Na tym duńskim cyplu zderzają się dwa morza. Widok przeczy internetowym zdjęciom
Na północy Danii zderzają się fale dwóch mórz, w torfowisku odnaleziono niemal doskonale zachowane ciało sprzed 2,4 tys. lat, a noc można spędzić w hamaku pośród lasów, które inspirowały Andersena. Jutlandia to zupełnie inne oblicze Danii – dzikie, tajemnicze i zaskakująco dalekie od pocztówkowego hygge.

Spis treści:
- W tych lasach Andersen szukał inspiracji. Dziś można tu nocować pod gwiazdami
- Wygląda, jakby spał. Tajemnica Człowieka z Tollund pozostaje nierozwiązana
- Bałtyk spotyka się tu z Morzem Północnym. Granica wygląda inaczej niż na zdjęciach
- Morze pochłonęło całe wioski. Jutlandczycy nigdy się jednak od niego nie odwrócili
- Przyciągnęło ich niezwykłe światło. Tak Skagen stało się kolonią artystów
- Jak zaplanować podróż do Jutlandii z Polski
W gasnącym świetle dnia zapuszczam się pomiędzy wysokie jodły graniczące od południa z miastem Silkerborg, będącym stolicą duńskiego outdooru. Ścieżka prowadzi mnie w gęstniejącą plamę ciemności. Włączam czołówkę. Rześkie letnie powietrze wypełnia mi płuca, a ja odruchowo nasłuchuję głosów wieczornego lasu. Postanowiłem spędzić noc w lesie na Jutlandii – najdalej wysuniętym na północ półwyspie Danii – ze względu na Hansa Christiana Andersena.
W tych lasach Andersen szukał inspiracji. Dziś można tu nocować pod gwiazdami
Wiele z jego baśni, które towarzyszyły mi w dzieciństwie, powstało właśnie tu, a autor czerpał inspirację między innymi z ciemnych lasów pojezierza Søhøjlandet, znanego też jako Lake District. Na pofalowanym (to najwyżej położony obszar Danii) terenie pełnym drzew znajduje się ok. 50 jezior, które Duńczycy przemierzają kajakami lub, nie bacząc na lodowatą wodę, wpław. Więcej niż 30% pojezierza porastają gęste lasy poprzetykane wrzosowiskami, łąkami i pastwiskami. A że duńskie przepisy zezwalają na rozbijanie biwaków w ponad 275 wyznaczonych lasach, skorzystałem z okazji i wybrałem się w gęstwinę z turystycznym hamakiem. W strefach oznaczonych jako fri teltning dozwolone jest spędzanie dwóch nocy w namiocie lub w śpiworze.
Docieram na skraj polany i wieszam hamak na pniach dwóch jodeł. Mam widok na sunące chmury odsłaniające co jakiś czas punkciki gwiazd i zapewniony koncert nocnych towarzyszy szeleszczących gdzieś w poszyciu lub pohukujących w gałęziach. Gdy udaje mi się przyzwyczaić do tego akompaniamentu, noc w duńskim lesie staje się otulająca – zapadam w sen uspokojony i odprężony, odkrywając inną wersję duńskiego hygge, o której dużo mniej pisze się w poradnikach samorozwoju. Mieszkańcy tego kraju osiągnęli bowiem mistrzostwo w docenianiu pojedynczych chwil w życiu, ale wbrew stereotypowi nie sprowadza się ono do zapalania świeczek i przykrywania się miękkim kocem. Dla tutejszych prawdziwym źródłem zadowolenia jest przebywanie w pobliżu przyrody – chociażby tak jak ja dziś, w hamaku rozpiętym w lesie.
Wygląda, jakby spał. Tajemnica Człowieka z Tollund pozostaje nierozwiązana
Na śniadanie wracam jednak do Silkeborga wiedziony potrzebą wlania w siebie porcji kawy. Przysiadam w Brandt Brød, przyjemnej nowoczesnej kawiarni z widokiem na rzekę Gudena. Lokal na tyle skutecznie kusi klientów, że około dziesiątej rano trudno już tu znaleźć wolny stolik. Być może ma w tym udział olśniewający uśmiech, którym obdarza gości właścicielka tego miejsca, Cathrine Brandt. Gdy stoję bezradny wobec mnogości wypiekanych na miejscu ciastek, bułeczek i chlebów, Cathrine ratuje mnie, podsuwając mi obok kawy najbardziej klasyczne snurre, upieczone ze zwiniętego paska ciasta oblepionego cynamonem lub kardamonem.
Pogryzając to cudo, czekam na otwarcie Muzeum Silkeborg. W niezbyt okazałym pałacu z XIX w. zgromadzono kolekcję dotyczącą historii Danii i Jutlandii. Najsłynniejszym eksponatem, dla którego ściągają tu ludzie z całego świata, jest jednak Człowiek z Tollund.

Staję przed nim godzinę później, patrząc w twarz człowieka, który zginął 2,4 tys. lat temu. Czy był złożony w ofierze? A może ukarany za zbrodnie? Naukowcy nie potrafią znaleźć odpowiedzi. Zmumifikowany mężczyzna, znaleziony w 1950 r. na bagnach Bjældskovdal, nieopodal Silkeborg, wciąż kryje mnóstwo tajemnic. Wygląda, jakby spał ułożony na półboku, z przymkniętymi oczami. O jego tragicznym losie przypomina doskonale zachowany skórzany rzemień wokół szyi. Człowiek z Tollund został powieszony – zabito go celowo, choć nie wiemy, z jakich przyczyn.
Pochowany w torfie uległ naturalnej mumifikacji – zachowała się skóra, paznokcie, a nawet mózg i żołądek. Na głowie nieszczęśnika wciąż tkwi spiczasta czapka, którą miał na sobie w chwili śmierci lub którą ktoś mu nałożył tuż przed pochówkiem (oprócz nakrycia głowy jest zupełnie nagi). Po śmierci został starannie złożony do grobu. Ktoś zadbał o to, by przymknąć jego oczy i usta i ułożyć w pozycji spoczynku, z podciągniętymi kolanami ku brodzie.
Ten fakt zdaniem naukowców sugeruje, że zabity nie mógł być zwykłym przestępcą – w czasach epoki żelaza zmarłych palono. Jeżeli ciało trafiło na torfowisko, traktowane było w szczególny sposób. Z innych znalezisk wiemy, że w bagnach często składano wówczas ofiary: gliniane naczynia z jedzeniem, cenne przedmioty, zwierzęta, czasem nawet ludzi. Być może więc Człowiek z Tollund został zabity i poświęcony bogu lub bogom. Mógł być też jednak przestępcą, którego skazano na śmierć, by przypodobać się siłom wyższym. Tej kwestii pewnie nigdy nie da się rozstrzygnąć.
Bałtyk spotyka się tu z Morzem Północnym. Granica wygląda inaczej niż na zdjęciach
Jutlandia jest jednak nie tyle krainą bagien i torfowisk – choć tych tu nie brakuje – co przede wszystkim morza. W całej Danii, gdziekolwiek byś pojechał, nie będziesz dalej niż 80 km od linii brzegowej. Kraj oblewany jest z trzech stron przez morze, zachowując kontakt z lądem jedynie na odcinku granicy z Niemcami. Zwrócenie się ku wodzie jest szczególnie odczuwalne w Jutlandii Północnej – oddzielonej cieśniną – będącej krainą usypaną z pofalowanych wydm, oplecioną szerokimi piaszczystymi plażami, usianą rybackimi wioskami. Właśnie na czubku tego świata, przy cyplu Grenen, przebiega granica styku Morza Bałtyckiego i Północnego, a więc morza i oceanu.
Ten punkt styku akwenów zawojował internet – obrazy granicy dwóch mórz, każdego o innym kolorze (szare i turkusowe), pojawiają się regularnie na profilach podróżniczych. Wizyta na Grenen stanowi jednak dobrą odtrutkę na wyidealizowane fotografie – w rzeczywistości takie spektakularne kolorystycznie przedstawienie odbywa się tu niezwykle rzadko. Potrzeba do tego bezwietrznej pogody i nieco szczęścia. Owszem, Morze Północne i Bałtyk mają wody o innej gęstości i zasoleniu (Bałtyk jest znacznie słodszy), co utrudnia ich mieszanie się. Jednak haloklina, czyli stała granica między wodami o innym ciężarze, w przypadku tych akwenów znajduje się nie na powierzchni, lecz na głębokości ok. 40–60 m. Trudno ją więc dostrzec, a tym bardziej sfotografować, chyba że trafi się na wyjątkowe warunki powodujące przemieszczane się halokiny ku powierzchni.
Podróżnicy nie muszą jednak wyjeżdżać stąd zawiedzeni. Punkt styku dwóch mórz – choć może mniej fotogeniczny – przejawia się tu bowiem w jeszcze inny sposób. Pchane przeciwległymi prądami fale płyną nie równolegle, lecz prostopadle do brzegu, nacierając na siebie z dwóch stron. Zderzają się niemal w jednej linii. To właśnie ta granica.
Morze pochłonęło całe wioski. Jutlandczycy nigdy się jednak od niego nie odwrócili
Morze przyciągało tu ludzi, na długo zanim pojawili się influenserzy i twórcy internetowego kontentu. Po trudnych do żeglowania wodach Morza Północnego przemieszczali się wikingowie, traktujący akwen niemal jak autostradę umożliwiającą im podbój odległych terenów. W średniowieczu, w 1362 r., morze pokazało swoją niszczycielską siłę, zalewając zachodnie wybrzeże Jutlandii i powodując tzw. Wielkie Zatopienie. Powódź pochłonęła tysiące ofiar i ogromne połacie przybrzeżnych terenów, w tym całe wioski, które na zawsze zostały już pod wodą. Tamte wydarzenia, wciąż gdzieś tlące się w pamięci tutejszych, zrodziły do morskiego żywiołu respekt, ale też szacunek.
Nigdy jednak nikt tu morza się nie wyparł. Rybołówstwo wciąż jest ważną częścią duńskiej kultury – na zachodzie Jutlandii działają liczne hodowle ostryg, a na wschodzie z kolei rozwija się zainteresowanie wodorostami. By je pozyskać, wystarczy włożyć wysokie kalosze i pójść na płyciznę – w tych wodach żyje ponad czterysta gatunków wodorostów. Rośliny te zawierają 3,5 tys. bioaktywnych składników, są ekstremalnie wytrzymałe, nadają się na naturalny nawóz i środek ochronny, ale świetnie sprawdzają się też w kosmetykach i jako jedzenie. Można z nich nawet zrobić piwo.
Przyciągnęło ich niezwykłe światło. Tak Skagen stało się kolonią artystów
Jutlandzki morski krajobraz stał się w końcu tematem dla duńskich artystów. Pod koniec XIX w. do Skagen, do którego teraz wracam, zaczęli ściągać w poszukiwaniu wyjątkowego światła malarze, a później też inni twórcy, którzy w nadmorskim otoczeniu znajdowali idealne warunki do pracy. Przyjeżdżający tu od 1870 do 1900 r. artyści tworzyli nieformalną kolonię poetów i malarzy. Większość z nich należała do skandynawskiej grupy Det Moderne Gennembrud (Przełom Modernistyczny). – Tworzyli głównie w plenerze – mówi mi Mikkel Heuck, szef hotelu Brøndums, w którym artyści się zatrzymywali. – Często portretowali rybaków, ale chyba jeszcze częściej malowali sceny z własnych spotkań towarzyskich. Patrząc na te płótna, zobaczysz niekończące się posiłki, zabawy i popijanie drinków.

W hotelu Brøndums zgromadzono przede wszystkim portrety – zgodnie z niepisanym zwyczajem artyści przesiadujący w pełnej drewna XIX-wiecznej jadalni obiektu zostawiali tu przynajmniej jeden namalowany przez siebie obraz. Przechadzając się po sali rozświetlonej wpadającym przez szerokie okna z białymi ramkami słońcem, wpatruję się w twarze wąsatych mężczyzn, wysmaganych wiatrem ludzi morza i nielicznych kobiet, które pozowały twórcom.
Więcej dzieł zgromadzono w Muzeum Skagen – po drugiej stronie ulicy. Obrazy skrzą się rozedrganymi plamami farby, widać na nich wpływ impresjonizmu. Zaludniające je postacie wyglądają na zadowolone i radosne, choć te letnie pejzaże mają też w sobie nieco północnej melancholii. Patrząc na nie, myślę o tym, że w Jutlandii, mimo upływu dekad nie zmieniło się tak wiele – wciąż można spędzić tu cudowne wakacje, odpocząć i spojrzeć z zadumą na ciągnące się po horyzont morze.
Jak zaplanować podróż do Jutlandii z Polski
Dojazd i transport
- Jeżeli nie zdecydujesz się na dojazd na miejsce autem, możesz polecieć do Kopenhagi i stamtąd podróżować transportem publicznym.
- Z Warszawy bezpośrednie połączenia do stolicy Danii oferuje m.in. LOT i Wizz Air – podróż w obie strony to wydatek od ok. 500 zł.
- Do Skagen dojedziesz np. pociągiem. Podróż wymaga przesiadki w Aalborg.
Nocleg
Ceny noclegów w Danii potrafią zaboleć: 500–600 złotych za noc w przeciętnym hotelu to raczej standard niż wyjątek. Najtańsze zakwaterowanie oferują małe rodzinne pensjonaty.
- W Ferie På Toppen w Skagen latem zapłacisz 450 zł za pokój z dzieloną łazienką.
- Lepszą ofertą może być Skagen Annex Apartment, w którym za 400 zł więcej dostaniesz lokum z prywatną łazienką.
- Za noc w zabytkowym Brøndums Hotel będziesz musiał zapłacić ok. 900 zł za pokój z dzieloną toaletą, a z prywatną 1100 zł.
Warto wiedzieć
- Dania jest królestwem rowerzystów. Wypożyczalnie znajdziesz w niemal każdym nadmorskim miasteczku i na większości kempingów. W miastach świetnie działają aplikacje do współdzielenia rowerów (np. Donkey Republic).
- W Skagen, w wypożyczalni Skagen Bike Rental, ceny wynajmu klasycznego miejskiego roweru zaczynają się od 50–70 złotych (90–120 koron) za dzień, natomiast rower elektryczny (e-bike), bardzo przydatny przy silnych jutlandzkich wiatrach, to koszt od 110 do 150 zł za dzień (200–250 kor.).
- Chcąc przewieźć rower duńskimi pociągami DSB, musisz pamiętać o wcześniejszym wykupieniu specjalnego biletu rowerowego (Cykelbillet), który kosztuje w przeliczeniu 12–20 zł w zależności od strefy.
Źródło: National Geographic Traveler
Nasz ekspert
Michał Głombiowski
Zaczynałem w dziale motoryzacyjnym jednego z trójmiejskich dzienników, ale szybko odkryłem, że bardziej niż samochody interesuje mnie sama droga. Naturalnym krokiem była zmiana zainteresowań – po doświadczeniach m.in. w „Gazecie Wyborczej” i „Rzeczpospolitej” związałem się z polską edycją „National Geographic Traveler”, z którą współpracuję od kilkunastu lat. Dla magazynu przygotowałem kilkaset artykułów i napisałem trzy książki podróżnicze (jedna z nich została nagrodzona Magellanem). Najbardziej cenię długie, niespieszne wyprawy, wierząc, że w dziennikarstwie podróżniczym najważniejsza jest dobrze opowiedziana historia.

