W Berlinie nawet po spektaklu rzadko ktoś wzywa taksówkę. Widzowie wychodzą na ulice i po prostu ruszają przed siebie, jakby miasto nie kończyło się wraz z opadnięciem kurtyny. Podobny luz panuje w dawnych fabrykach, ukrytych podwórkach i miejscach, które trudno pomylić z typowymi atrakcjami turystycznymi.
WIDEO…
When in Berlin…
Przygodę z alternatywnym Berlinem zaczęliśmy w okolicach Hackescher Markt, w obrębie dawnej dzielnicy Spandauer Vorstadt. Od strony ulic widać tu odnowione kamienice, choć ta ciekawsza część zabudowy często kryje się za ich fasadami.
Wystarczy przejść przez jedną z bram, by znaleźć się na podwórku, wśród niewielkich sklepów, pracowni i lokali schowanych przed miejskim ruchem. Ten układ ma swoje korzenie w XIX i na początku XX wieku, kiedy wznoszono tu charakterystyczne kamienice z oficynami i bocznymi skrzydłami otaczającymi kolejne podwórza.
Kiedy tutejsza tożsamość zaczyna wisieć na włosku, z pomocą przychodzą sami Berlińczycy. Podczas gdy w okolicy próbowały zadomowić się duże marki, zdarzało się, że ich witryny oblewano farbą lub pokrywano graffiti. Niektóre firmy rezygnowały z lokali, a mieszkańcy dawali do zrozumienia, że nie każda zmiana spotka się z ich akceptacją.
Stolica wolności
Podobnie wygląda Holzmarkt, artystyczne „miasteczko” nad Sprewą, które wyrosło z kultury techno i oddolnego ruchu miejskiego. Są tu drewniane budynki, knajpy, ogródki, przestrzenie koncertowe i klub.
Jego historia sięga legendarnego klubu Bar25, zamkniętego w 2010 roku. Zamiast pogodzić się z utratą tego miejsca, związani z nim ludzie postanowili stworzyć nad rzeką coś nowego.
Holzmarkt ma też własną filozofię: komercja nie powinna rządzić wszystkim. Można tu zjeść, napić się piwa nad rzeką, posłuchać muzyki albo po prostu przysiąść i popatrzeć na Sprewę. Przy wspólnych stolikach spotykają się Berlińczycy i przyjezdni, a granica między jednym a drugim szybko się zaciera – i właśnie w tym tkwi urok tego miejsca.
Historia muzyki
Berlin od dekad przyciągał muzyków szukających swobody i nowych brzmień. Dziś z jego muzyczną tożsamością kojarzy się przede wszystkim techno, a jednym z symboli tej sceny jest Berghain, słynny klub mieszczący się w dawnej elektrowni przy Rüdersdorfer Straße, w dzielnicy Friedrichshain.
Z jego selekcją przy wejściu wiążą się liczne legendy. Jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci berlińskiego życia nocnego jest Sven Marquardt, fotograf i selekcjoner, którego charakterystyczny wizerunek stał się niemal symbolem klubu.
Muzyczna historia Berlina to także David Bowie i Iggy Pop, którzy mieszkali tu w latach 70. Ten pierwszy nagrał wówczas album „Heroes”, a tytułowa piosenka, inspirowana widokiem pary całującej się przy murze, stała się opowieścią o bliskości w cieniu podzielonego miasta.
Blizna na mapie
Sam mur był czymś więcej niż granicą. Przez 28 lat rozdzielał mieszkańców i symbolizował podział Europy. W 1961 roku władze NRD wzniosły konstrukcję o długości około 156 kilometrów, by powstrzymać masowe ucieczki na Zachód.
Dziś najbardziej znanym przykładem wykorzystania muru jest East Side Gallery. W 1990 roku ponad stu artystów z różnych krajów stworzyło na jej ścianie murale, przekształcając 1,3-kilometrowy odcinek w galerię sztuki na świeżym powietrzu.
Historia wiecznie żywa
Dalej na południowy zachód dotarliśmy do Tempelhofer Feld, dawnego lotniska przekształconego w ogromny park. Z perspektywy dawnego terminalu widać rozległe pasy startowe, na których dziś Berlińczycy jeżdżą na rowerach, rolkach i spotykają się na piknikach. To jedna z najbardziej niezwykłych przemian miejskiej przestrzeni w Berlinie.
Podczas blokady Berlina Zachodniego w latach 1948–1949 alianckie samoloty dostarczały tędy żywność, węgiel i leki. Amerykański pilot Gail Halvorsen zyskał sławę, zrzucając dzieciom słodycze na małych spadochronach, za co jego samolot zyskał przydomek „bombowca rodzynkowego”.
Losy dawnego terminalu rozstrzygnęli sami Berlińczycy, opowiadając się za jego zachowaniem. Dziś budynek pełni między innymi funkcję planu filmowego. Kręcono tu sceny do „Operacji Walkiria” i „Ultimatum Bourne’a”, a Berlin lat 20. odtworzono w nim także na potrzeby serialu „Babylon Berlin”.
Czekając na Pergamon
Następnie na berlińskiej Wyspie Muzealnej odwiedziliśmy Pergamonmuseum, jedno z najważniejszych muzeów archeologicznych na świecie. Podczas gdy jego monumentalne wnętrza przechodzą gruntowną renowację, tuż obok można zobaczyć słynną „panoramę” autorstwa irańsko-niemieckiego artysty Yadegara Asisiego.
Ogromna instalacja przedstawia starożytny Pergamon z czasów cesarza Hadriana. Świątynie, ulice i targowiska wypełniają sceny codziennego życia, odtworzone z dbałością o historyczne szczegóły. To sposób, by zajrzeć do antycznego miasta, zanim pierwsze sale muzeum zostaną ponownie udostępnione zwiedzającym, co planowane jest na czerwiec 2027 roku.
Nam udało się zobaczyć Pergamonmuseum jeszcze przed jego ponownym otwarciem. Centralne miejsce zajmuje tu Ołtarz Pergamoński z II wieku p.n.e. Wystarczy pokonać jego szerokie schody, by stanąć tuż przed fryzem przedstawiającym walkę bogów z gigantami.
Tak jada się w Berlinie
Po muzealnych salach przyszła pora na Kreuzberg i jego kulinarną stronę. W menu Schlesisch Blau, czyli „śląskiego błękitu”, znaleźliśmy między innymi wieprzowe pulpety z ziemniakami i klasyczne potrawy mięsne. Trzeba tylko zdążyć na obiad, bo lokal jest czynny zaledwie przez dwie godziny dziennie, od 14 do 16.
O autentyczności miejsca świadczyły nie tylko tradycyjne dania, które w Berlinie coraz częściej wypierane są kuchnie całego świata. W trakcie obiadu kawałek tynku odpadł ze ściany, jakby ten konkretny lokal chciał przypomnieć, że nie wszystko musi być tu odświeżone.
Kolejny przystanek był już zupełnie inny. Ari’s, przy Glogauer Straße, to lokal założony przez pochodzącą z Limy Ariannę Plevisani, która połączyła amerykański styl dinera ze smakami rodzinnego Peru. W menu znajdziemy puszyste pancakes, frytki podawane z peruwiańskimi sosami i koktajle, które dopełniają latynoamerykański charakter miejsca.
Pod jednym dachem
Na finał trafiliśmy do Markthalle Neun, zabytkowej hali targowej na Kreuzbergu, ponownie otwartej w 2011 roku. Wśród wystawców można poznać kultury, o których rzadko opowiada się przez pryzmat jedzenia, także te pochodzące z odległych wysp czy górskich regionów Azji.
Stoiska stają się okazją do poznania innych tradycji, a ich twórcy mogą dzielić się tym, co znają z rodzinnych domów i lokalnych społeczności. W czwartki odbywa się tu Street Food Thursday, a osobne wydarzenia tematyczne poświęcone są m.in. kuchni Odessy czy europejskim serom podczas Cheese Berlin.
Markthalle Neun pokazuje więc wielokulturowy Berlin w sposób bardzo konkretny. Zamiast opowiadać o różnorodności w abstrakcyjnych hasłach, pozwala jej spróbować, poznać ludzi, którzy ją tworzą, i zobaczyć, jak różne tradycje spotykają się w jednym mieście, a nawet pod jednym dachem.
Źródła: Visit Berlin, Holzmarkt, Pergamonmuseum, Markt Halle Neun