice uczynione przy podziale łupów u mnie na ucztach, to dziś zwycięsko położycie kres długim trudom, a ponadto pozyskacie wieczną sławę, tryumf i zwycięstwo”.
Heroiczne zwroty i religijne uniesienie przypominają jako żywo „Pieśń o Rolandzie”, a całość zdaje się być efektem nałożenia wiary w ochronę chrześcijańskiego Boga, gdy z Jego imieniem na ustach prowadzi się wojnę sprawiedliwą, na wcześniejszą, pogańską ideę wspólnoty drużyny wojowników połączonych przysięgą i losem ze swoim wodzem–księciem.
Niewyżyta „młodzież” Chrobrego
Podobny ton godny „Pieśni o Rolandzie” słyszymy u Galla, gdy w innym miejscu relacjonuje przebieg walk Bolesława Krzywoustego z Czechami. W tym drugim przypadku mowa o początku XII w., kiedy drużyna przybrała postać przybocznego oddziału książąt, zwanego acies curialis, czyli „szyk dworski”. Grupa ta „po staremu” złożona była z młodych, niewyżytych, agresywnych wojowników zwanych w źródłach iuvenes, czyli „młodzież”. O głębokich tradycjach i słowiańskich przykładach takich grup opowiem w następnym punkcie. Tymczasem, w czeskim lesie wyglądało to tak:
„Wtedy młódź polska na wyścigi runęła na wroga, uderzając najpierw włóczniami, a następnie dobywszy mieczy; niewielu z nadchodzących Czechów osłoniły tam tarcze, kolczugi były im ciężarem, nie pomocą, szyszaki służyły tam głowom za ozdobę, ale nie za osłonę”.
Wódz owego szyku, Bolesław, czyli tak naprawdę sam autor kroniki piał z zachwytu nad takim wyczynem młodzieży, która była: świetna obyczajami i pochodzeniem.
To jest przedruk z książki Igora D. Górewicza pt. „O Słowianach II. Gościnni barbarzyńcy. Portret przodków”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Triglav (2026). Tytuł, śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji.


