Dla sportowców zmiana barw narodowych bywa niekiedy czysto pragmatyczną decyzją, lecz w tym wypadku integracja z krajem ma wymiar emocjonalny. Reprezentant Polski nie tylko opanował język w zaledwie kilkanaście miesięcy, ale postanowił trwale wpisać się w polską tożsamość.
Deklaracja w urzędzie i polska pisownia
Plany formalnej modyfikacji zapisu danych osobowych są już przesądzone. Zawodnik chce pozbyć się wschodniej transkrypcji na rzecz naturalnego, swojskiego brzmienia, co uważa za gest szacunku wobec kibiców i działaczy.
– Będzie Władymir Semirunny. Będzie brzmiało bardziej po polsku i to z mojej strony podziękowanie dla Polski – tłumaczy sportowiec. Jedyną przeszkodą na drodze do sfinalizowania procedury pozostaje niezwykle napięty grafik startowy i zgrupowania. Zmiana dokumentów, takich jak paszport czy dowód osobisty, w trakcie trwania sezonu Pucharu Świata wymaga precyzyjnego zaplanowania. Równie pasjonująco wyglądają zmiany nazwisk w historii, które nierzadko odzwierciedlały burzliwe zwroty losu jednostek i całych narodów.
Od rosyjskiego WoWy do polskiego Władka
Integracja językowa panczenisty postępowała w błyskawicznym tempie. Choć z początku barierą były nawet komunikaty na ekranach samoobsługowych, dziś mówi płynną polszczyzną, swobodnie operując żartem i trafną puentą. Początkowo niełatwo było mu jednak przywyknąć do nowych form zwracania się.
– Na początku mówiłem: nie jestem Władek, jestem Wowa, bo tak do mnie mówiono w domu. Teraz się przyzwyczaiłem. Czasem mówią do mnie nawet Włodek, ale do tego w ogóle nie mogę przywyknąć! – śmieje się łyżwiarz, który porzucił Rosję na rzecz Polski. Największą zmorą okazały się przypadki, zwłaszcza biernik i narzędnik, których odmiana potrafi zaskoczyć każdego obcokrajowca. Odrębnym wyzwaniem były językowe pułapki – tak zwani fałszywi przyjaciele. Podobieństwa fonetyczne bada zresztą językoznawstwo słowiańskie, analizując proces przenikania się leksyki w naszej części kontynentu.
Sklep, czaszka i warzywa, czyli codzienna walka ze słowami
Zabawne nieporozumienia towarzyszyły mu zwłaszcza podczas codziennych zakupów w lokalnych marketach. W języku rosyjskim słowo овощи (owoszczi) oznacza warzywa, co początkowo prowadziło do konsternacji przy wagach samoobsługowych. – Kupowałem w markecie ogórka, wciskam owoce i myślę: kurczę, nie ma tutaj! Dopiero później zrozumiałem, że to przecież warzywa – wspomina w rozmowie z National Geographic Polska. Pytany o inne słowa-pułapki bezbłędnie wyjaśnia, że rosyjski sklep to krypta grobowa, a czaszką określa się filiżankę.
Dziś zawodnik nie potrzebuje już słowników ani lekcji z lektorem. Podobnie jak asymilacja kulturowa migrantów, naturalna immersja w środowisku okazała się najszybszą drogą do płynności językowej. Jego postawa zaskarbiła mu ogromną sympatię kibiców, którzy widzą w nim nie obcego najemnika, lecz pełnoprawnego reprezentanta kraju. Taka przemiana to wspaniała lekcja tego, jak współczesne migracje w Europie mogą wzbogacać społeczeństwo i rodzimy sport.
Posłuchaj całej rozmowy z Władimirem Siemirunnijem
Pełną rozmowę z Władimirem Siemirunnijem poprowadził Łukasz Załuski, redaktor naczelny National Geographic Polska. Wideo można obejrzeć poniżej, a także na naszym kanale YouTube i w serwisie Spotify.
Źródło: National Geographic Polska