Na granicy wody z lądem

27 wrzesień 2011
Na granicy wody z lądem

Mój ulubiony polski pisarz Stanisław Dygat twierdził, że ludzie dzielą się na tych, którzy jeżdżą nad morze, i tych, którzy jeżdżą w góry. Sam należał do tej pierwszej kategorii, do której mam zaszczyt się zaliczać i ja.

Złośliwi znajomi poszeptują, że lubię  morze, ponieważ lubi je moja żona, ale to krzywdząca kalumnia. Owszem, gdybym zrobił jej niespodziankę i zorganizował trzymiesięczną wyprawę przez pustynię Gobi, mógłbym mieć pewne nieprzyjemności, a przynajmniej brak przyjemności przez jakiś kwartał. Ale i mnie samemu widok wody po horyzont potrzebny jest do sensownego życia. A przede wszystkim – do czytania.

Cóż, nie ma lepszej czytelni niż leżak na plaży. Prawdę mówiąc, to dla mnie jedna z największych życiowych rozkoszy. Dobra książka wchłonięta w pocztówkowej scenerii, z relaksującym szumem w tle, to równowartość jakichś 5 orgazmów, 15 odcinków Jak poznałem waszą matkę w Comedy Central (longiem!) albo 459 trylionów finałów programu Bitwa na głosy. Jeśli w dodatku można sobie zrobić przerwę na masaż ( jak w Tajlandii), podziwiać białe domki przyklejone do skał (Cyklady) albo wszamać krewetki z kiełbasą, gdy huk Atlantyku zagłusza własne myśli (Portugalia), to powyższe wartości rosną dwukrotnie. Nie jest to może wyznanie jurnego macho, ale cóż – taki mam przelicznik.

Jako wielbiciel wybrzeża, dostrzegam jednak jego wady. Jest tłok na plażach, jednakowoż można go uniknąć przy pewnym wysiłku (ale komu chce się męczyć?). Są grubi Brytyjczycy, którzy masowo startują w zawodach na  najbardziej szpetny tatuaż. Są Niemcy, którzy mówią w swoim języku, wywołując specyficzny rodzaj dysonansu między tym, co widać i co słychać. Są Rosjanki oślepiające złotem. Nie tylko one opalają się topless, co – między nami mówiąc – zazwyczaj stanowi atrakcję pośledniego kalibru. W ramach zemsty czasem zdejmuję koszulkę i ripostuję brzuchem – a niech mają za swoje! Są wreszcie Polacy, którzy mówią po naszemu. Kto leżał kiedyś noga w nogę z kłócącą się przez trzy godziny rodziną, ten wie, o co chodzi. Oczywiście niepolskie rodziny też się na siebie wydzierają, ale tych przynajmniej nie można zrozumieć. Dowiadywanie się rzeczy, których nie chce się wiedzieć, jest na pewno jedną z brutalniejszych tortur w piekle.

Ale to wszystko w gruncie rzeczy bywa komiczne. Prawdziwy problem polega na tym, że nie ma drugiej tak sztucznej strefy jak granica wody ze stałym lądem. To w gruncie rzeczy nieprawdziwa kraina. Jeśli ktoś chce pooglądać prawdziwe życie, musi oderwać się od wybrzeża i podążyć w głąb lądu. Tam gdzie nie sprzedają już pamiątek made in China, a kolacja w restauracji jest dwa razy tańsza i trzy razy lepsza niż nad morzem. Oczywiście prawie nikt tego nie robi, chociaż romantyczne wioski rybackie i dziewicze plaże już nie istnieją. Stały się przedłużeniem czterogwiazdkowych hoteli. A jeśli gdzieś jeszcze są, to w końcu je odkryjemy. I staniemy się forpocztą przemysłu turystycznego, który podąży naszym śladem. To paradoks, który podróżnik powinien mieć w głowie – szukając dziewiczych terenów, odzieramy je z dziewictwa.

Parę lat temu siedziałem nad szklaneczką  whisky w Kota Kinabalu na Bornego i gapiłem się na Morze Południowochińskie. I nagle zdałem sobie sprawę, że gdybym urżnął się w sztok i gdyby urwał mi się film – co oczywiście absolutnie się nie zdarzyło – to po ocknięciu miałbym spore problemy z określeniem miejsca mojego upodlenia. Muzyka pop, uniwersalne nazwy barów, powiew klimatyzacji. To mogło być absolutnie wszędzie. Ale i tak będę zawsze jeździł nad morze. I nie tylko ja, niestety.

 

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Materiały powiązane

  • Artykuł

    Łeba i święty spokój

    Łeba i święty spokój

    Zimą nad Bałtyk? A dlaczego by nie. Mieszkańcy nadmorskich kurortów oddychają wtedy z ulgą. Nieliczni turyści, którzy się tam pojawiają – też. Sama się o tym przekonałam. Bo wszędzie cisza i spokój: na plażach, na ulicach, w barach. O ile te ostatnie są w ogóle otwarte.

  • Artykuł

    Ibiza – wyspa nie tylko z photoshopa

    Ibiza – wyspa nie tylko z photoshopa

    Dla większości to synonim nieustającej zabawy pod hasłem: „sex, drugs & rock'n'roll”. Ja postanowiłam poznać drugą, mniej popularną stronę Ibizy.

  • Artykuł

    Madera

    Madera

    Na tej wyspie w ciągu jednego dnia można przeżyć cztery pory roku i podczas każdej z nich zjechać na sankach obsługiwanych przez "gondolierów"

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Gość Gość
    Do moderacji
    2012-05-04 18:02

    To wcale nie jest tak łatwy czas takie wczasy, dobrze mieć jakieś wsparcie od znajomych...bardzo dobrze, yeah, super jechać ze znajomymi...z kraju czy/i z zagranicy...pozdrawiam swoich, i swoich BliskicHH, let\'s swim to new islands, thanks very for attention, see you in some sunny and warm places, bye bye D.

Autor

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się