Wielu z nas wciąż patrzy na Stany Zjednoczone przez pryzmat kinowych hitów i seriali, gdzie osiedla tętnią życiem, a sąsiedzi wpadają na popołudniowe grille. Rzeczywistość poza wielkimi metropoliami bywa jednak zaskakująco cicha, a dystanse dzielące ludzi – gigantyczne.
Złudny urok podmiejskiego snu
Większość Amerykanów dąży do posiadania własnego domu z dużym ogrodem, co z czasem doprowadziło do bezprecedensowego rozlania się tamtejszych aglomeracji. Taka struktura przestrzenna całkowicie zmieniła jednak to, jak funkcjonują lokalne społeczności. – To jest ten American Dream, żeby mieć dom, żeby mieć podwórko. I okej, ja to rozumiem, ale to robi się kosztem normalnego życia – zwraca uwagę Dave z Ameryki.
Zamiast tętniących życiem placów czy kawiarni na rogu ulicy, amerykańscy mieszkańcy przedmieść funkcjonują w niemal całkowitej izolacji. – Tam, gdzie ja mieszkam, wychodzisz i nie ma nikogo, jest zupełnie pusto. Nawet w większych miastach nie ma ludzi na ulicach. Oni są tylko w biznesach, w pracy albo w domu. I co za życie, że tylko pracujesz, wydajesz pieniądze albo siedzisz w czterech ścianach? To jest po prostu depresyjne – zauważa wprost twórca internetowy.
Pieszy w Ameryce to niewidzialny intruz
Jednym z najbardziej uderzających zjawisk dla osoby przyjeżdżającej z Europy jest to, jak bardzo przestrzeń w Stanach Zjednoczonych została podporządkowana wyłącznie pojazdom mechanicznym. Życie bez samochodu w większości stanów oznacza całkowite wykluczenie komunikacyjne. – Tam, gdzie mieszka mój tata, jakby chciał iść na pieszo do jakiegokolwiek biznesu, musiałby iść dwie i pół godziny – opowiada gość wideopodcastu.
Choć w wielu dzielnicach infrastruktura dla pieszych formalnie istnieje, korzystanie z niej wiąże się z niemałym ryzykiem. – Chodniki bywają zupełnie puste. Ludzie jeżdżący autami nawet nie zakładają, że ktoś może poruszać się rowerem albo iść pieszo. Kiedy idziesz poboczem, musisz naprawdę bardzo uważać, bo kierowcy patrzą wyłącznie na to, czy nie nadjeżdża inny samochód – tłumaczy Dave.
Dlaczego Amerykanie zagadują nieznajomych na ulicy?
Słynny amerykański „small talk” i otwartość na przypadkowe pogawędki w sklepach czy na stacjach benzynowych wcale nie muszą wynikać z wrodzonej beztroski. Zdaniem Dave’a to naturalny mechanizm obronny przed samotnością, która towarzyszy wielu mieszkańcom na co dzień.
– Myślę, że Amerykanie są tak otwarci i zagadują nieznajomych właśnie dlatego, że na co dzień brakuje im kontaktu z ludźmi. Kiedy w końcu kogoś spotkają, myślą: „Wreszcie jest człowiek, mogę zamienić z nim choć słowo” – wyjaśnia Dave z Ameryki. W Europie, gdzie przestrzeń publiczna wciąż jest gęsta i wspólna, naturalna potrzeba interakcji bywa znacznie szybciej zaspokajana przez samą obecność innych w zasięgu wzroku.
Posłuchaj całej rozmowy z Dave'em
Pełną rozmowę z bohaterem podcastu poprowadził Łukasz Załuski, redaktor naczelny National Geographic Polska. Wideo można obejrzeć poniżej, a także na naszym kanale YouTube i w serwisie Spotify.
Źródło: National Geographic Polska