Zwykłe diamenty to przejrzyste, pojedyncze kryształy węgla formujące się głęboko pod ziemią w ekstremalnych temperaturach. Karbonado (hiszp. carbonado) to ich absolutne przeciwieństwo. Występują wyłącznie w korytach rzek w Brazylii oraz w Republice Środkowoafrykańskiej (co ma sens geologiczny, gdyż miliony lat temu tereny te tworzyły jeden superkontynent) i są niemal całkowicie czarne.

WIDEO…

player placeholder

Te nieprzejrzyste, ciemne bryłki to w rzeczywistości zbity konglomerat miniaturowych diamentów. Ze względu na ich gąbczastą strukturę i szklistą powłokę wielu naukowców podejrzewało, że przybyły one bezpośrednio z przestrzeni kosmicznej na gwiezdnych odłamkach. I chociaż kosmos miał w ich powstaniu udział, to tylko połowa tej historii.

Kosmiczne uderzenie i ucieczka pod ziemię

Badacze pod kierownictwem dr. Attili Demény'ego opublikowali na łamach czasopisma „Gondwana Research” przełomową analizę. Wykorzystując promieniowanie rentgenowskie i mikroskopy elektronowe udowodnili, że karbonado wcale nie przyleciało z kosmosu. Jego niesamowita historia mogła się jednak zacząć od gigantycznego uderzenia w naszą planetę.

Zobacz także:

Czarne diamenty powstały na Ziemi

Według nowej hipotezy, w młodą Ziemię uderzyły obiekty pozaziemskie o średnicy nawet 200 kilometrów. Ta katastrofa wymusiła niezwykle szybką subdukcję, czyli gwałtowne zapadnięcie się fragmentów skorupy ziemskiej wprost do gorącego płaszcza.

Co ciekawe, izotopy węgla uwięzione w badanych kamieniach wskazują, że materiał ten częściowo pochodzi ze starożytnych organizmów żywych. Martwa materia organiczna, wciągnięta błyskawicznie pod ziemię, została tam poddana tak ogromnemu ciśnieniu, że uformowała diamenty. To właśnie błyskawiczne tempo tego procesu tłumaczy, dlaczego kamienie zachowały swoją porowatą (dziurawą) strukturę.

Rozwiązanie zagadki

Gdyby czarne diamenty były uformowane z bezpośrednio stopionych w atmosferze meteorytów, ich wnętrze musiałoby nosić ślady szoku termicznego. Badania wykazały jednak, że same kryształy wewnątrz bryłek są nienaruszone.

Jak zatem wytłumaczyć ich gładką powłokę? Kamienie spędziły długi czas w płaszczu Ziemi, zanim wznosząca się magma wyrzuciła je z powrotem na powierzchnię. Tam zostały pokryte cienką warstwą anatazu (minerału z grupy dwutlenku tytanu). Dopiero później płynące wody i podziemne płyny naturalnie rozpuściły powłokę i zewnętrzną warstwę minerałów, polerując kamienie i nadając im ostateczny, lśniący, niemal gwiezdny szlif.

Źródło: Gondwana Research