Demony i upiory w dawnej Polsce. Między wiarą w czary a surowym prawem Sarmatów
Wrażliwość społeczeństwa nowożytnego wykraczała daleko poza sferę rzeczywistości. Z początkiem XVI wieku mija już pół tysiąca lat chrystianizacji Polski. Podobnie jak w innych krajach Europy, wiara w demony i przeróżne zaświatowe stwory wciąż ma się dobrze, zwłaszcza pośród ludu. Co więcej, demonów takich ludzie dopatrują się i wśród bliźnich.

Kobiety w zeznaniach – własnych lub zainsynuowanych – tańczą z diablętami po granicach wsi, splatają się z nimi w miłosnych uściskach podczas sabatów w miejscach odosobnienia, zamawiają krowy sąsiadek i mieszają czarnoksięskie dekokty. Mężczyźni też bywają posądzani o czarownictwo. Zwłaszcza z uwagi na spryt niektórych z nich, rychłe a nieoczekiwane przez komilitonów wzbogacenie, powodzenie. Z zazdrości sądzono, że szczęśliwiec sprzymierzyć się z księciem piekieł.
„Czarujący” chłop
Z osady Kijewo koło Gniewkowa zbiegł kmieć. Chłop Marcin Iwnicki, woźny sądowy ze Stanowskiej Woli, razem z dwoma szlachcicami słyszał, jak „wszyscy chłopi i poddani tejże wsi Kijowo zeznali, iż robotny Łukasz Kraska, kmieć […], bez wszelakiej do ucieczki przyczyny dania od [dzierżawcy wsi] uciekł”.
Chłopi tłumaczyli to jego zdolnościami magicznymi: w jednej chwili miał pojawiać się w wielu miejscach. Wraz ze swoją żoną rzekomo „byli oboje czarownikami wielkimi”. Łukasz uciekł dlatego, że wstydził się swojego czarowania i obawiał się skarg.
Za czary w sądzie
Przejdźmy do wsi Zakrzew w ziemi sieradzkiej, podzielonej między dwóch dziedziców. Jeden z nich, Stanisław Zakrzewski, pozwał do sądu drugiego, Bartłomieja Zakrzewskiego, za to, że jego poddana Gajkowa rzuciła czary na żonę powoda. Sąd grodzki uznał jednak, że pozwany ma urządzić w tej sprawie sąd wiejski w swych dobrach.
Wobec takich podejrzeń niebezpieczeństwo utraty życia wydawało się spore. Oto urząd sołecki starostwa kiszporskiego skazał we wsi Stary Targ za czary dwie kobiety. Jedna z nich miała zostać spalona, druga – wypędzona poza granice starostwa.
Wiara w demony przetrwała długo
Trwać będzie przesąd o demonach tkwiących w niektórych ludziach. Przeniknie się z chrześcijaństwem i wyjdzie poza czasy sarmackiej Polski. W połowie XIX wieku posiadacz dóbr podkrakowskich Kazimierz Girtler pisze o chłopce ze wsi Pleszów, która miała spotkać zmarłego męża zamienionego w upiora, a lokalna społeczność znów idzie ze szpadlem na cmentarz.

Są to dość nośne sprawy i nie każdy się bał narodzin upiora – jak zapewne niejaka Ewa Cadarzonka i Matusz Herdow ze wsi Łękawica koło Żywca. Ewa była mu ciotką, ale połączyło ich feralne uczucie, które przyniosło śmierć jej mężowi. Młodzian, „podpoiwszy ją, namawiał ją, iżeby męża swego zabiła, a z nim nieczystość popełniła”.
Dalej Ewa wyznaje sądowi miejskiemu, na chwilę przed śmiercią na szubienicy: „Ja, chociaż nie zaraz ale przecie dałam się namówić, bom męża nierada widziała. W nocy w pościeli przyległam mu nogi, aby się ruszyć nie mógł, a on [tj. Matusz] dławiła za gardło i zadusił go, a potym wyniósł na gumno”, aby ludzie myśleli, że „się zabił, spadłszy z piętra”. O dalszym losie Matusza opowiada nam wójt żywiecki Andrzej Komoniecki, że schwytany siedem lat później został poćwiartowany.
Mit polowania na czarownice i czarowników
Lud polski widział albo czarownice, albo Baby Jagi. Te pierwsze pojawiły się pod wpływem zachodniego chrześcijaństwa, te drugie są pochodną rodzimych wierzeń pogańskich. Czarownica to służka diabła, w rzeczywistości kobieta o ponadprzeciętnej urodzie i powodzeniu, której krowa daje więcej mleka niż krowa sąsiadki.
W wypadku Rzeczypospolitej trudno mówić o ogromnej skali zjawiska łowów na czarownice czy czarowników, pogromów i kar śmierci wykonywanych na ludziach posądzonych o nieczyste moce. W dużych miastach, takich jak Kraków, Lublin, Lwów i Poznań, od połowy XVI wieku i w kolejnym stuleciu odbyło się raptem około stu rozpraw sądowych o czarownictwo. Nadto zjawisko to zaczęło się o wiele później niż w Europie Zachodniej – wtedy, kiedy Rzeczpospolita uginała się pod klęskami gospodarczymi i politycznymi.
Test na czarownice
Drastyczne przypadki znane nam z dokumentów nie zdarzały się nagminnie i pokazują raczej odstępstwo od normy, polegającej na dokładnym przyjrzeniu się sprawie, przeprowadzeniu procedury sądowej i szukaniu sposobu na wycofanie się rakiem z całego ambarasu. Osławione pławienie czarownic, czyli wrzucanie ludzi do zbiornika wodnego, by sprawdzić, czy są niewinni – a niewinni okazywali się wtedy, gdy nie wypłynęli – było już raczej przeżytkiem dawnych czasów, przejawem sadyzmu konkretnych sędziów i katów, dziwowiskiem. Ale było.
W Jadownikach pani Rusiecka podejrzewała, że nabiał popsuł jej się przez chłopkę Reginę Kozubkę. Odesłała go jej więc: „jeśli się mi nie poprawi nabiał, to do jegomości pana starosty list będę pisała, a dam cię katu”. Wystraszona chłopka zapewne wymieniła nabiał za swój, skoro „się […] poprawił”. Ale i tak podstarości Królikowski nakazał poddać ją próbie wody: „kazał kąpać, że pływała i wywodu żadnego nie dała z tego pływania”. Wydaje się, że mężczyzna sam się bał pani Rusieckiej i dla spokoju wolał dopełnić czarodziejskiej próby.
„Niewieścia pasja”
Podobnie nic nie wydobyto z podejrzanej o czary chłopki Saliny, skończyło się zatem na kilku złotych kary. Tymczasem kolejna nurzana w wodzie chłopka, Regina Perkowa, po wyjściu z wody powiedziała, że skoro ją skąpali, to powinni skąpać wszystkie mieszkające wokół kobiety. Tym samym w wodzie znalazły się również Famija, Jasiowa, Włodarczyna, Kanina, Myszczyna, Gatarczowa, Klimkowna, Derdkowa, Batoska, Kornatka i dwie Jamrozki.
Skończyło się na tym, że kobiety te złożyły się na opłatę kary. Wszystkie powyższe badania sądowe były skutkiem kobiecych kłótni i obrzucania się podejrzeniami, co nieraz nad Wisłą nazywano „niewieścią pasją”. Sąd zawyrokował, że jeżeli raz jeszcze doprowadzą do takiej sytuacji, będą karane na gardle.
Opowieści niezwykłe
Stało się to w czerwcu. Po swoim pogrzebie gospodarz zaraz w pierwszą noc powrócił do domu. Tam otworzył wszystkie drzwi i chodził między pomieszczeniami. W kolejną noc znów powrócił – i przestawiał naczynia, udając, że czyni porządki. Wszyscy z rodziny go widzieli. Przerażonym domownikom doradzono, by obwiązać przeciw niemu drzwi poświęconym paskiem. Dzięki temu kolejny raz do środka już nie wszedł, ale zdenerwowany tłukł się na zewnątrz, kury płoszył z grzędy i inne przykrości czynił.
Jedna z domowniczek była wówczas dziewczynką. Już jako staruszka relacjonowała: „Razu jednego […] zgubiłam w lesie krowę i nie mogłam znaleźć, więc przyszłam do domu z płaczem i prosiłam brata, żeby poszedł ze mną szukać krowy. Samym mrokiem idziemy pomiędzy zbożami drogą w stronę cmętarza do lasu. Naraz słychać dudnienie, jakby wozów z armatami. Wytrzeszczamy oczy w stronę, gdzie dudni, i, o dziwo, zobaczyliśmy nieboszczyka stryja, jak pędził do wsi. A że brat był niemłody, tęgi i śmiały, więc rzekł do stryja: Gdzie wy tak, stryju, biegniecie? Mówił brat, że wtedy nawet zapomniał, iż stryj umarł. Na zapytanie stryj nic nie odpowiedział, tylko zębami zaszczękał, ażeśmy się okropnie przestraszyli.”
Tego już było za wiele. Rodzina poszła do księdza, który nakazał grabarzowi rozkopać grób i otworzyć trumnę. Zwłoki zastali w takim stanie, jakby stryj wciąż żył. Duchowny polecił grabarzowi odrąbać zmarłemu głowę łopatą. Odwiedziny upiora się skończyły.
Praktyki antywampiryczne w dawnej Polsce
Powyższa opowieść przypomina senny koszmar. To tylko jedna z mnóstwa historii, jakie powtarzało się po domach przez setki lat. Uchwycona w zapisce na początku XX wieku, ma – jak inne jej podobne – o wiele starszą genezę.
Oto zdarza się, że w szczerym polu, blisko starej kapliczki, rolnik wyorze szczątki ludzkie, a potem okazuje się, że zostały one pochowane twarzą do ziemi albo na szyję zatknięto sierp. Praktyki antywampiryczne były takim samym doświadczeniem naszych przodków jak wiara w świat nadzmysłowy.
Obawy przed upiorami
Zdawać by się mogło, że we wsi leżącej tuż obok dużego miasta lud będzie bardziej oświecony. Ludzie, o których mowa, zapewne urodzili się w samym końcu istnienia Rzeczypospolitej. Franek Grymek, parobek w gorzelni w Krzesławicach, okopywał z żoną ziemniaki, kiedy nie pierwszy już raz dotknął go paraliż. Wcześniej puszczano mu krew i wracał do zdrowia.
Tym razem było inaczej: „[…] gdy upadł, nieszczęśliwy, uciekła baba od niego, zamiast ratunku krzycząc po wsi, że go zły opętał. Czas dania mu pomocy minął, śmierć przecięła życie. […] gdy go z pola zabrano, jeszcze miał dawać niejakie ślady życia. Mądrzy ludzie jednak uznali, że z niego będzie upiór, i chcąc przeszkodzić, aby po śmierci nie chodził po wsi i nie straszył, co tchu szukali [kamienia piorunowego – walcowatego, ostro zakończonego krzemienia – M.W.], a skoro go wnet u któregoś znaleźli, tak też umierającemu perlikiem [młotem do tłuczenia kamieni – M.W.] wbili do gardła mimo zacięte zęby.”
Przenikanie się wierzeń
Może ten przesąd rodził się z obserwowania elewacji starych kościołów? W wapiennej podbudowie murowanych gotyckich świątyń czasem znajdziemy przyciosany krzemień, który pojawił się akurat, gdy kamieniarz kończył finezyjny rant. Może więc miały przełożenie na wartości metafizyczne.
Metafizyka oddolna, postpogańska, mieszała się z obrządkiem chrześcijańskim. Dobrze oddaje to obrzęd dziadów, przenikliwie opisany przez Adama Mickiewicza. Czymże innym, jak nie ucztowaniem ze zmarłymi, jest dziś Halloween?
To jest przedruk z książki Mateusza Wyżgi pt. „Polska sarmacka. Historia zwykłych ludzi”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Horyzont. Tytuł, skróty i śródtytuły pochodzą od National Geographic Polska.


