Wędrówki po Tatrach i zbieranie minerałów w Sudetach, od tego zaczynał. Potem przyszła era gór wysokich z pamirskim Pikiem Lenina (7134 m) na czele, która trwa do dziś. W międzyczasie zrodził się pomysł na projekt: „100 WULKANÓW”

- To było w 2006 roku na dnie krateru wulkanu Khorgo w Mongolii. Wulkany zawsze mnie fascynowały, a w tym pomyśle mogę połączyć pasję do gór oraz minerałów. Te ostatnie najczęściej zbierałem właśnie w skałach wulkanicznych. Do dzisiaj z wypraw przywożę kilogramy lawy i kamieni – wspomina Grzegorz Gawlik. Projekt „100 WULKANÓW” realizuje od 9 lat, założenia są ambitne. Zdobycie 100 wulkanów, z których przynajmniej połowa to wulkany aktywne. Gdyby co roku zdobywał jeden, potrzebowałby na to 100 lat, przy dwóch wulkanach rocznie, to ciągle lat 50. Zadanie nie jest łatwe. Dodatkowym utrudnieniem jakie postawił przed sobą, to wybór wulkanów. Unika tych najpopularniejszych, najłatwiejszych do zdobycia, czy najbardziej oczywistych. Stawia na różnorodność i wyznaje zasadę, że czym rzadziej odwiedzany przez ludzi wulkan tym lepiej. Przez 9 lat Gawlik zdobył 41 wulkanów (41% realizacji projektu) w tym 26 aktywnych (52%), oprócz tego 53 inne miejsca wulkaniczne. „Do tych ostatnich zaliczam między innymi pola geotermalne, gejzery, pola lawowe, jaskinie lawowe, bardzo stare masywy wulkaniczne, które nie przypominają wulkanów, wulkany, które były zbyt małym wyzwaniem, także te, których nie mogłem zdobyć z powodu trwającej erupcji” – wyjaśnia. Z odwiedzonych 65 krajów na 6 kontynentach w celach wulkanicznych eksplorował 18 z nich.

Dotychczas najniższy wulkan miał 200 m wysokości – Eldfell na islandzkiej wyspie Heimaey, najwyższy przekroczył 6000 m – Sairecabur na pograniczu Boliwii i Chile. Gawlik stawiając na różnorodność, ma nie tylko na myśli odległe regiony wulkaniczne, ale także różne strefy klimatyczne. Zdobywał wulkany zlodowacone jak Kazbek (5033 m, Gruzja/Rosja) i Ararat (5135 m, Turcja). Pośród lasów tropikalnych, np. Bulusan (1565 m, Filipiny), Kerinci (3805 m, Indonezja) czy  na pustyniach – Licancabur (5938 m, Chile/Boliwia) albo Lascar (5633 m, Chile). Na pytanie o wulkany dla niego szczególne po chwili namysłu odpowiada: „Copahue (2962 m) na pograniczu Argentyny i Chile w Patagonii oraz Soputan (1804 m) na indonezyjskiej wyspie Sulawesi. Trudno do nich dotrzeć, są aktywne i rzadko odwiedzane przez ludzi. Tak samo jak indonezyjskie wulkany: Tambora (2850 m) na Sumbawie i wulkan-wyspa Anak Karakatau (około 320 m). Te ostatnie dodatkowo słyną z historycznych potężnych erupcji.” Wspomina także o Demawendzie (5634 m) w egzotycznym Iranie, o niezwykłej kopalni siarki w kalderze aktywnego wulkanu Ijen (2799 m) na Jawie w Indonezji oraz o wspaniałych przykładach wulkanów: tarczowych jak Ok (1192 m) i szczelinowych, jak pasmo Lakagigar (ok. 500-800 m) – na Islandii.

Przy realizacji takiego projektu trudno nie zapytać o skalę niebezpieczeństw i podejmowanego ryzyka? „Nie ma co ukrywać, zagrożenia są duże” – odpowiada Gawlik. „Przy czym wcale nie dlatego, że trzeba wspinać się po lodowcu albo przedzierać przez dżunglę. Najbardziej mnie fascynują te wulkany, które są nieustannie w podwyższonej aktywności, wybuchają co najmniej kilka razy do roku. Gdy jestem na dnie krateru albo jego skraju, w masce gazowej, kasku i goglach ochronnych, pośród kłębów trujących gazów, gdy topią mi się buty z gorąca, mam świadomość, że niebezpieczeństwo jest ogromne, a jakikolwiek dalsze zwiększenie aktywności wulkanu - śmiertelne. Gdy w pierwszych latach projektu eksplorowałem wspaniale trzy kratery szczytowe sycylijskiej Etny (3331 m) podczas jej zwiększonej aktywności, mój towarzysz, uznał to za wariactwo i pozostał niżej. Od tego czasu większość wypraw i wulkanicznych wspinaczek realizuję sam. To bardzo ekstremalna pasja, nie dziwi mnie, że inni wolą trzymać się z daleka od żywych gór”. Gawlik tak określa aktywne wulkany i dodaje, że ta pasja wymaga żelaznej konsekwencji, aby co roku zrealizować kolejną wyprawę oraz szczegółowych przygotowań. „Rok bez wyprawy to rok stracony” – stwierdza poważnie, lecz śmieje się, gdy go nazywają „Łowcą wulkanów” „Pogromcą wulkanów” albo „Panem wulkanem”. To ostatnie określenie usłyszał po prezentacji w jednej ze szkół podstawowych.

Skala projektu jest ogromna, nie ukrywa i dodaje: „nie znam nikogo, kto realizuje podobny”. Swoje dokonania podróżnicze opisuje na stronie internetowej którą prowadzi pod adresem: grzegorzgawlik.pl. I zapewnia, że kiedyś napisze książkę o wulkanach. Na razie wydał jedną, sensacyjno-przygodową z elementami fantastyki – „Kamień Zagłady”, pracuje nad podróżniczymi i przewodnikowymi. Niestety ciągły brak czasu nie ułatwia pisania, mimo to obiecuje, że gdy już zdobędzie ten setny wulkan, to czas znajdzie. Na koniec Grzegorz Gawlik podsumowuje: „jak na 9 lat jest nieźle, średnio 4,55 wulkanu na rok. Nie zmienia to faktu, że o ile dane będzie mi dożyć tego momentu, zakończenie realizacji projektu będę świętował za kilkanaście lat.”