Śmieszne memy przedstawiające nosacza sundajskiego w roli „typowego Polaka” albo „zazdrosnego somsiada” mają drugą, równie pozytywną stronę. Pomogły w promocji tego niezbyt atrakcyjnego i mało popularnego gatunku, a miłośników humoru i przyrody zachęciły do finansowego wsparcia na rzecz nosaczy – ustalili polscy badacze.

Stracona okazja

Dr Lenda zauważa, że popularność memów z nosaczami, która swój szczyt miała w latach 2017-2018, nie została wykorzystana przez duże organizacje. To być może jedna ze straconych szans na realną pomoc dla tych zwierząt.

– W naszej pracy sugerujemy, żeby osoby odpowiedzialne za marketing na rzecz przyrody spróbowały być na bieżąco z „oddolnymi akcjami” powstającymi w społecznościach internetowych. W skrócie, mogą sprawdzać jakie gatunki, akcje, znane regiony są obiektem zainteresowania. Po czym podłapywać ich popularność przez tworzenie zbiórek lub kreowanie zmian codziennych zachowań (np. zakupów produktów z olejem palmowym), które pomogą w ochronie tego, co właśnie cieszy się sympatią. Wydaje mi się, że gdyby WWF podchwyciło akcje charytatywne na rzecz nosaczy kiedy ten gatunek był na szczycie popularności, mógłby zebrać o wiele więcej środków niż zrobili to amatorzy – podsumowuje współautorka badań.

Nosacze nie są jedynym gatunkiem, który zyskał na internetowej „memowej” popularności. Dane z Google Trends (narzędzia pokazującego popularność danych zapytań w wyszukiwarce Google) pokazują, że znacznie wzrosła liczba osób, które interesowały się też innymi gatunkami małp np. Roxelana i Uakari. Te małpy pojawiały się w memach obok nosaczy.

Swoje pięć minut miał także myszojeleń. Amatorska piosenka o myszojeleniu w ciągu kilku dni na YouTube została wyświetlona ponad 4,6 mln razy. W sieci pojawiły się kubki, koszulki i inne gadżety z myszojeleniem.

Bawiąc uczyć, uczyć bawiąc

Dr Lenda zauważa, że humor może być dobrym sposobem na dotarcie do odbiorców, którzy na co dzień nie interesują się tematyką ochrony przyrody i zagrożonych gatunków. Standardowe akcje marketingowe na rzecz ochrony zwierząt mogą też wydawać się mało atrakcyjne dla szerszej grupy odbiorców i dość schematyczne, przez podobieństwo z innymi.

Mimo to, organizacje takie jak WWF czy Greenpeace niekoniecznie powinny próbować samodzielnie kreować tego typu akcje marketingowe. Zjawisko memów i internetowe virale rządzą się własnymi prawami, a to co w zamierzeniu marketingowców miało być zabawne, może nie spotkać się z właściwą reakcją odbiorców.

Moją największą obawą jest to, że ci sami ludzie na co dzień kreujący nieśmieszne, poważne treści, zaczną robić śmieszne memy i za pół roku wszyscy stwierdzą że to nie działa. Trudno racjonalnie przewidzieć, co stanie się internetowym hitem i zostanie rozprzestrzenione niczym wirus. Inspirowanie się oddolnie wykreowaną popularnością gatunków powinno się sprawdzić, ale nie tylko. Wydaje mi się, że do kampanii w ochronie przyrody opierających się na humorze powinno się poszukać doświadczonych osób, które umieją tworzyć taki przekaz dodaje Lenda.

Publikacja ukazała się w „Conservation Biology”. Autorzy: Magdalena Lenda i Piotr Skórka (Instytut Ochrony Przyrody PAN), Dawid Moroń (Instytut Systematyki i Ewolucji Zwierząt PAN), Błażej Mazur (Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie), Piotr Tryjanowski (Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu), William Sutherland (Uniwersytet w Cambridge), Erik Meijaard, Hugh Possingham i Kerrie Wilson (Uniwersytet w Queensland).

 

Katarzyna Grzelak