„Kanzir! Kanzir!” Jak św. Marek trafił do Wenecji
W roku 828 dwaj kupcy weneccy uratowali relikwie św. Marka z Aleksandrii. Aby je ukryć, zawinęli szczątki świętego w wieprzowinę. Arabscy celnicy widząc pakunek zawołali „Kanzir! Kanzir!” („świnia!”). Relikwie trafiły bezpiecznie do Wenecji, a św. Marek został jej patronem.

- Jonathan Keates
Spis treści:
- Św. Teodor – pierwszy patron Wenecji
- Relikwie św. Marka uratowane z Aleksandrii
- Bazylika św. Marka
- Tożsamość Wenecji
Nie sposób przecenić znaczenia Wenecji jako metropolii chrześcijańskiej. Pomimo stałych tarć z władzą papieską, mimo ochrony, na jaką w niektórych momentach mogli w Wenecji liczyć wolnomyśliciele i heretycy, mimo ambiwalentnego stosunku miasta do tutejszej kwitnącej społeczności żydowskiej – od samego początku Wenecja była miastem żywej i głębokiej wiary katolickiej, a miejski kalendarz wypełniony jest korowodem świąt i dni pamięci, gdzie ważnym elementem są modlitwy i ceremonie sakralne.
Rozmaici święci odgrywali ważną rolę w życiu Wenecjan, a w poszczególnych parafiach rozkwitał kult indywidualnych postaci. Kiedy Republika Wenecka w XII i XIII wieku aktywnie włączyła się w krucjaty, rabowane relikwie z kościołów i ołtarzy w Ziemi Świętej, Egipcie i Azji Mniejszej sprowadzono do świątyń weneckich, co dodatkowo przydawało miastu chwały i znaczenia. Święte relikwie stały się równie ważnym przedmiotem handlu, jak jedwab czy przyprawy, w tym najbogatszym podówczas mieście europejskim.
Św. Teodor – pierwszy patron Wenecji
Wenecja potrzebowała też własnego patrona i początkowo zadowalała się osadzonym w tej roli Świętym Teodorem – jednym z licznych żołnierzy męczenników zamordowanych w czasach rzymskich prześladowań w III wieku. Niewiele wiedziano o jego życiu prócz tego, że uczynił całe mnóstwo cudów, że nie chciał czcić pogańskich bożków, a nawet podpalił pogańską świątynię, za co został wydany na śmierć po wymyślnych torturach. Mały kościółek poświęcony Teodorowi zbudowano na miejscu, które teraz zajmuje północna część Bazyliki Świętego Marka.
Teodor nadal był przez Wenecjan czczony nawet po tym, jak jego kościółek rozebrano, by zrobić miejsce dla znacznie większej świątyni, poświęconej Ewangeliście. Todaro, jak lokalnie nazywa się Teodora, pozostał ulubionym imieniem nadawanym chłopcom na chrzcie aż do wieku XIX, a posąg świętego w towarzystwie smoka o zadziwiająco przyjaznym spojrzeniu (smok nie jest częścią legendy świętego) znajduje się na jednej z dwóch kolumn stojących na Piazzetta. Podobnie jak skrzydlaty lew na sąsiedniej kolumnie posąg jest dziełem składanym – głowa pochodzi ze starożytnego greckiego pomnika króla Mitrydatesa z Pontu, ciało było niegdyś częścią pomnika rzymskiego z II wieku, a smoka najpewniej dodano dopiero w epoce renesansu.

W połowie wieku IX Wenecja kwitła już jako port, z którego przedsiębiorczy handlarze wypływali na Adriatyk i całe Morze Śródziemne. Niedawno zademonstrowana wytrwałość i tendencje niepodległościowe dodatkowo zwiększyły aspiracje Wenecjan. Istniały już połączenia handlowe z Egiptem, a w Aleksandrii cumowały weneckie statki, których kapitanowie dostarczali do Wenecji pieprz, gałkę muszkatołową, cynamon, imbir i goździki, sprowadzane z południowo‑wschodniej Azji przez Jemen, a stamtąd przez Morze Czerwone i dalej lądem karawanami wielbłądów. Przez siedem kolejnych stuleci handel przyprawami miał stanowić jeden z filarów weneckiego bogactwa, a rozwijał go cały zastęp kosmopolitycznych kupców, dobrze dogadujących się z przedstawicielami świata islamu, mówiących płynnie po arabsku, zakładających własne magazyny i utrzymujących swoich pośredników i agentów w Aleksandrii, mieście słynącym z wielokulturowości od jego założenia w epoce hellenistycznej aż do połowy wieku XX, kiedy to kryzys sueski doprowadził do zmierzchu znaczenia miasta.
Relikwie św. Marka uratowane z Aleksandrii
Nie przypadkiem więc to właśnie z Aleksandrii dwóch weneckich kupców znanych ze swej przedsiębiorczości, odwagi i awanturnictwa sprowadziło do rodzinnego miasta coś, co miało stać się rozstrzygającym elementem identyfikacji państwa i społeczności. Element ten miał później powiązać ideały oddania, służby i lojalności nie tylko w samym mieście, ale również w jego lądowych włoskich posiadłościach i na całym terenie śródziemnomorskiego imperium.
W roku 828 dwaj kupcy – Buono da Malamocco i Rustico da Torcello – akurat przebywali w Egipcie i dowiedzieli się, że na mocy decyzji abbasydzkiego kalifa al-Mamuna wspaniały aleksandryjski kościół poświęcony Świętemu Markowi Ewangeliście ma być przekształcony w meczet. Koptyjscy chrześcijanie strzegący ołtarza świętego gorąco pragnęli, by szczątki ich patrona uratowano i przechowano jako obiekt kultu. Chętnie więc przyjęli propozycję pomocy ze strony weneckich kupców. Nie obyło się też zapewne bez łapówek, bo wydaje się mało prawdopodobne, by bez tego wywiezienie tak cennych relikwii z Egiptu było możliwe.
Święty pod wieprzowiną
Znacznym problemem okazała się kwestia, w jaki sposób przenieść ciało świętego z kościoła na statek przez zatłoczone ulice Aleksandrii. Po otwarciu grobu i trumny koptyjscy kapłani przecięli całun okrywający ciało i sprytnie zastąpili je szczątkami innego męczennika – Świętego Klaudiusza z Hierapolis. Zanim złożyli w skrzyni cenne relikwie, Buono i Rustico ostrożnie zawinęli je w plastry wieprzowiny, wiedząc, że żaden muzułmanin ani Żyd dokonujący inspekcji ładunku nie będzie chciał tknąć takich nieczystości. Wedle weneckiego kronikarza Martina da Canala, piszącego swoje „Les Estoires de Venise” po francusku w manierze chansons de geste w wieku XIII, ciało świętego zaczęło wydzielać aromat świętości, jaki wedle powszechnego wierzenia miał się unosić ze zwłok tych, których później przedstawiano jako kandydatów do kanonizacji. „Gdyby wszystkie przyprawy świata zgromadzono w Aleksandrii” – pisze Martino, dobrze znający międzynarodowe handlowe znaczenie tego portowego miasta – „nie napełniłaby się ona aż takim aromatem”.
Nie chcąc przyciągać nadmiernej uwagi, Buono i Rustico otwarcie wystawili na widok to, co wyglądało jak kosz bekonu, na co przerażeni celnicy zareagowali okrzykami: „Kanzir! Kanzir!”, co po arabsku znaczy „świnia!”. Ten epizod zilustrowany jest na mozaice w Bazylice Świętego Marka, ukazującej sprytnych handlarzy transportujących ciało.
Obraz Tintoretta

Bez wątpienia jednak najwięcej dramatyzmu w przedstawieniu owej chwili uzyskał Jacopo Tintoretto na swym płótnie z roku 1562. Niesamowity protoromantyczny obraz ukazuje burzowe niebo, opustoszałą ulicę antycznego miasta, kilka maleńkich postaci w białych szatach w tle, a na pierwszym planie, przyprawionym szczyptą realizmu w postaci wielbłąda, który przypomina nam, że jesteśmy w Egipcie, widać ludzi pospiesznie niosących ciało – najwyraźniej nietknięte rozkładem i młodzieńcze, przywodzące na myśl ciało Chrystusa – w stronę jego nowej weneckiej siedziby, gdzie stanie się prawdziwym emblematem miasta.
Bazylika św. Marka
Buono i Rustico wynieśli zawinięte w płótno cenne relikwie na szczyt masztu swego statku i szybko wypłynęli. Sam rejs nie przebiegł bez przygód. W pewnym momencie zerwał się sztorm, który niemal cisnął statek na skały. Na szczęście cudownie interweniował sam Święty Marek, który zbudził kapitana, a ten nakazał opuścić żagiel, by statek mógł bezpiecznie przepłynąć. Gdy okręt dotarł do Wenecji, panujący wówczas doża Giustiniano Participazio (syn Agnella, który niedawno zmarł) nakazał umieścić ciało świętego w specjalnie zbudowanej kaplicy w ogrodzie między swoim pałacem a Kościołem San Teodoro. Obecność relikwii jednego z czterech ewangelistów przydała miastu ogromnego znaczenia. W tym czasie Wenecji bardzo potrzebne było zdobycie respektu zarówno ze strony sąsiednich potęg, jak i cesarza w dalekim Konstantynopolu.
Budowa bazyliki
To, że doża przechowywał ciało w pobliżu własnej siedziby, zamiast wystawić je w Kościele katedralnym San Pietro di Castello, nadaje nowy wymiar tej opowieści. Kult świętego miał bowiem zaowocować niebawem zbudowaniem wspaniałej bazyliki, łączącej w sobie przepych bizantyjskiego wnętrza z surowym dostojeństwem kaplicy pałacowej. Brana tak często przez zwiedzających za katedrę, Bazylika Świętego Marka nigdy nią nie była. Zbudowano ją w obrębie siedziby doży i przez niemal tysiąc lat we wszystkich kolejnych wcieleniach, mimo całej swej wystawności, była zawsze czymś innym niż kościół metropolitalny. Dopiero w wieku XIX bazylika oficjalnie przyjęła rolę katedry diecezjalnej, choć do dziś nie nazywa się jej il duomo, w przeciwieństwie do innych wielkich budynków kościelnych w całych Włoszech.
Pierwsza bazylika przetrwała nieco ponad sto lat, póki w roku 976 w czasie rebelii przeciw próżnemu, zarozumiałemu i tyrańskiemu doży Pietrowi Candiano nie spalono jej wraz z Kościołem Świętego Teodora i z całym Pałacem Dożów. Candiano został zamordowany przez grupę wściekłych szlachciców, a jego następcę, Pietra Orseola, wybrano najpewniej na tej zasadzie, by jak najmniej przypominał poprzednika. Skromny i głęboko pobożny – ostatecznie miał zostać kanonizowany – nowy doża zajął się odbudową zarówno kościoła, jak i pałacu, wydatkując na ten cel osobiste środki. Dopiero jednak w roku 1063, pod koniec długich rządów doży Domenica Contariniego, budynek uzyskał znany nam dziś kształt. Niepewne fundamenty pod pierwotną budowlą skłoniły Contariniego do podjęcia bardzo ambitnego programu napraw, a także dodania narteksu – zewnętrznego portyku – oraz zamówienia rozległych zdobień mozaikowych. Powołał on także kilku specjalnych urzędników państwowych – Procuratori di San Marco – do zarządzania finansami bazyliki i nadzorowania całej jej działalności, obejmującej wspieranie wdów i sierot.
Grób św. Marka
A gdzie ostatecznie – po tych wszystkich przebudowach – spoczęło ciało świętego? Dopiero za rządów doży Vitalego Faliera (1084–1096) na nowo je odkryto. Faliero, pobożny chrześcijanin, zainicjował serię modlitw i postów, których kulminacją była uroczysta procesja do bazyliki. Zbiorowa moc zebranego tam tłumu najwyraźniej wybłagała boskie wstawiennictwo i wierni ujrzeli „z równą radością, co niedowierzaniem, lekkie drganie marmurowej kolumny niedaleko ołtarza z krzyżem, która następnie upadła na ziemię i odsłoniła przed oczami uradowanych ludzi skrzynię z brązu, kryjącą szczątki Ewangelisty”. Wedle renesansowego pamiętnikarza Marina Sanuda, którego dzieło jest jednym z podstawowych źródeł wiedzy o weneckiej tradycji, kulturze i historii, „z kolumny wystrzeliło jasne światło i ukazała się ręka, na której środkowym palcu lśnił złoty pierścień, a cały kościół przeniknął cudowny aromat”.
Wygląd bazyliki
Konsekracja odbudowanego kościoła nastąpiła 8 października 1094 roku. Dalsza historia Bazyliki Świętego Marka to niekończący się ciąg upiększeń, trwających kolejne cztery stulecia. Dziś zachwycamy się wielobarwnym bogactwem budynku widzianego z zewnątrz. Ceglana fasada szczodrze przykryta jest marmurem, porfirem i alabastrem. Łuki udekorowane są typowo romańskimi rzeźbionymi przedstawieniami kolejnych miesięcy, a także tablicami wyobrażającymi weneckie rzemiosła i „arkana” – szkutnictwo, murarstwo, ciesielstwo, rybołówstwo, szewstwo, rzeźnictwo i piekarstwo.

Nad głównym wejściem stają dęba słynne cztery konie z brązu, sprowadzone tu po niesławnym złupieniu Bizancjum w czasie czwartej krucjaty w roku 1204, kiedy to wiele zrabowanych dzieł sztuki przywieziono do Wenecji, by ozdobić nimi kościoły. Czy te wspaniałe zwierzęta są dziełem greckim lub rzymskim? Uczeni zgadzają się tylko co do tego, że musiały zdobić jakiś duży budynek publiczny – być może hipodrom – w Konstantynopolu. Jako symbole weneckiej chwały szybko stały się emblematem miasta, zapewne więc ze strony Napoleona Bonapartego była to świadoma zniewaga, kiedy w roku 1797 nakazał je przewieźć do Paryża, by zwieńczyć nimi Łuk Triumfalny. Powrót koni do Wenecji po klęsce Napoleona pod Waterloo stanowił wzruszający moment, nawet jeśli ich ponowne umieszczenie nadzorowały austriackie władze cesarskie, którym bezceremonialnie przyznano Wenecję na mocy postanowień traktatu wiedeńskiego.
Zainicjowane przez dożę Contariniego upiększenia ówczesnej kaplicy pałacowej można do dziś podziwiać w postaci sekwencji mozaik zdobiących wnętrze Bazyliki Świętego Marka. Trzeba nieco czasu, zanim nasze zmysły zaadaptują się do oglądania tych wszystkich opowieści – wątków starotestamentowych i nowotestamentowych, zobrazowanego szmuglowania ciała Świętego Marka przez Buona i Rustica (scena „Kanzir! Kanzir!” również została przedstawiona) czy żywota Świętego Izydora, którego widzimy, jak przystraja poświęconą mu kaplicę w północnej części kościoła. Takie samo wrażenie wywiera Pala d’Oro, zdumiewający ołtarz wykonany w roku 1105 przez bizantyjskich złotników dla doży Ordelafa Falliera, a sto lat później przerobiony. Trzynaście kilogramów złota i sto trzydzieści kilogramów srebra – w połączeniu z drogimi kamieniami i techniką emaliowania cloisonné – otacza postaci Chrystusa i Matki Bożej oraz sceny z życia Świętego Marka.
Tożsamość Wenecji
Czego miała właściwie dowodzić cała ta zdumiewająca manifestacja sakralnego piękna na różnych poziomach? Wielu komentujących wnętrze kościoła wyraża pogląd, że wczesnośredniowieczna Wenecja chciała po prostu stać się zachodnim odpowiednikiem Bizancjum, w którego cieniu urosła i zyskała na znaczeniu. Jako że w znacznej mierze nasz stosunek do kultury bizantyjskiej zaciemniany jest dzisiaj przez nostalgię i sentymentalizm, mamy czasem skłonności, by widzieć w Bazylice Świętego Marka najdalej wysuniętą na zachód placówkę wschodniego prawosławia, podmieniając w myślach liturgię i ceremoniał łaciński na świat ikon i archimandrytów. Bazylika jednak zawsze była czymś więcej.
Od samego początku, czyli od aktywności Domenica Contariniego po cudowne ponowne odkrycie ciała Świętego Marka i moment, w którym budynek był ukończony i gotowy do konsekracji, całe to przedsięwzięcie było dziełem weneckim, mającym na celu ukazanie Wenecji jako przedmurza Kościoła zachodniego. Jednocześnie Wenecja była gotowa rzucić wyzwanie hegemonii wschodniego cesarstwa, zwyczajnie anektując jego najbardziej charakterystyczne dokonania w dziedzinie sztuki architektonicznej i dekoracyjnej. Co więcej, bazylika przemawia własnym, kosmopolitycznym językiem, sięgając nie tylko po mozaiki, kolumny i płaskorzeźby w stylu greckim, ale również wykorzystując główne elementy romańskich budowli w całych północnych Włoszech, a także czyniąc świadome aluzje do meczetów, ołtarzy i pałaców świata islamskiego, z którym Wenecjanie utrzymywali kontakty handlowe. Budowniczym Bazyliki Świętego Marka udało się osiągnąć w tych ważnych ostatnich dekadach wieku XI coś podobnego do osiągnięcia ich dalekich przodków, którzy niegdyś wbili pierwsze drewniane pale głęboko w podmokłą ziemię. Bazylika, jak żaden inny budynek, pozwoliła Wenecji zakorzenić się w swej wyjątkowości – w tej zupełnie niepowtarzalnej trajektorii ludzkiego losu i historii, rozciągniętej na tysiąc sześćset lat.
To fragment książki Jonathana Keatesa „Wenecja. Niezatapialna”. Przeł. Tomasz Miłkowski. Książka ukaże się 3 czerwca nakładem Wydawnictwa Literackiego. Tytuł, śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji.


