Starowiercy, okrutnie prześladowani i wielokrotnie wypędzani, wędrują z miejsca na miejsce już od XVII wieku. Ich grupy dotarły w najbardziej odległe zakątki świata. 200 lat temu przybyli do Polski, gdzie parokrotnie zmieniali siedziby. – Przepowiednia głosi, że zginiemy w drodze – mówią. I boja się, że właśnie zaczęła się spełniać.

To za ten krzyż, za te dwa palce! – Marta Ancipow, przez innych starowierców zwana z rosyjska Marfą, podniosła prawą rękę ze skrzyżowanym palcem wskazującym i środkowym. Zawsze spokojna , niezwykle miła i gościnna, tym razem zdenerwowała się, a jej głos przeszedł w krzyk. – Obcinali te palce, palili nas stosach, mordowali, gonili po puszczach, po pustyniach! Uciekaliśmy, gdzie kto mógł. Nawet tutaj – cichnie.

„Tutaj” to wieś Gabowe Grądy położona kilkanaście kilometrów na południe od Augustowa – obecnie najsilniejszy ośrodek staroobrzędowców w Polsce. Pozostałe dwa – jeden na ziemi suwalsko – sejneńskiej z centrum w Wodziłkach; drugi na Mazurach ze świątynią i klasztorem w Wojnowie – ostatnimi laty bardzo osłabły. Wielu starowierców sprzedało swe gospodarstwa, wyjechało do miast, za granicę. Inni wtopili się w polski pejzaż. Żeby ich rozpoznać, trzeba uważnie patrzeć i słuchać. Wtedy dopiero, po dłuższej chwili, wzrok przyciągają długie brody u starszych mężczyzn, sauny w stylu rosyjskim zwane tu bajniami; czy skryte gdzie w sypialni za zasłonkami bogate ikony i ośmioramienne krzyże, nigdy nie przybijane gwoździami. A wreszcie z czasem, gdy mieszkańcy przyzwyczają się już do gościa, da się słyszeć rosyjska gwarę – dziwnie miękką, przesycona polon izmami, a bywa, że i łowami, które pobrzmiewają egzotyką Może to wpływa litewskiego? Może białoruskiego? A może ślad po wędrówkach po jeszcze bardziej odległych rejonach?

Burzliwa historia starowierców – trzysta lat prześladowań, ucieczek i wypędzeń – zaczyna się w XVII-wiecznej Rosji. – Społeczeństwo carskiego imperium, rozchwiane przez najazdy wojsk polskich, szwedzkich i epidemię dżumy, żyło wówczas w atmosferze niepewności, strachu i zniechęcenia, która podsycały nowe zarządzenia władz – opowiada prof. Zoja Jarowszewicz – Pieresławcew z Uniwersytetu Warmińsko – Mazurskiego. – W 1645 r. rządy w kraju objął szesnastoletni car Aleksy Michajłowicz. Cztery lata później uchwalono kodeks praw pod nazwą sobornoje ułożenije, który wzmocnił absolutyzm władzy, przywiązał chłopa na zawsze do ziemi i pana, uszczuplił prawa mieszkańców miast, bardzo ograniczył możliwości uczestniczenia poddanych w życiu politycznym. Samowładztwo cara dosięgło i Kościoła. Ograniczony w prawach do władania ziemią i podporządkowany władcy, miał służyć nie tylko centralizacji państwa rosyjskiego , ale i realizacji idei przewodzenia całemu światu prawosławnemu.

W tak niespokojnych czasach fundamentem, na którym Rosjanie starli się budować swe życie, była religia. Wierzyli, że jest niezmienna i trwała. Dlatego pewne zaniepokojenie budziły próby odnowy prawosławia. Początkowo były jednak wprowadzane powoli i delikatnie. Patronowało im wspierane przez cara Koło Obrońców Starodawnych Cnót Kościelnych, do  którego należeli czołowi duchowni XVII-wiecznej Rosji. Zaproponowali oni zastąpienie wielogłosowego czytania i śpiewania tekstu jednogłosowym. Przywrócili zapomniany na Rusi zwyczaj głoszenia kazań. Napominali również popów, by ci surowo przestrzegali dyscypliny wewnętrznej.

W końcu jedne z członków Koła, archimandryta Nikon, został w 1652 r. patriarchą Rosji. Z tą chwilą zmienił poglądy. Owszem – nadal chciał reformować, nawet szybciej i bezwzględniej, ale zupełnie inaczej niż dotychczas. Wcześniej walczył o powrót zapomnianych tradycji Cerkwi rosyjskiej, teraz za wzór uznał Cerkiew grecką. To tam widział źródło prawdziwej wiary i czystych obyczajów, nieskażonych nowoczesnymi zmianami. – Podważył tym samym panującą powszechnie koncepcję statycznej, niezmiennej Cerkwi prawosławnej – twierdzi prof. Jaroszewicz – Pieresławcew. – Ambitny sakralizujący swoją władzę patriarcha, przystąpił do reformy szybko i bezwzględnie, nie licząc się z ludzkimi uczuciami i tradycją.

W Rosji zawrzało. Dla ludu Nikon stał się symbolem wszelkiego zła, może nawet samym Antychrystem. W odpowiedzi zwolennicy patriarchy zwołali sobór. W 1667 r. zatwierdził on zmiany. – A tych, którzy sprzeciwiali się nowym obrządkom, wyklął „wraz z Judaszem-zdrajcą, Żydami, którzy ukrzyżowali Chrystusa, a Ariuszem i innymi przeklętymi heretykami” – opowiada prof. Jaroszewicz – Pieresławcew. Społeczeństwo rosyjskie, w zdecydowanej większości prawosławne, podzieliło się na dwa ostro zwalczające się odłamy. Na czele przeciwników Nikona – do których należał co trzeci Rosjanin – stanął dawny przyjaciel patriarchy, członek Koła Obrońców Starodawnych Cnót Kościelnych, protopop Awwakum Pietrowicz. W 1666 r. został on obłożony anatemą (klątwą) i wtrącony do więzienia, a kilkanaście lat później spalony na stosie. Jego los wkrótce miało podzielić wielu duchownych. W 1684 r. władze wydały dekret, który za sprzeciwianie się nowym obrządkom nakładał tak surowe kary, jak batożenie, grzywnę, utratę majątku oraz śmierć. Kolejne bunty i powstania upadały, a ich przywódców mordowano. Część staroobrzędowców uznała, że świat został opanowany przez Antychrysta, a jedynym wyjściem jest oczyszczenie w ogniu. – Samospalenia trwały około stu lat i do dziś nie wiadomo, ile ofiar pochłonęły – podsumowuje prof. Jaroszewicz – Pieresławcew.

A co konkretnie poszło? Wśród zmian, jakie wprowadził patriarcha Nikon, a których nie zaakceptowali staroobrzędowcy, jest np. poprawa tekstów ksiąg liturgicznych zgodnie z greckimi oryginałami; zakaz żegnania się dwoma, a nakaz trzema palcami; zmiana sposobu pisania imienia Jezusa w cerkiewnosłowiańskim z „Isus” na „Iisus”; zmiana dwukrotnego śpiewu „Alleluja” na trzykrotny; nakaz, by procesje chodziły przeciwnie do ruchu Słońca, a nie – jak to było wcześniej – zgodnie z nim; zmniejszenie liczy prosfor (prawosławnych hostii) podczas mszy z 7 do 5; zmiana ceremonii chrztu z trzykrotnego zanurzenia na jednokrotne, a nawet tylko polanie wodą; zastąpienie krzyża ośmioramiennego (z trzema poprzecznikami) sześciu – (dwie poprzeczki) lub czteroramiennym (jedna poprzeczka).

- Te i inne – zdawałoby się drobne – zmiany urosły do rangi dogmatów – twierdzi prof. Zoja Jaroszewicz – Pieresławcew. – Czyż w ich obronie trzeba było tylu poświęceń i ofiar?
Na to pytanie dziś już nikt nie odpowie. Trudno nam wczuć się w mentalność XVII-wiecznych Rosjan. Można jednak zrozumieć, dlaczego wielu z nich – choć chcieli zachować stare obrzędy – nie zamierzało ginąć w ogniu ani z ręki reformatorów, ani z własnej. Ci wybrali ucieczkę. Już w końcu XVII wieku całymi rodzinami opuszczali rodzinne wioski, by skryć przed prześladowaniami. Wielu powędrowało na północ, na polarne krańce Rosji. Mieli nadzieję, że tam karząca ręka władzy jest nieco słabsza. Inni ruszyli na południe: na Ukrainę (wchodzącą wówczas w skład Rzeczpospolitej) oraz do Imperium Osmańskiego. Po jego rozpadzie część znalazła się w Bułgarii, Rumunii oraz Turcji. Stamtąd emigrowali do Stanów Zjednoczonych. Liczne grupy udały na wschód, na Syberię. Gdy i tam znajdowała ich uparta władza, szli jeszcze dalej: do Japonii i Chin. Potem, kiedy Państwo Środka opanował komunizm, wyjechali do Ameryki, Australii, Nowej Zelandii, Brazylii.
Duża część powędrowała na zachód, do Wielkiego Księstwa Litewskiego, na tereny dzisiejszej Białorusi, Litwy i Łotwy. I tam jednak zdarzało się, że wojska rosyjskie, nie zważając na międzypaństwowe granice, napadały na wioski starowierskie, porywały lub zabijały ich mieszkańców. Pozostali przy życiu uciekali jeszcze dalej na zachód. Eugeniusz Iwaniec, badacz ich dziejów, szacuje, że przed rozbiorami 14-milionową wówczas Rzeczpospolitą zamieszkiwało blisko 100 tyś. Staroobrzędowców!

Ale ich wędrówki nadal się nie skończyły. Gdy po pierwszym rozbiorze, w 1772 r., wiele starowierskich wiosek znów znalazło się pod panowaniem cara, ich mieszkańcy po prostu spakowali swój dobytek, włożyli go na wozy i pojechali dalej na zachód. Tak trafili na ziemię suwalsko-sejneńską. Przez pewien czas wydawało się, że tu wreszcie znaleźli swoje miejsce na Ziemi, przytulny, bezpieczny kąt. Założyli blisko 20 osiedli, pobudowali domy, bajnie, zajęli się uprawą ziemi, ciesielką. Postawili świątynię, Molendę. Pochodzili w wielu rejonów, ale – jak to ustaliła na podstawie ich gwary prof. Iryda Grek-Pabisowa z Instytutu Slawistyki PAN – większość przybyła z okolic rosyjskich Wielkich Łuków. Po drodze prawdopodobnie zahaczyli o Inflanty, Kurlandię, może Litwę. Przywieźli ze sobą nie tylko dialekt, zwyczaje, ale i swoją wersję wiary.

Staroobrzędostwo dość szybko bowiem podzieliło się na kilkadziesiąt odłamów, frakcji i grup. Pierwszym powodem do sporów był brak wyświeconych duchownych. Biskupi prawosławni w zdecydowanej większości przyjęli reformę Nikona. Tych nielicznych, którzy pozostali przy dawnych obyczajach, uśmiercono lub dożywotnio zamknięto w klasztorach. Starowiercy zostali więc pozbawieni hierarchii kościelnej. Problem polegał na tym, że w prawosławiu tylko biskup może wyświęcać nowych księży. Niektóre grupy staroobrzędowców – zwane popowcami – korzystały zatem z pomocy duchownych, którzy zbiegli z oficjalnej cerkwi i wyrzekli się „ herezji nakonowskiej”. W latach czterdziestych XIX w. przyłączył się do nich biskup Ambroży z Bośni. Z tą chwilą staroobrzędowcy znów mogli wyświęcać księży i utworzyć własna hierarchię kościelną. – Dzięki temu Ugglo zahamowaniu odrywanie się od zasadniczego trzonu tej konfesji małych ugrupowań o zmodyfikowanych regułach – mówi prof. Grek Pabisowa. – Hierarchia bowiem dbała o jedność, strzegła jednolitej liturgii, dogmatów i zasad.

Przeciwnie działo się wśród bezpopowców. Ci doszli do wniosku, że skoro nie mak księży to „sam Chrystus będzie im niewidzialnym przewodnikiem”. Ale bez hierarchii nie potrafili często ustalić wspólnego stanowiska. – Poszczególne grupy oddzielały się na tle różnicy poglądów. Na małżeństwo, modlitwy za cara, konieczności oczyszczania przez modlitwę pożywienia wytwarzanego przez innowierców, uznania prawidłowości zapisów na krzyżach, dopuszczalności samobójstwa za wiarę i innych  - wylicza prof. Grek-Pabisowa.

Pojawiło się np. ugrupowanie, które głosiło niemożność odprawiania nabożeństwa oraz nieistnienie sakramentów. Od rosyjskiego słowa „niet” (nie) zwano ich nietowszcziną. Z kolei strannicy, albo bieguni, uważali, że z Antychrystem nie należy walczyć, a przed nim uciekać. Fiedosiejewcy zaś – nazwani tak od imienia ich przywódcy Fedosieja Wasiljewa Urusowa – sprzeciwiali się m.in. zawieraniu związków małżeńskich. Za narodziny dziecka rodziców karano wykluczeniem ze wspólnoty – na rok, dwa, a czasem i na stałe.

Fiedosiejewcy stanowili trzon starowierców, którzy osiedlili się na ziemi suwalsko-sejneńskiej. Ich surowe zasady stopniowo łagodniały. Większość – mimo zakazów – miała rodziny. Rodzicie nie byli już wyrzucani ze wspólnoty, choć po narodzinach dziecka musieli przechodzić posty i oczyszczenia. Z czasem nawet i ten zwyczaj zanikł.

Może dlatego, że sejneńscy i suwalscy starowiercy stanęli wobec znacznie większego niebezpieczeństwa. Po kolejnych rozbiorach ich wioski zagarnęły najpierw Prusy, które potem, w 1807 r., oddały ten teren Rosji. Władza carska zaś postanowiła przeciągnąć niepokornych poddanych na prawosławie. By to się udało, ściągnięto tutaj jednowierców – staroobrzędowców, którzy w r. 1800 zawarli układ z Cerkwią i przeszli na prawosławie, zachowując jednak swój ryt w liturgii i dawne obyczaje. Rosja liczyła, że „polscy” starowiercy skuszą się i pójdą w ślady swych dawnych współwyznawców. Akcja jednak zakończyła się całkowitym fiaskiem.

Kolejne zarządzenia władz podzieliły jednak miejscową społeczność. Tym razem poszło o obowiązek służby wojskowej oraz ewidencji ludności. W armii staroobrzędowiec musiałby łamać swoje zasady: zakaz golenia brody oraz jadania z innowiercami. Z kolei rejestracja a zgonów i narodzin była dal nich „znamieniem Antychrysta”. Część starowierców uznała jednak, że podporządkuje się nowym zarządzeniom. Pozostali nie byli ich w stanie zaakceptować. Tak jak niegdyś ich przodkowie, suwalscy staroobrzędowcy zebrali swój dobytek, zapakowali na wozy i ruszyli na wędrówkę. Ponieważ w ich wspomnieniach  dobrze zapisał się okres rządów pruskich, poprosili o azyl państwo niemieckie. Tam w latach 1830 – 1832 przydzielono im ziemię na Mazurach. – Dla Prus osiedlenie się staroobrzędowców na Mazurach było korzystne – uważa prof. Grek-Pabisowa – Zasiedlili tereny mało zamieszkałe, wyludnione wskutek epidemii i wojny napoleońskiej. Ze względów politycznych nie leżało w interesie władz osiedlenie się w tej prowincji Polaków.

Staroobrzędowcom zaś zamieszkanie w Puszczy Piskiej wróżyło możliwość spokojnego życia i wykonywania praktyk religijnych. Władze pruskie początkowo obiecały starowiercom zwolnienie z obowiązku służby wojskowej i konieczności ewidencji. Potem jednak zmieniały zdanie. W 1842 r. nakazano im się rejestrować, a rok później zabrano pierwszego rekruta do armii.

Jako ostatni, w 1865 r., powstał ośrodek starowierców w Gabowych Grądach i sąsiednim Borze. Jego pochodzenie nie jest jasne. Gwara i religia łączy go z wioskami Suwalszczyzny. – Z pewnością część osadników przybyła właśnie stamtąd – twierdzi prof. Grek-Pabisowa. – Najstarsi jednak mieszkańcy, opierając się na tradycji rodzinnej, twierdzą, że ich przodkowie pochodzą ze wsi Pilczyn koło Góry Kalwarii.

Historia ośrodków w Gabowych Grądach i na ziemi suwalsko-sejneńskiej toczyła się podobnie. Oba były otoczone wioskami polskimi. Oba po I wojnie światowej znalazły się w granicach odrodzonej Rzeczpospolitej. I w obu mieszkańcy byli dwujęzyczni: płynnie mówili zarówno w gwarze rosyjskiej, jak i lokalnym dialektem polskiego. Staroobrzędowcy z Mazur zaś podlegali władzy pruskiej, chodzili do niemieckich szkół, korzystali z pruskich urzędów i w konsekwencji stali się aż trójjęzyczni: rosyjsko – polsko – niemieccy. Ten ośrodek jeszcze w XIX w. przyciągnął uwagę fiedosiejewców z Moskwy. – Powstała możliwość rozwinięcia działalności religijnej poza zasięgiem władzy carskiej – uważa prof. Grek-Pabisowa. – Chodziło o posiadanie miejsca do prowadzenia narad i dysput religijnych z udziałem wybitnych staroobrzędowców (popowców i bezpopowców) z Rosji i przebywających na emigracji, a także stworzenie ośrodka, skąd można by kolportować książki i pisma staro obrzędowe. Postarano się więc o założenie we wsi Wojnowo klasztoru męskiego.

Jego rozkwit przypadł na lata 1847 – 1867. Rosji musiało to jednak przeszkadzać. Przysłała do Wojnowa misjonarzy jednowierstwa. Tu – przeciwnie niż na Suwalszczyźnie – odnieśli duży sukces. Do Cerkwi prawosławnej przystąpiło blisko 300 mazurskich staroobrzędowców, w tym wszyscy mnisi. Wkrótce potem wyjechali oni do Rosji. W 1885 r. opustoszały klasztor zajęły starowierskie zakonnice. Na początku XX wieku było ich już ponad 40.

Stopniowo jednak i żeński klasztor pustoszał. Po II wojnie światowej, gdy Mazury znalazły się w nowych granicach Polski, wojnowski zakon zamieszkiwało już tylko kilka mniszek. Nadal jednak działała tam starowierska molenna oraz cerkiew – niegdyś jednowiercza, obecnie prawosławna. Również świątynie w Wodziłkach i w Gabowych Grądach przyciągały wiernych, którzy powrócili z wywózek i wypędzeń w czasie obu wojen światowych. Ale nie wszystkim to się udało. Wielu staroobrzędowców z Suwalszczyzny wyjechało na Litwę. Z 90 przedwojennych gospodarstw w Wodziłkach pozostało tylko 19. Gabowe Grądy spalono całkowicie w czasie wojny. Część mieszkańców obudowała domy, inni jednak przenieśli się do miast.

Ci, co pozostali na wsiach, nadal jednak trzymali się swej wiary, mowy i obyczajów. – Kiedy pojawiałam się wśród nich w latach 50., by prowadzić badania, tworzyli bardzo zwartą grupę – opowiada prof. Grek-Pabisowa. – Bardzo trudno było do nich dotrzeć, zdobyć zaufanie. Bali się, że zostaną zabrani do Rosji. A jeszcze bardziej – że ich religia i obyczaje będą wyśmiewane.

W tamtych czasach staroobrzędowcy bardzo wyraźnie różnili się od polskich sąsiadów. – Dziewczynki nosiły długie spódnice – wspomina prof. Grek-Pabisowa. – Wszystkie kobiety miały chustki na głowach, których nie związywały, lecz spinały. Żadna się nie malowała ani nie strzygła włosów. A mężczyźni, którzy przekroczyli wiek Chrystusowy, nie obcinali już bród.

Starowiercy pilnowali też surowych postów. W każdą środę, piątek, przez cały Wielki Post, przez kilka tygodni przed świętem Piotra i Pawła oraz cały Adwent nie wolno im było jeść pokarmów pochodzenia zwierzęcego – nawet mleka czy jajek. Ale i poza tymi okresami trzymali się licznych zakazów i nakazów: nie palili tytoniu, nie pili herbaty, nie nadużywali alkoholu, nie jadali krwi ani mięsa ze zwierząt, które rodziły się ślepe (króliki, konie). – Byłam świadkiem, jak nastawnik w molennie potępiał tych, co się upijali – mówi badaczka.

Nastawnik to osoba, która prowadzi nabożeństwa w starowierskim domu modlitwy. Wybiera go zgromadzenie całej parafii. Często jest to szanowany członek ich społeczności, który potem doucza się teologii, zasad wiary i doszkala swoją znajomość cerkiewnosłowiańskiego, języka liturgicznego staroobrzędowców. – Nastawnik do nauczyciel, przewodnik, mąż zaufania, a nie sędzia – wyjaśnia Mieczysław Kapłanow, żołnierz na emeryturze, który w lipcu 2006 r. został wybrany na nastawnika przez parafię Gabowe Grądy.

Kapłanow jest dziś jedynym nastawnikiem w Polsce. Dwie parafie – w Wodziłkach i na Suwalszczyźnie oraz w Wojnowie na Mazurach – są prowadzone przez osoby niewyświęcone. Do Suwałk, gdzie zbudowano Molendę dla staroobrzędowców opuszczających rodzinne wsie, dojeżdża nastawnik aż z Łotwy. Nie ma też już starowierskich zakonnic. Ostatnia, siostra Afimia Kuśmierz, zmarła w kwietniu 2006 r. w wieku 91 lat.
Większość mazurskich staroobrzędowców po II wojnie światowej wyemigrowała do Niemiec. Osiedlili się głównie w Hamburgu. Tam, jak ustaliła doc. Anna Zielińska z Instytutu Slawistyki PAN, nie tworzą już zorganizowanej społeczności, nie mają molenny ani nastawnika. Stopniowo wchłania ich kultura niemiecka. – Po rosyjsku umiałam, ale zapomniałam – opowiadała doc. Anna Zielińskiej jedna z kobiet. – Starsze ludzie, no jak moje Grosseltern, rozmawiali w domu po rusku, ale to było zawsze mischmasch, trzy języki naraz.

Inna wyjaśnia: - Kiedyś byłam Polką, teraz jestem internacjonal. Jesteśmy Europejczykami, trochę Polakami, trochę Niemcami, religia rosyjska, po co to wszystko dzielić. Teraz wszyscy żyjemy w zgodzie, nieważne, kto kim jest.

W całej Polsce pozostało około tysiąca staroobrzędowców, resztki po dawnej i barwnej religijnej wspólnoty. – Dosięga nas cywilizacja – żali się Mieszysław Kapłanow. – Kiedyś ludzie siedzieli razem, we wsi, to się trzymali. Teraz studiują, wyjeżdżają do miast. Tam wybierają życie łatwe i przyjemne.

- Nasi przodkowie tworzyli zamknięty krąg, silnie związany ze sobą – przytakuje Teodor Antipow, przewodniczący gminy staroobrzędowców w Gabowych Grądach. – Jak bił dzwon, starowier rzucał wszystko, żeby się pomodlić. Teraz wyszli za pracą do miast, żyją wśród katolików, porozrzucani po całej Polsce. Mało kto został na wsi.

- Nieliczni pracują jako rolnicy – dodaje Mieczysław Kapłanow. – Ci, co zostali na wsi,  nie mogą sobie miejsca znaleźć, celu. Dosięgło ich bezrobocie. Niektórzy piją za dużo.

Stare surowe zasady powoli odchodzą w przeszłość. Staroobrzędowska społeczność coraz mniej różni się od otaczających ją Polaków. Mężczyźni z miast golą brody, kobiety – strzygą włosy i malują się. Na wsi pozostali głównie starzy i samotni starowiercy, którzy nie zawsze radzą sobie z naprawą niszczejących domów. Dziurawe dachy przeciekają, zepsute piece kopcą, a przemakające ściany ratuje się, obijając je papą. Wnuki, które przyjeżdżają tu na ferie czy wakacje, często nie znają rosyjskiej gwary dziadków. Czasem nawet i ich wiary.

- Za moich czasów było nie do pomyślenia, żeby wyjść za katolika – przyznaje jedna z gospodyń, która w niedzielę po nabożeństwie przyszła w odwiedziny do Marty Ancipow z Gabowych Grądów. – Rodzicie się nie zgadzali. Ale moje dzieci poszły za katolików. I wnuki są wychowane po katolicku.

- Ale w cerkwi obyczaje nie zanikają – dodaje inna. – Kobiety noszą chustki, spódnice, nie malują się. Zresztą, odkąd mamy wreszcie nastawnika, coraz więcej osób przychodzi na nabożeństwa do molenny.

Przyszedł wiek, 47 lat, i poczułem, że trzeba oddać dług społeczeństwu, w którym wyrosłem – mówi nastawnik Kapłanow.

Wraz z przewodniczącym gminy Teodorem Antipowem rozpoczęli intensywne zabiegi, by ich dawna wiara i obyczaje przetrwały. W szkole, do której chodzą dzieci starowierców, zorganizowano naukę religii. Dzieci poznają cerkiewnosłowiański. Douczają się też dorośli. Porządkowany jest cmentarz i teren wokół molenny. Powstało świeckie Stowarzyszenie Staroobrzędowców. Starowierska młodzież wyjeżdża na wspólne obozy, wycieczki. – Liczę na kontakty ze współwyznawcami z Łotwy. Tam jest bardzo silny ośrodek staroobrzędowców – w głosie Kapłanowa słychać nadzieję. – Dzięki temu, że oba kraje są w Unii Europejskiej, granice przestały być problemem. Odwiedzamy się, rozmawiamy. Dla naszego społeczeństwa to może być zbawienne. Widzę, że jeszcze nasze dzieci podtrzymują tradycje. A co dalej? Trudno powiedzieć. Wśród nas krąży przepowiednia, że nasza wiara prapaniot w puci, zginie w drodze. Kto wie, może właśnie się spełnia.

Wojciech Mikołuszko, współpraca Agnieszka Sakowicz