Czy najdłuższy dworzec Europy zostanie uratowany? W Aleksandrowie Kujawskim trwa batalia o rewitalizację
Niejeden raz mogliście zauważyć ten monumentalny budynek z okna pociągu, mknąc szlakiem kolejowym między Łodzią a Toruniem. Czasem był to tylko rozmazany w deszczu kształt, innym razem – intrygujący, nieco posępny świadek dawnej potęgi. Po latach architektonicznego niebytu zabytkowy dworzec kolejowy w Aleksandrowie Kujawskim znów znajduje się w centrum uwagi.

Spis treści:
- Azyl dla trubadurów i carskie sekrety
- Kronika wielkiej historii zapisana w murach
- Znikające wiaty Bramy Kujaw
- Mordercza epopeja burmistrza Cieśli z PKP
- Nowy partner wchodzi do gry
Dla tysięcy podróżnych i mieszkańców Aleksandrowa Kujawskiego to miejsce nie było jedynie plamą na mapie kolejowej, ale tętniącym życiem mikrokosmosem. Jego zapachy, smaki i ludzkie historie do dziś żyją w pamięci.
To tutaj, tuż po wejściu od strony postoju taksówek, mijało się słynny kiosk Ruchu. „Moja babcia prowadziła ten kiosk, spędzałam tam całe wakacje za dzieciaka – cudowne wspomnienia” – wraca pamięcią pani Ola. Kawałek dalej, naprzeciwko „Kujawiaka”, stała legendarna budka z hot dogami prowadzona przez panią Wochnę z ulicy Limanowskiego. Kto raz ich spróbował, ten wie, że nigdzie indziej nie smakowały tak samo: „W życiu nie jadłam tak dobrych hot dogów z cebulką i pieczarkami” – wspomina pani Ewelina.
Serce dworcowego życia biło jednak w tamtejszym bufecie. Idąc w jego kierunku, po lewej stronie mijało się gabinet dentystyczny Przychodni Kolejowej, w którym przyjmował doktor Tomme z Ciechocinka. Dopiero po długim marszu na wprost i skręcie w lewo, tuż przy oknie peronowym, wyłaniał się właściwy bufet. Zimą biło od niego zbawienne ciepło stojącego po lewej stronie pieca kaflowego. „Bardzo dobra pomidorówka była i ciepły piec zimą” – potwierdza pani Barbara, a Irena dodaje z uśmiechem: „W barze na dworcu serwowano też przepyszną fasolkę po bretońsku”. Bufet przyciągał nie tylko amatorów kuflowego piwa, ale i lokalnych smakoszy szukających tu wytchnienia w podróży.
Azyl dla trubadurów i carskie sekrety
Gmach dworca w Aleksandrowie Kujawskim ma aż 195,5 metra długości – gdyby postawić go pionowo, byłby niewiele niższy niż wrocławski drapacz chmur Sky Tower. „Biały Słoń” – jak z gorzką, pełną rezygnacji ironią nazywają go czasami starsi mieszkańcy – przez dekady nie potrafił powrócić do dawnej wspaniałości. W terminologii ekonomicznej white elephant oznacza kapitałochłonny, trudny do zbycia projekt, który właścicielowi przynosi więcej strat niż pożytku.
A przecież nie był to zwykły dworzec prowincjonalny, lecz kluczowy punkt graniczny między zaborem rosyjskim a pruskim. W XIX wieku bywał tu sam car Aleksander II. Dzisiejszy, gdzieniegdzie odpadający tynk ostro kontrastuje z niemym świadectwem dawnego luksusu: neobarokowymi sztukateriami, żeliwnymi kolumnami z korynckimi kapitelami i zdewastowanym witrażowym świetlikiem.

Z biegiem gwałtownych dekad te monumentalne przestrzenie stały się naturalnym azylem dla artystów i ludzi szukających swojego skrawka podłogi. To w tych poczekalniach swoje ślady zostawił Edward Stachura, legendarny trubadur polskiej literatury. Aleksandrów Kujawski stanowił dla niego stały punkt na mapie jego wędrówek, a mury dworca przeniknęły do melancholijnych wierszy poety. Dla Stachury ten gmach był wiecznym punktem przesiadkowym w jego bezustannym przemierzaniu trasy Przemyśl – Szczecin. To nie był one-way ticket – to była pętla ludzkich losów. Swoje literackie inspiracje czerpała stąd również pisarka Maria Danilewicz-Zielińska.
Dworzec rzucał też cień na tożsamość samego miasta. Przez lata wierzono, że nazwa miejscowości pochodzi od cara Aleksandra II. Detektywistyczne śledztwo historyka Roberta Stodolnego, zawarte w jego publikacji „Od Aleksandrowa do Aleksandrowa Kujawskiego”, obaliło jednak ten mit. Autor udowodnił, że nazwa wywodzi się od właściciela tamtejszego majątku ziemskiego – Aleksandra Sumińskiego. Carski blichtr musiał ustąpić miejsca twardym faktom, choć historia stacji i tak poraża intensywnością.
Kronika wielkiej historii zapisana w murach
Historia aleksandrowskiego węzła to w istocie gotowy scenariusz na porywający film, którego początki sięgają zimy 1862 roku. To właśnie 8 lutego, wraz z otwarciem stacji Drogi Żelaznej Warszawsko-Bydgoskiej na szlaku między Kutnem a Toruniem, wokół gigantycznego dworca granicznego zaczęło rodzić się miasto. Początkowo stacja, nosząca nazwę Trojanów, szybko stała się świadkiem burzliwych wydarzeń. Zaledwie rok później, w ogniu powstania styczniowego, ten przygraniczny gmach stał się strategiczną areną zbrojnych potyczek. Powstańcy desperacko walczyli tu o przejęcie transportów broni i zablokowanie carskich linii zaopatrzeniowych.
Paradoksalnie, kilkanaście lat później to samo miejsce stało się tłem dla wielkiej dyplomacji. Na początku września 1879 roku na stacji doszło do oficjalnego spotkania cara Rosji Aleksandra II z cesarzem Niemiec Wilhelmem I. Specjalnie na ten historyczny szczyt dworzec zyskał luksusowe, iście królewskie apartamenty. Jednak upadek wielkich imperiów podczas I wojny światowej zamienił stację w tętniącą życiem wojenną śluzę i punkt przerzutowy wojsk. Po zajęciu tych terenów przez Niemców rosyjsko-pruska stacja graniczna bezpowrotnie straciła swój pierwotny, celny charakter.
Z kolei jesień 1920 roku zapisała tu niezwykły, ukraiński epizod. Po podpisaniu rozejmu w wojnie polsko-bolszewickiej na dworcu, gdzie internowano żołnierzy Armii Ukraińskiej Republiki Ludowej, wielokrotnie gościł ataman Symon Petlura. Niestety, mroczne lata 1939–1945 brutalnie odmieniły oblicze gmachu. Przemianowany przez okupanta na Alexandrow (Weichsel), stał się ponurym punktem kontrolnym i niemym świadkiem dramatycznych wysiedleń ludności polskiej do obozów.
Znikające wiaty Bramy Kujaw
Wokół okresu powojennego krąży najgęstsza legenda tego miejsca. Kunsztowne, żeliwne wiaty peronowe, które dawniej chroniły przed deszczem carskich dygnitarzy, w tajemniczych okolicznościach zniknęły z aleksandrowskich peronów.
Według lokalnych podań ogromne fragmenty tych zabytkowych odlewów nie trafiły wcale do huty. Opowieść niesie, że zostały wywiezione pod osłoną nocy i zakopane na terenie okolicznych gospodarstw, by uchronić je przed grabieżą lub zniszczeniem. Choć brak na to twardych dowodów w oficjalnych dokumentach, ta przekazywana z ust do ust historia do dziś rozpala wyobraźnię poszukiwaczy skarbów, którzy z wykrywaczami metalu przemierzają kujawskie pola w poszukiwaniu carskiego żelaza.
Mordercza epopeja burmistrza Cieśli z PKP
Przejęcie gigantycznego dworca przez samorząd nie było rutynową procedurą, lecz morderczą, biurokratyczną bitwą. Nikt wcześniej w Polsce nie przecierał szlaków w darmowym przekazywaniu gminie kolejowego majątku o tak kolosalnej wartości. Głównym architektem tego bezprecedensowego zwrotu akcji był ówczesny burmistrz, Andrzej Cieśla. Zamiast czekać na cuda, samorząd wziął sprawy w swoje ręce.
Po blisko 30 miesiącach pionierskich procedur urzędowych, zapoczątkowanych uchwałą Rady Miejskiej z czerwca 2006 roku, burmistrz Cieśla podpisał 18 grudnia 2008 roku przełomowy akt notarialny, na mocy którego PKP bezpłatnie przekazało obiekt gminie. Cała operacja formalnego przejęcia majątku została sfinalizowana w ciągu zaledwie 14 dni od momentu złożenia podpisów, kiedy to fizycznie przekazano klucze i nieruchomość w ręce aleksandrowskiego samorządu.

Gdy wygasły echa oklasków, miasto zostało jednak samotnie wobec przestrzeni, której remont wymagał budżetów na poziomie ministerstwa. Przez lata lokalnym władzom udało się zrewitalizować zaledwie ułamek gmachu, gdzie ulokowano m.in. bibliotekę i izbę tradycji, a w miejsce dawnego bufetu – salę kameralną. Koszt pełnej renowacji szacowano na ponad 100 milionów złotych – kwotę kosmiczną i absolutnie nieosiągalną dla lokalnego budżetu.
Nowy partner wchodzi do gry
Dziś cała historia aleksandrowskiego dworca zyskuje zupełnie nowy bieg, a losy obiektu zataczają koło. Gdy po latach przerwy reaktywowano połączenia kolejowe boczną nitką do pobliskiego Ciechocinka, ta dawna, XIX-wieczna stacja graniczna zaczęła odzyskiwać swoją naturalną tożsamość. Staje się na powrót prawdziwą Bramą Kujaw – węzłem, którego ranga wykracza daleko poza lokalne podwórko.
Przełom w sprawie nadszedł wraz z podjęciem przez miasto odważnej i pragmatycznej decyzji o poszukiwaniu zewnętrznego inwestora. Ponieważ utrzymanie niszczejącego pustostanu generowało potężne koszty, władze zdecydowały się na bezprecedensowy krok: zadeklarowały gotowość przekazania carskiego giganta za symboliczną złotówkę oraz zastosowanie zwolnień z podatków w zamian za twarde zobowiązanie do pełnej rewitalizacji obiektu. Choć formuła ta wywołała burzliwe dyskusje i kontrowersje wśród części mieszkańców przyzwyczajonych do tradycyjnego pojmowania majątku gminy, urzędnicy twardo odpowiadali: obiekt musi zostać uratowany, a miasto zabezpieczone.
Partnerem, który podjął to gigantyczne wyzwanie, została znana Grupa Arche z prezesem Władysławem Grochowskim na czele. Firma słynie w całym kraju z brawurowego i pełnego szacunku przywracania do życia miejsc pozornie straconych, takich jak cukrownia w Żninie czy zamek w Janowie Podlaskim.
Droga do ostatecznych umów wymagała jednak ogromnej cierpliwości. Gdy w trakcie przygotowań do sfinalizowania procedur mieszkańcy dopytywali na lokalnych grupach dyskusyjnych o przyszłość zabytku, obecny burmistrz Arkadiusz Gralak tonował emocje, pisząc wprost w mediach społecznościowych:
„Cierpliwości. Jesteśmy bardzo blisko pozytywnego zakończenia tego rozdziału i rozpoczęcia nowej, pięknej historii budynku dworca. Dlatego nie uprzedzajmy faktów. Jak powszechnie wiadomo, »wysokie ciśnienie« nikomu (albo przynajmniej większości) nie służy. Jesteśmy w trakcie procedury rokowań i aby je »dowieźć«, potrzebujemy się skupić tylko na tym. Ja również nie mogę się doczekać, zwłaszcza że od początku swojego urzędowania powtarzam jedno: nie stać nas na ten obiekt i potrzebujemy solidnego partnera do jego rewitalizacji, remontu, przywrócenia dawnego blasku”.
Nad całą tą biznesową i urzędniczą rozgrywką góruje jeszcze jeden milczący, zjawiskowy świadek dawnych lat. Dwuzbiornikowa wieża ciśnień została wzniesiona z czerwonej cegły w 1895 roku. Od wielu już lat nieczynna wieża stała się ofiarą wandali, tracąc szyby w kilku oknach i zyskując graffiti na drzwiach. To wyjątkowy zabytek techniki obok wyjątkowego dworca kolejowego.
Cała Polska z niepokojem i nadzieją obserwuje te ciche, zakulisowe zmagania o ratunek dla gmachu, który z każdym rokiem coraz bardziej poddaje się upływowi czasu. „Oby nam tylko ten dworzec ostatecznie nie uciekł, zanim cokolwiek podpiszą” – komentuje z humorem godnym Stanisława Barei jeden z pieszych pasażerów, przemykając w cieniu wiaduktu i spoglądając na kruszejące mury. Rozmowy o przyszłości najdłuższego dworca ceglanego, jak zwykło się go dumnie nazywać w regionie, zdają się na szczęście zmierzać ku finałowi, niosąc realną obietnicę ratunku.
„Chciałoby się wysiąść na dworcu nie byle jakim...” – zdają się mówić po latach mury, parafrazując klasyka i przypominając o palącej potrzebie tej odbudowy. Czy aleksandrowski „Biały Słoń” doczeka się swojej wyczekiwanej stacji docelowej? Czas pokaże, czy ten historyczny bilet otworzy mu drogę do nowego życia – bez względu już na to, czy miałaby być to galeria handlowa, hotel z restauracją, czy nowoczesna przestrzeń rozrywkowo-eventowa.

