„Podróż moja na Madagaskar obfitowała w liczne i głębokie wzruszenia osobiste: całym sercem pokochałem daleką wyspę, jej ludność, krajobrazy i zwierzęta do tego stopnia, że troski, nadzieje i pragnienia Howasów czy Betsimisaraków stały się poniekąd także moimi.”

„Na wyspie przyroda przemawiała głosem wyraźnym i nie ukrywała swych dążeń. Głód był tu głodem, pragnienie pragnieniem, a popęd płciowy – pierwszą potrzebą i naturalną żądzą życia. Nikt tu swego popędu nie ukrywał i się go nie wstydził – ani zwierzęta, ani ludzie.” „Na Madagaskarze nie było osobistej odpowiedzialności moralnej w naszym pojęciu. Wszystko zależało od ślepego losu, godziny urodzenia i gwiazd, a przede wszystkim od fady. Fady był to groźny arsenał tysiąca zakazów wielkich i małych w życiu zbiorowym, były to poza tym dziesiątki zakazów dla każdego z osobna człowieka.” Cytaty pochodzą z "Gorącej wsi Ambinanitelo" oraz "Wyspy kochających lemurów" Arkadego Fiedlera. W upalny styczniowy dzień francuski stateczek przybrzeżny z Arkadym Fiedlerem i jego towarzyszem podróży Bogdanem Kreczmerem na pokładzie wyruszył z Tamatave (obecnie Toamasina) do Maroantsetra.
Po drodze zawinął do portów w Mahavelona (Fulpointe) i na wyspę Sainte-Marie. Celem nie była jednak senna Maroantsetra, ale odległa od niej około 30 km wieś Ambinanitelo położona nad rzeką Antanambalana.
Tam, wśród plemienia Betsimisaraków, Polacy spędzili wiele miesięcy. Mieszkali w chatach krytych palmowymi liśćmi, obserwowali tubylców, byli świadkami ważnych wydarzeń. Gdy udało się przełamać niechęć Malgaszów do dziwnych vazaha, białych ludzi interesujących się zwierzętami, zrodziła się między nimi prawdziwa przyjaźń. Wioska wśród gór stała się dla Fiedlera ważnym miejscem, a wyspa wywarła na nim mocne wrażenie. Stary wyga podróżniczy, który z niejednej rzeki wodę pijał, wobec Madagaskaru stawał z początku bezradny. Nie mogłem na raz połknąć silnej dawki egzotycznego bogactwa, odurzała mnie obfitość nagromadzonych przeciwieństw. (…) Ale to mijało. Po pewnym czasie przychodziła równowaga – pisał w jednym z esejów wydanych w 1957 r. pod tytułem Wyspa kochających lemurów.
Jak wyglądało życie codzienne Fiedlera w Ambinanitelo? Polak przede wszystkim badał i fotografował zwierzęta – był to bowiem najważniejszy dla niego, choć nie jedyny cel wyprawy. Miał szansę zobaczyć różne przyrodnicze osobliwości Madagaskaru, m.in. pięknego motyla-kometę Argema mittrei oraz największego na świecie zawisaka Xanthopan morgani praedicta. Warto tu wspomnieć, że istnienie zadziwiającego zawisaka, którego trąbka osiąga 25 cm długości, przewidział Karol Darwin, gdy oglądał niezwykle wydłużone ostrogi storczyka Angraecum sesquipedale.
Motyle były jedną z pasji Fiedlera. Pierwszy sukces jako entomolog odniósł jeszcze w dzieciństwie, gdy wyhodował z jaj motyle, które potem sprzedawał wysyłkowo kolekcjonerom w całej Europie.
Sporo uwagi (i miejsca w książkach) poświęcił też lemurom. Miał nawet dwa oswojone, lemura wari (Varecia variegata) oraz maki szarego (Hapalemur griseus), które towarzyszyły mu w czasie całej podróży po północnym Madagaskarze. Oba gatunki występują w lasach deszczowych porastających wschodnią część wyspy. Na zdjęciach i w opisach pojawia się poza tym wiele innych zwierząt, najczęściej endemicznych – kameleony, tenreki, papugi (na Madagaskarze żyją trzy ich gatunki, chętnie trzymane jako zwierzęta domowe), kuje, węże boa, lemurki myszate (najmniejsze w całej rodzinie) oraz lemur katta, typowy dla suchych rejonów wyspy. Katta musiały być zresztą oswojone – na niektórych fotografiach łatwo można dostrzec przepasujący je w talii sznurek (typowy sposób uwiązywania lemurów na Madagaskarze).



Fiedler miał szczęście, że trafił do Ambinanitelo. Nawet dziś, mimo postępującego w błyskawicznym tempie wylesiania, w okolicach Maroantsetra i na Półwyspie Masoala zachował się najbardziej zwarty i największy na Madagaskarze obszar pierwotnych lasów deszczowych. Rocznie spada tam do 5 000 mm deszczu, co czyni te tereny najbardziej wilgotnymi na wyspie, a przy okazji najbardziej niedostępnymi. Fiedler mógł więc badać i podziwiać najbogatsze naturalne środowisko Madagaskaru. Miał przy tym znakomitych przewodników – obeznanych z lasem ludzi z miejscowego plemienia Betsimisaraka. Wypytywał ich zresztą nie tylko o przyrodę. Na szczycie Ambihimitsingo, jednej z gór otaczających Ambinanitelo, Maurycy Beniowski, konfederata barski, żołnierz i podróżnik polskiego pochodzenia, pod koniec XVIII w. wybudował Fort Augusta, zaś u ujścia rzeki Antanambalana do zatoki Antongila założył osiedle Louisbourg. Ku swemu rozczarowaniu Fiedler stwierdził, że wśród Malgaszów nie pozostała żadna opowieść ani legenda o tym vazaha.
Mieszkając wśród Betsimisaraków, Fiedler zapoznawał się ze zwyczajami i wierzeniami plemienia: W Ambinanitelo weszliśmy w osobliwy świat pojęć o duchach. Jako biali ludzie nosimy naszego Boga w sobie i jesteśmy odpowiedzialni za siebie i za swoje czyny. Natomiast mieszkańcy Ambinanitelo rozmieścili swych bogów niebacznie dookoła siebie i z tej przyczyny mieli wiele kłopotów.
Europejska logika w zderzeniu ze skomplikowanymi wierzeniami, malgaskim tokiem myślenia i postępowaniem nie przydaje się na wiele. Zachowania, które w naszej kulturze uchodzą za godne potępienia, tam mogą być całkiem normalne, ba – nawet pożądane (chociażby kradzież bydła u ludu Bara). Doświadcza tego każdy, kto na dłużej zatrzyma się na wyspie. Życie mieszkańców Madagaskaru jest podporządkowane fady, czyli różnym nakazom i zakazom przestrzeganym przez poszczególne osoby, rodziny lub całe plemiona. Fady znaczy, że „niebezpiecznie jest coś robić”, np. pracować na roli w określony dzień tygodnia, urodzić bliźnięta, polować na jakieś zwierzę lub je jeść (może dotyczyć także spożywania zwierząt domowych, np. kur). Przestrzeganie fady ma zapewnić szczęście
i powodzenie w życiu. U Malgaszów niezwykle silny jest także kult przodków – wspólny element obyczajowy wszystkich plemion. Ponadto czczą oni wiele skał, gór, drzew, zwierząt. Dla własnego bezpieczeństwa lepiej zatem mieć przewodnika, żeby nieświadomie nie zbezcześcić malgaskich świętości.
Poza zbieraniem okazów fauny i poznawaniem licznych malgaskich fady Fiedler pisał. Zarzekał się, że nie jest literatem, tylko po prostu opisuje swoje wrażenia. I może rzeczywiście literatem nie był, ale dzięki swoim książkom, stanowiącym formę pośrednią między reportażem a pamiętnikiem, odniósł ogromny sukces wydawniczy. Na Madagaskar zabrał ze sobą maszynę do pisania. W trakcie wyprawy powstało ponad dwadzieścia artykułów z przeznaczeniem do publikacji w prasie. Potem zebrano je i wydano w Londynie (gdzie Fiedler spędził wojnę) jako niewielką książkę Radosny ptak drongo. Po powrocie do kraju rozbudował tekst, pozmieniał niektóre wątki, dopisał nowe rozdziały, inne usunął (niekoniecznie z własnej woli) i w tej formie wydał pod tytułem Gorąca wieś Ambinanitelo. Kolejne jej wznowienia różniły się nieco, bo cenzura, zależnie od zmieniającej się koniunktury politycznej, raz pewne rzeczy puszczała, innym razem nie.
Co właściwie cenzurowano i dlaczego? Najczęściej chodziło o kobiety. Pojawiają się one w prawie wszystkich książkach Fiedlera jako najpiękniejsze, pociągające i fascynujące twory natury. Chociaż autor unikał prowokowania swoich czytelników obyczajowymi sensacyjkami, to jednak ten fragment jego twórczości wzbudzał emocje krytyków zarówno przed wojną, jak i po jej zakończeniu. Takie to były czasy, że „egzotyczno-erotyczne momenty” wyłapywano nad wyraz chętnie, przypisując pisarzowi chorobliwą wręcz erotomanię. Zapominano przy tym, że pośród „dzieci natury” życie bez kobiety było czymś nienormalnym, stanowiło dowód, że z przybyszem jest coś nie tak. Inny był tam system wartości, inaczej pojmowano wierność i zdradę, a najwyższym dowodem zaufania wobec zamieszkującego w wiosce przybysza było oddanie mu czasowej żony. Dzięki temu stawał się on częścią społeczności i przestawał być obcy.
Przedwojenny Madagaskar był krainą naturalnych zachowań. Nikt nikomu nie zaglądał w metrykę – patrzono raczej na to, czy dziewczyna jest już kobietą i potrafi o sobie decydować. W Europie taka swoboda była niezgodna z modelem moralności lansowanym przez Kościół, a po wojnie, w Polsce Ludowej, przez komunistyczną propagandę. Dlatego starannie usuwano lub maskowano fakt, że Arkady Fiedler miał na Madagaskarze... dwie żony, w dodatku siostry: Benaczehinę (17 lat) i Velomody (16). Wyjaśnijmy od razu, że nie jednocześnie – Velomody zajęła miejsce przy jego boku po tym, jak opuściła go Benaczehina.

W powojennych wydaniach opisywano tylko jeden ślub i jedną noc poślubną (z Velomody), natomiast w wydaniu londyńskim są dwie noce poślubne, z obiema siostrami, przedstawione dość obrazowo. Sam autor mówił o tym tak: W roku 1946 opis wyprawy na Madagaskar zaczął się pojawiać w tygodniowych odcinkach w Przekroju. Gdy w ósmym odcinku doszło do swawolnych perypetii z dwiema dziewczynami – notabene narzuconymi mi w myśl panujących zwyczajów przez starszyznę wsi Ambinanitelo – zaczął się dla mnie w Polsce sądny dzień. Dostawałem w łeb zarówno od zgorszonych prałatów, jak i baty od czerwonych purytanów.
W źródłach antropologicznych można znaleźć informację, że czystość przedmałżeńska u niektórych malgaskich plemion nie była szczególnie istotna. W latach 30. XX w. praktykowano tam zwyczaj ofiarowywania dziewic białym gościom. Stosunek płciowy z vazaha był odbierany jako zaszczyt, który częściowo „promieniował” również na rodzinę dziewczyny.
Trzeba też dodać, że choć Arkady Fiedler kochał i podziwiał kobiety, to jednak jego największą miłością była przyroda – główny temat jego opowieści i cel podróży.
Tropiki fiedler poznał jeszcze przed wyjazdem na Madagaskar. W 1928 r. wyruszył bowiem do Brazylii, gdzie zbierał okazy dla ZOO, Muzeum Przyrodniczego, Uniwersytetu i Palmiarni w Poznaniu (przekazał je bezpłatnie). Pięć lat później pojechał do Peru i Amazonii, a w 1935 r. do Kanady (były to również wyprawy zoologiczne, ale tym razem okazy otrzymało Muzeum Zoologiczne w Warszawie).
Pierwsza wielka podróż – do południowej Brazylii – możliwa dzięki niespodziewanemu zastrzykowi finansowemu (Fiedler wykonał barwne tablice do Botaniki prof. Władysława Kudelki, za które dostał kilkanaście tysięcy złotych – w owym czasie była to fortuna), okazała się brzemienna w skutki. Po pierwsze, rozpadło się małżeństwo Fiedlera – żona miała inną niż on wizję wspólnego życia. Po drugie
– przepadł warsztat fotograficzny (kiedyś zwany chemigraficznym) odziedziczony po ojcu. Ale były też jaśniejsze strony wyjazdu – nadesłane do Gazety Polskiej korespondencje znad rzeki Ukajali zbudowały jego renomę i popularność, a w konsekwencji otworzyły drogę do wydania bestsellera. Tak powstały dwa najważniejsze dzieła w dorobku Fiedlera: Ryby śpiewają w Ukajali (1935), a wkrótce potem Kanada pachnąca żywicą (1936). Z kolei uznanie czytelników spowodowało, że niedługo później Fiedler wyruszył na... Madagaskar. Na prośbę Ministerstwa Spraw Zagranicznych, jako cieszący się zaufaniem niezależny ekspert, miał sprawdzić, jakie są możliwości ewentualnej kolonizacji i polskiego osadnictwa na wyspie. Przed II wojną światową Polska, jak większość krajów europejskich, poważnie zastanawiała się nad posiadaniem kolonii. Arkady Fiedler, jadąc ze swoją „misją specjalną” na Madagaskar, był więc rozsądnie myślącym patriotą tamtego czasu – podobnie jak tysiące Polaków zaangażowanych w działalność Ligi Morskiej i Kolonialnej. Jej celem było zebranie funduszy na zakup pierwszej polskiej zamorskiej posiadłości – w Afryce Zachodniej, Ameryce Południowej lub na Madagaskarze.

Pod koniec lat 30. XX w. Madagaskar często pojawiał się w polskich mediach. Na antenie radia regularnie gościła piosenka – która zresztą stała się przedwojennym szlagierem – zachwalająca uroki życia na wyspie:
Ajaj, Madagaskar,
Kraina czarna, skwarna,
Afryka na wpół dzika jest!
Tam drzewa bambusowe,
orzechy kokosowe,
tam są dzikie stepy,
tam mi będzie lepiej.
Ajaj, ja lubię dziki kraj!
Rządowa wyprawa Komisji Studiów na Madagaskar pod kierunkiem mjr. Mieczysława Lepeckiego, adiutanta marszałka Piłsudskiego, wyruszyła w 1937 r. Przez pierwsze dwa miesiące (w sumie spędził tam półtora roku) Fiedler towarzyszył oficjalnej komisji jako ekspert, podróżując i zaglądając do wszystkich prawie zakątków pociągającej wyspy. Poznał wiele z 18 głównych plemion zamieszkujących Madagaskar – oprócz Betsimisaraka także Tsimihety, Merina (Howa), Betsileo, Antandroy. Odwiedził m.in. centralny płaskowyż i wsie położone w żyznej kotlinie Ankaizina (130 km na północny zachód od Ambinanitelo). Owocem wyprawy była kolejna książka (Jutro na Madagaskar), studząca entuzjazm zwolenników kolonizacji, i raport dla MSZ, w którym jedyną, zresztą niewielką, szansę na skolonizowanie wyspy Fiedler dawał polskim chłopom: gdy tylko chłop sprosta oczekującemu go tutaj zadaniu i trudom.
Większość wyspy pokrywa bowiem lateryt – gleba nieurodzajna i twarda jak kamień w porze suchej, zamieniająca się w śliskie błoto po pierwszym deszczu. Tę czerwoną ziemię w wielu miejscach odsłania silna erozja spowodowana wycinaniem lasów i regularnym wypalaniem sawanny. Proces ten pustoszył wyspę już w latach 30. XX w., o czym zresztą nasz autor wspomina: Miejscami woda tropikalnych deszczów zadała stokom straszliwe rany, żłobiąc przepastne wyrwy, potworne, stumetrowe wądoły. Ceglastoczerwona ziemia tych erozji potęgowała jeszcze wrażenie, że to rany.
Dziś w porze deszczowej rzeki biorące początek na płaskowyżu toczą wody w pomarańczowym kolorze. Malgasze mówią, że to krew Madagaskaru płynie do morza.
Od pierwszej wizyty Fiedlera na Madagaskarze minęło 70 lat. Przejezdnym vazaha Malgasze nadal okazują gościnność, ale i nieufność zarazem. Nadal ciągną riksze pousse-pousse (za to filanzana, rodzaj drewnianych noszy z siedzeniem i oparciem dla nóg, dźwiganych przez cztery osoby, odeszła do lamusa). Kobiety przesiewają ryż na wietrze i ubijają go w drewnianych stępach. Młode dziewczyny są równie piękne i pełne wdzięku, żadnej jednak – jak na zdjęciach Fiedlera – nie zobaczy się z odsłoniętymi piersiami. Wpływ kultury Zachodu i działalność misjonarzy zrobiły swoje. Zdjęcia to zresztą ciekawa sprawa. Jeszcze parę lat temu fotografowanie przez turystów było w oczach Malgaszy atrakcją – chętnie pozowali, a nawet prosili o zrobienie zdjęcia i przesłanie odbitki (chociaż czasem nie potrafili podać adresu). Teraz wyjmując aparat, trzeba się liczyć z koniecznością wręczenia jakiegoś prezentu lub uiszczenia opłaty.
Gdyby nie połączenia lotnicze, lądem dostać się do Maroantsetra byłoby równie trudno jak przed II wojną światową. Nawierzchnia biegnącej wzdłuż wybrzeża drogi jest dobra do miejscowości Soanierana-Ivongo (stamtąd odpływają barki na wyspę Sainte-Marie), później pozostaje ponad 100 km marszu i łapanie nielicznych samochodów. Ci, którzy nie ścigają się z czasem, do wyboru mają jeszcze statek towarowy – wyrusza z portu w Toamasina i płynie tą samą trasą, którą kiedyś przemierzał Fiedler. Rejs daje okazję zobaczenia Madagaskaru od strony Oceanu Indyjskiego. Oglądany z odległej o 40 km wyspy Sainte-Marie lub leżącej na południe od niej malutkiej Ile aux Nattes pozostawia niezapomniane wrażenie. Góry wschodniego wybrzeża, które na wysokości Soanierana-Ivongo przekraczają 1 000 m n.p.m., zdają się wystawać z oceanu niczym grzbiety gigantycznych jaszczurów.
Na Madagaskar Fiedler powrócił w roku 1965. W przedmowie do drugiego wydania Wyspy kochających lemurów napisał: prawie 30 lat później czarowna wyspa zwabiła mnie po raz wtóry. Oczywiście, w tym czasie burzliwy wiatr nowych czasów wtargnął także na wielką wyspę, ale dziwnie wtargnął. Nie wszędzie dowiał. Owszem, stolica Tananariwa pięknie się rozwinęła, owszem, garstka światlejszych Malgaszów uchwyciła rządy po Francuzach – ale nowoczesny wiatr niedaleko wdarł się w głąb wyspy. Duże połacie interioru pozostały nietknięte.
Słowa Fiedlera nie zdezaktualizowały się do dziś. Antananarywa, licząca obecnie ponad milion mieszkańców, doświadcza wszystkich udręk cywilizacji – ulicznych korków, smogu, pogoni za pieniądzem. Na lotnisku codziennie lądują samoloty z turystami z całego świata. Wyrastają drogie hotele, powstają supermarkety. Z ulgą opuszcza się to głośne, zatłoczone i pozbawione wdzięku miasto i rusza w brousse (busz). Jeśli tylko omija się miejscowości leżące na turystycznym szlaku, można zobaczyć kawałek dawnego Madagaskaru. Może nie z lat 30. XX w. – bo te czasy minęły bezpowrotnie – ale bardzo podobny. Nie ma już ubrań tkanych z rafii przez lud Betsimisaraka, ale przodkowie, fady, zebu i ryż nadal są najważniejsze, a Malgasze tym samym miarowym krokiem i z podobnymi wołami stąpają tam jak dziesiątki lat temu.


PODRÓŻ ARKADEGO FIEDLERA 1927 – Norwegia, wyprawa myśliwska
1928–29 Brazylia, wyprawa zoologiczna w celu zebrania okazów fauny dla poznańskiego ZOO, Muzeum Przyrodniczego w Poznaniu, Uniwersytetu Poznańskiego i Palmiarni
1933–34 Peru, Amazonia, wyprawa mająca na celu uzupełnienie zbiorów Państwowego Muzeum Zoologicznego w Warszawie
1935 Kanada – wyjazd służył zebraniu kolekcji fauny dla Muzeum Zoologicznego w Warszawie
1936 rejs Triest-Barcelona-Madera-Londyn-Gdynia (dziewiczy rejs Batorego)
1937–38 Madagaskar
1939 Tahiti
1940 Francja, Wielka Brytania (służba w wojsku polskim)
1942–43 Stany Zjednoczone, Trynidad, Gujana, Brazylia
1945 Kanada
1948 Meksyk
1952–53 ZSRR, Gruzja
1956–57 Północny Wietnam, Laos, Kambodża
1959–60 Gwinea, Ghana
1961 Kanada (północny zachód kraju)
1963–64 Brazylia, Gujana Brytyjska
1965–66 Madagaskar
1967 Brazylia (Amazonia)
1968 ZSRR (Syberia)
1969 Afryka Zachodnia, Nigeria
1970 Peru
1971 Afryka Zachodnia
1972 Kanada (Kolumbia Brytyjska, Alberta, Quebec)
1973 Ameryka Południowa – rejs okrężny w celu uzupełnienia eksponatów do Muzeum-Pracowni
1975 Afryka Zachodnia, wyprawa w celu uzupełnienia eksponatów do Muzeum-Pracowni
1975 Kanada (Ontario, Quebec)
1977 Afryka Zachodnia, Angola
1979 Wenezuela, Kolumbia, Ekwador, Peru
1980 Kanada
1981 Afryka Zachodnia
Świat mnie wabił – głosi napis na tabliczce znajdującej się w Puszczykowie, w dawnym domu, a dziś Muzeum Arkadego Fiedlera. Jak silne to było uczucie może świadczyć fakt, że ostatnią ze swoich 30 wypraw – do Afryki Zachodniej – niezwykły pisarz i podróżnik odbył w wieku 87 lat.