Co zrobić z chaosem na Górze Gór?

Wraz z Szerpą Panuru wyruszamy z górnego obozu na południowo-wschodniej grani Everestu. Po godzinie wspinaczki napotykamy pierwsze zwłoki. Martwy himalaista leży na boku, jakby ułożył się do drzemki w śniegu. Głowę zakrywa mu częściowo kaptur anoraka, z dziur w ocieplanych spodniach wiatr wywiewa kłęby gęsiego puchu. Dziesięć minut później musimy wyminąć następnego trupa. Ciało martwej kobiety okrywa łopocząca kanadyjska flaga przyciśnięta butlą tlenową, by nie porwał jej wiatr. Drepczemy po stromiźnie gęsiego, trzymając się lin poręczowych. Ja i Panuru jesteśmy wciśnięci w kolejkę ludzi wspinających się przed i za nami. Dzień wcześniej, w obozie III, nasza ekipa stanowiła część małej grupki. Ale dziś rano po przebudzeniu zdumieni obserwujemy defilujący przed naszym namiotem sznur himalaistów. No i teraz, na wysokości 8230 m, tkwimy w korku. Musimy posuwać się w tym samym tempie co reszta, niezależnie od własnych sił i możliwości. Przed północą przypatrywałem się łańcuchowi światełek z czołówek wspinaczy, który zdawał się wznosić w czarne niebo. Nade mną ponad setka pełznących powoli ludzi. Na jednym skalnym odcinku co najmniej 20 osób było dowiązanych do jednej postrzępionej liny, zakotwiczonej na jednej jedynej paskudnie pogiętej szabli śnieżnej wbitej w lód. Gdyby kotwa puściła, lina i karabinek trzasnęłyby od razu pod ciężarem dwóch tuzinów ludzi, którzy pokoziołkowaliby w dół, na spotkanie śmierci. Sznur wspinaczy mija ciało Shriyi Shah-Klorfine, 33-letniej Kanadyjki pochodzenia nepalskiego, która zmarła 19 maja. Himalaistka zasłabła podczas zejścia ze szczytu. (Fot. Kristoffer Erickson)

Przewodnik naszego zespołu, Szerpa Panuru, zarządza wypięcie się z tej liny. Schodzimy na bok, na lód, i ruszamy sami – dla doświadczonych wspinaczy tak jest bezpieczniej. Po 20 minutach widzimy następne zwłoki. Mężczyzna wciąż przywiązany do liny siedzi w śniegu zamarznięty na kość; ma czarną twarz i szeroko otwarte oczy. Kilka godzin później, tuż przed tzw. Stopniem Hillary’ego, 12-metrowym skalnym progiem, ostatnią przeszkodą przed szczytem, mijamy jeszcze jedne zwłoki. Twarz pokryta zarostem, usta otwarte, jakby w bolesnym jęku. Później sięgnę po informacje o tych, którzy tu zginęli: 55-letnia Chinka Ha Wenyi; 33-letnia Kanadyjka nepalskiego pochodzenia Shriya Shah-Klorfine; Koreańczyk Song Won-bin, 44 lata, Niemiec Eberhard Schaaf, 61 lat. Mijając ich ciała w drodze powrotnej ze szczytu, myślałem o rozpaczy ich bliskich, gdy się dowiedzieli o tragedii. Mnie też zdarzyło się stracić w górach przyjaciół. Dokładne powody śmierci tych konkretnych osób nie zostały ustalone. Niemniej jednak przyczyną wielu ostatnich wypadków pod Everestem był brak doświadczenia. Nie mając wystarczającej zaprawy do wspinaczki na takiej wysokości, niektórzy nie są w stanie ocenić własnych możliwości i nie potrafią dać za wygraną, w porę zawrócić z drogi. – Zaledwie połowa tych, którzy się tu znaleźli, ma wystarczające doświadczenie do wspinaczki na szczyt. A tej drugiej połowie naprawdę grozi, że zostanie na nim na zawsze – mówi mi Panuru. Zbyt często ludzi w górach zabija nie surowa przyroda, ale ich własna brawura.

Jakże inaczej było 50 lat temu, gdy James Whittaker w towarzystwie Szerpy Nawanga Gombu stanął na szczycie jako pierwszy Amerykanin. 1 maja 1963 r. Whittaker, zwany „Dużym Jimem”, dokonał wejścia drogą wytyczoną w 1953 r. przez Nowozelandczyka Edmunda Hillary’ego z Szerpą Tenzingiem Norgayem przez grań południowo-wschodnią. Whittaker kilka lat wcześniej zdobył Mount McKinley. Gombu wchodził na Mount Everest po raz trzeci w życiu. Trzy tygodnie po wejściu Whittakera i Gombu zdobyto szczyt zupełnie nową drogą, przez grań zachodnią. Tego wyczynu dokonali Tom Hornbein i Willi Unsoeld (którzy przedtem, w 1960 r., byli członkami pakistańsko-amerykańskiej wyprawy do Karakorum). Tego samego dnia co Hornbein i Unsoeld na szczyt Everestu dostali się drogą przez grań południowo-wschodnią dwaj inni Amerykanie, Barry Bishop i Lute Jerstad. Oba zespoły spotkały się pod szczytem. Nie zdołali się ewakuować przed zmrokiem i cała czwórka musiała przetrwać noc na 8535 m n.p.m. Nikt nigdy dotąd nie biwakował na takiej wysokości, zagrożenie było ogromne. Nie mieli namiotów, śpiworów, palników, tlenu, wody ani jedzenia. Szanse na przeżycie były znikome. – Mój Boże, mieli kupę szczęścia – mówi Whittaker. – Gdyby choć trochę wiało, byłoby po nich. Przeżyli wszyscy czterej, choć Unsoeld i Bishop stracili w sumie 19 palców stóp wskutek odmrożenia. Amerykańska wyprawa z 1963 r.
uznana została za wielki narodowy sukces, porównywalny z lądowaniem na Księżycu, mimo wypadku na lodospadzie Khumbu, w którym zginął himalaista z Wyoming John Breitenbach. Nasz zespół wyruszył na szczyt Everestu dla upamiętnienia 50-lecia tamtej wyprawy. Zobaczyliśmy jednak, że Góra Gór stała się symbolem wszystkiego, co we współczesnej wspinaczce wysokogórskiej złe. W roku 1963 ledwie sześciu himalaistów miało na koncie Mount Everest, zaś wiosną 2012 r. pod szczytem tłoczyło się ponad 500 osób. Gdy 25 maja dotarłem na wierzchołek, panował tam taki ścisk, że nie miałem gdzie stanąć. Utknąwszy w kolejce pod Stopniem Hillary’ego, ludzie musieli czekać na wejście dwie godziny – marznąc i tracąc siły, choć pogoda na szczęście była wyśmienita. Gdyby rozpętała się zawieja, jak w 1996 r., ofiar byłoby bez liku. Emily Harrington z naszej ekipy jest autorką panoramy z wierzchołka i autoportretu. Przed wejściem na szczyt zmagała się z infekcją dróg oddechowych. – Cała ta podróż była walką z samą sobą o każdy krok naprzód – mówi. (Fot. Emily Harrington) Mount Everest był zawsze postrzegany jako cel niezwykle atrakcyjny. Ale dzisiaj, gdy na szczycie stanęło już blisko 4 tys. osób, w tym niektórzy wielokrotnie, jego zdobycie przestało być wyczynem takim jak pół wieku temu. Dziś mniej więcej 90 tys. ludzi, którzy tu wchodzą, to uczestnicy komercyjnych wypraw z przewodnikami. Część nie ma podstawowych umiejętności wspinaczkowych. Płacąc od 30 do 120 tys. dol. za wyprawę, wielu uważa naiwnie, że kupili sobie gwarancję zdobycia szczytu. Znacznej liczbie wejście się udaje, ale odbywa się to w fatalnych warunkach. Dwie najczęściej wykorzystywane drogi – granią północno-wschodnią lub granią południowo-wschodnią – są nie tylko niebezpiecznie zatłoczone, ale też obrzydliwie zapaskudzone: śmieci spływają z lodowców, a góry ekskrementów zasmradzają obozowiska. I wciąż dochodzi do wypadków śmiertelnych. Poza czwórką wspinaczy wspomnianych wcześniej, którzy zginęli na grani południowo-wschodniej, w 2012 r. śmierć na Evereście poniosło jeszcze sześć osób, w tym trzech Szerpów. Najwidoczniej coś się pod najwyższym szczytem popsuło. Ale jeśli porozmawia się z ludźmi dobrze znającymi sytuację, podsuną sposoby, aby Mount Everest uratować.

60-latek RUSSELL BRICE jest szefem Himexa, największej i najbardziej wyrafinowanej technicznie firmy obsługującej wyprawy z przewodnikami na Everest. Himex zorganizował 17 wypraw na szczyt, zarówno od strony nepalskiej, jak i chińskiej. Brice jest z pochodzenia Nowozelandczykiem, ale przeniósł się do Francji, do Chamonix. Znają go z rygorystycznego przestrzegania zasad bezpieczeństwa. Każdy himalaista i każdy Szerpa z ekipy Himexa ma krótkofalówkę i codziennie musi się meldować. Każdy jest wyposażony w nadajnik lawinowy, kask, uprząż, raki i ma obowiązek stosować asekurację (wiosną 2012 r. jeden z Szerpów z innej firmy nie przypiął się do liny i zginął, spadłszy w szczelinę). Ze względów bezpieczeństwa ci z klientów, którzy nie są w stanie utrzymać tempa, w jakim porusza się zespół, muszą zawrócić. Mimo że wycieczki prowadzone przez Brice’a są stosunkowo duże – do 30 klientów i drugie tyle Szerpów – nie pozostawiają za sobą bałaganu: zabierają w dół wszystkie śmieci i odchody, co nie jest tu praktyką częstą. Kroki na rzecz utrzymania porządku, jakie podjął Sagarmatha Pollution Control Committee, czyli coś w rodzaju instytucji samorządowej rejonu Mount Everestu, poprawiły nieco sytuację w obozie bazowym (odchody magazynowane są w beczkach, a następnie transportowane na dół), ale nie wywarły żadnego wpływu na sytuację powyżej obozu bazowego, wysoko pod szczytem. Szczególnie odrażający jest obóz II, na wysokości 6474 m n.p.m. Niewiele lepszy jest obóz IV, gdzie poniewierają się szkielety namiotów, łopocząc na wietrze postrzępionymi resztkami poszyć. – Te tłumy byłyby do opanowania, gdyby firmy organizujące wyprawy porozumiewały się ze sobą – twierdzi Brice. – Chodzi przede wszystkim o dobrą komunikację. Gdybyż to było takie proste. Działają jednak także inne negatywne czynniki. Paradoksalnie jednym z nich jest poprawa trafności prognoz pogody. Gdy były mniej pewne, wyprawy podejmowały próby dotarcia na szczyt, gdy tylko ich członkowie osiągnęli gotowość. Dzisiaj, dzięki superszczegółowym prognozom satelitarnym, ekipy wiedzą dokładnie, kiedy otworzy się okienko i wszystkie ruszają na szczyt tego samego dnia. Inny czynnik: biedniejsze firmy wyprawowe nie mają dość personelu, wiedzy i sprzętu, by zapewnić turystom bezpieczeństwo, jeśli coś zawiedzie. Zatrudniają mniej Szerpów albo wynajmują tych mniej doświadczonych. – Wszyscy uczestnicy płatnych wypraw, którzy w ostatnich latach zginęli na Evereście, byli klientami tanich firm, bez doświadczenia – twierdzi Argentyńczyk Willie Benegas, 44-letni przewodnik wysokogórski i współwłaściciel (z bratem Damianem) firmy Benegas Brothers Expeditions, która poprowadziła 11 wypraw na najwyższy szczyt ziemi. Zdaniem braci Benegasów nepalskie Ministerstwo Kultury, Turystyki i Lotnictwa Cywilnego, któremu podlegają wyprawy na Mount Everest, powinno po pierwsze dbać o to, by miejscowe firmy turystyczne przestrzegały tych samych norm co firmy zagraniczne, a po drugie zapewnić Szerpom lepsze wykształcenie, by mogli wypełniać swoje obowiązki równie dobrze jak przewodnicy zagraniczni. Zapobiec tłokowi pod szczytem i na samym wierzchołku mogłoby ograniczenie zarówno ogólnej liczby zezwoleń na wejście, jak i liczebności ekip do maksymalnie 10 klientów. W tej kwestii nie wszyscy są optymistami. – To się nie uda – kręci głową Nowozelandczyk Guy Cotter, właściciel firmy Adventure Consultants, która zorganizowała 19 wypraw na Mount Everest. – Everest to dla Nepalu dobry interes, nigdy nie będą ograniczać dostępu. Nepal liczy 30 mln mieszkańców, a jedna czwarta z nich żyje w ubóstwie. Państwo pogrążone jest w głębokim kryzysie. W 2006 r. zakończyła się 10-letnia wojna domowa między maoistowską partyzantką a siłami rządowymi. Zniesiono monarchię, powstał rząd koalicyjny, ale sytuacja polityczna jest wciąż krucha, partie polityczne wojują ze sobą. Zdaniem Kundy Dixita, redaktora gazety Nepali Times, politycy są tak skorumpowani i nieudolni, że brak stałego rządu właściwie im pasuje, bo za błędy nikogo nie można pociągnąć do odpowiedzialności. W sezonie wiosennym 2012 r. uczestnicy wypraw na Mount Everest zostawili w Nepalu 12 mln dolarów, jak ocenia Szerpa Ang Tshering, właściciel firmy Asian Trekking. Z tego ponad 3 mln wzięło ministerstwo w ramach opłat za zezwolenia na wejście dla wspinaczy z 30 zagranicznych wypraw. – Trzeba pamiętać, że Nepal jest właściwie państwem upadłym – zwraca uwagę Cotter. – Im więcej rząd będzie miał spraw do uregulowania, tym więcej będzie korupcji. Dave Hahn, przewodnik wysokogórski, który na szczycie Mount Everestu był 14 razy, potwierdza tę opinię. Oczekiwanie, że rząd nepalski rozwiąże te problemy, jest nierealistyczne. – Firmy prowadzące wyprawy na Everest muszą same wprowadzić wspólne zasady – przekonuje. – Ministerstwo to rozpanoszona i nieudolna biurokracja – potwierdza Conrad Anker, 50-latek, który prowadził wspieraną przez National Geographic wyprawę w 2012 r. – Z 3 mln, które zarabiają co roku na zezwoleniach, tu, na górę, trafiają jakieś grosze. Przygotowując ten artykuł, wielokrotnie zwracaliśmy się do
ministerstwa z prośbą o komentarz, ale nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi. Według Ankera doskonałym przykładem bezsensu i nieudolności jest instytucja tzw. oficera łącznikowego. Każdej ekipie wyruszającej na szczyt władze przydzielają oficera łącznikowego, oczywiście na koszt wyprawy, który ma dbać o przestrzeganie przepisów. – Ale żaden z tych ludzi nigdy nie wybrał się w góry. Większość nawet nie siedzi w obozie bazowym. Schodzą na dół, bo tam cieplej – mówi Anker. Jego zdaniem oficerów łącznikowych powinni zastąpić strażnicy wysokogórscy, którzy mieliby odpowiednią wiedzę, umiejętności i motywację, by patrolować szlaki i wymuszać przestrzeganie przepisów. Na Evereście powinna też istnieć stała służba poszukiwawczo-ratownicza. – Wystarczyłoby ośmiu Szerpów i czterech ratowników z Zachodu, powinno ich finansować ministerstwo. Od razu byłoby mniej ofiar – przekonuje. 10 lat temu Anker wraz z żoną Jenni założył ośrodek wspinaczkowy – KCC (Khumbu Climbing Center) w osadzie Phortse. Prowadzi on szkółkę wspinaczkową dla Szerpów i w ten sposób dba o poprawę bezpieczeństwa pod Everestem. Szkółkę KCC ukończyło już ponad 700 osób, które teraz pracują w firmach organizujących wyprawy komercyjne. To przecież przede wszystkim Szerpowie prowadzą akcje ratunkowe. Szerpa Danuru, absolwent kursu KCC, który był 14-krotnie na szczycie Everestu, opowiadał mi, że wyciągnął spod wierzchołka przynajmniej pięć osób, ratując im w ten sposób życie. – Jeden z podstawowych problemów polega na tym, że klienci nie mają respektu dla wiedzy i doświadczenia Szerpów – narzeka Anker. Część winy za ten stan rzeczy w jakimś sensie ponoszą sami Szerpowie. Większość z nich wyznaje buddyzm tybetański, więc zgodnie z regułami swojej religii niechętnie narzucają swoją wolę innym. – Klienci nie słuchają rad i giną – mówi Anker. – W zeszłym roku był taki przypadek. Staramy się więc uczyć Szerpów także stanowczości.

Mimo tych problemów Mount Everest nie przestaje być wielki i wspaniały. Zawsze znajdą się ludzie, którzy będą chcieli zdobyć najwyższy szczyt świata. W końcu ta góra to coś więcej niż ścisk i stosy śmieci. Jest tak wysoka, że wznosi się ponad to wszystko; nie ma wspinacza, który nie marzyłby choć raz, aby ją zdobyć. No i jest piękna. Nie zapomnę zapierającego dech w piersiach widoku obozu III, chmur kłębiących się nad Kotłem Zachodnim niczym lawina w zwolnionym tempie płynąca w odwrotną stronę. Albo tej dogłębnej ulgi nad miską gorącej zupy w obozie IV. Albo chrobotu raków w kryształowym labiryncie lodo-
spadu Khumbu, tuż nad obozem bazowym. Wspomnienia ze wspinaczki na tę górę wraz z przyjaciółmi przechowuję w pamięci jak największy skarb. Powierzałem im własne życie, a oni w moje ręce oddawali swoje. To dla takich chwil ludzie będą się pchać na Everest. Nie chodzi tylko o zdobycie szczytu, ale o okazanie górze szacunku i radość wędrówki. A dziś to od nas zależy, czy uda się przywrócić rozsądek na Górze Gór. (Opracowanie: Martin Gamache i Matthew Twombly, NGM Staff; Mesa Schumacher Źródła: Deutsches Zentrum für Luft- und Raumfahrt; Raymond B. Huey, University of Washington; Richard Salisbury, Himalayan Database)

Warto wiedzieć:

  • Mijając zmrożone ciała w drodze powrotnej ze szczytu, myślałem o rozpaczy ich bliskich, gdy dowiedzieli się o tragedii. Mnie też zdarzyło się stracić w górach przyjaciół.
  • Zawsze znajdą się ludzie, którzy będą chcieli zdobyć najwyższy szczyt świata. W końcu ta góra to coś więcej niż ścisk i stosy śmieci. Jest tak wysoka, że wznosi się ponad to wszystko. Nie ma wspinacza, który nie marzyłby, aby ją zdobyć.
Sześć sposobów na poprawę sytuacji
  1. mniej zezwoleń – ograniczenie całkowitej liczby wspinaczy i Szerpów pod szczytem.
  2. mniejsze zespoły – ograniczenie liczebności ekip w celu zmniejszenia zatorów na drodze przez grań południowo-wschodnią.
  3. certyfikaty – wydawane w celu zapewnienia, że firmy organizujące komercyjne wyprawy będą konsekwentnie przestrzegać zasad bezpieczeństwa oraz dysponować wystarczającą wiedzą.
  4. wymaganie doświadczenia w celu zapewnienia, że zarówno turyści, jak i Szerpowie będą przygotowani na wysokogórskie trudności.
  5. zachowanie czystości – usuwanie odpadków, śmieci i odchodów oraz wprowadzenie kar za niestosowanie się do tych wymagań.
  6. usuwanie zwłok, żeby okazać szacunek zarówno zmarłym, jak i żywym himalaistom, którzy natykają się na zwłoki leżące na głównych szlakach wiodących na szczyt.
Nowy Wiek Eksploracji to całoroczna seria artykułów dla uczczenia 125-lecia National Geographic. Wiosną 2012 r. National Geographic wspólnie z The North Face, Mayo Clinic i Montana State University sfinansowało wyprawę mającą uczcić 50. rocznicę zdobycia Everestu przez pierwszego Amerykanina.