„Ale mamy już nie było Na zielonym, pięknym drzewie, Bo ją pożarł wąż straszliwy W nierozumnym i złym gniewie.”
Ten smutny los spotkał mamę uroczej małpki Fiki-Miki z książki Kornela Makuszyńskiego. Autor nie pokazuje okoliczności łagodzących, które usprawiedliwiłyby „okrutny” czyn węża: że był głodny, że inaczej sam by zginął, że mama Fiki-Miki była gapą i prędzej czy później ktoś by ją i tak pożarł.
I z pewnością każde dziecko od momentu, gdy to przeczyta, będzie żyło w przekonaniu, że węże są po prostu złe. Zresztą, jak pokazują badania psychologów ewolucyjnych, instynktowny lęk przed tymi stworzeniami mamy gdzieś bardzo głęboko zakodowany. Tym bardziej, jeśli jest to największy wąż świata: południowoamerykańska anakonda zielona, zwana też olbrzymią (Eunectes murinus), z rodziny dusicieli.
Mitów na temat wielkości anakond jest wiele. Pewien oficer armii brazylijskiej twierdził, że zabił 35-metrowego giganta, ale jego ciało musiał porzucić w dżungli. Brytyjski płk Fawcett miał zabić 19-metrową anakondę. Wąż został przeszyty kulami, zmierzony, po czym żołnierze udali się na spoczynek. Gdy wrócili, już go nie było. Fawcett zaciekle walczył o uznanie jego rekordowego niewidzialnego trofeum. Cóż, nie miał nawet miarki… Najdłuższy wiarygodnie zmierzony osobnik osiągnął 10 m, ale przeciętnie anakondy mierzą około 5. To nieco mniej niż azjatyckie pytony siatkowane, ale pod względem masy są niepokonane: najokazalsze osobniki ważą 250 kg, a według niektórych źródeł nawet 500!
Na tak potężne ciało anakonda może sobie pozwolić, bo prowadzi wodny tryb życia. Powolna i ociężała na lądzie, w wodzie staje się zwinna i lekka, poruszając się z prędkością do 20 km/godz. Bez oddechu może leżeć 20 minut na dnie, wyczekując chwili stosownej do ataku. Siła tak pokaźnej masy mięśniowej umożliwia polowania nawet na bardzo duże zwierzęta. W skład menu dorosłej anakondy wchodzą tapiry, kapibary, jelenie, pekari, a nawet kajmany i jaguary! Wygrzewająca się w słońcu po posiłku musi budzić przerażenie. A jeśli zna się też bliżej jej obyczaje, śmiało można rzec, że to potwór. Anakondę niełatwo spotkać w dzień, nocą zaś lepiej nie spotykać. To pora jej polowań. Najczęściej na ofiary czyha w wodzie, przy brzegu, wystawiwszy na powierzchnię jedynie oczy i nozdrza umieszczone wysoko na głowie. Zastyga w bezruchu i wyczekuje. Zwierzę, które pod-chodzi do wodopoju, nie dostrzega niebezpieczeństwa. Atak jest nagły. Wąż rzuca się na ofiarę i mocno wgryza w jej ciało. Ukąszenie może być bolesne, ale – ponieważ anakonda nie ma jadu – niekoniecznie śmiertelne. Następnie anakonda owija się wokół zdobyczy i zaciska na niej. Ofierze coraz trudniej zaczerpnąć powietrza, ale raczej nie zdąży się udusić, bo po kilku chwilach od ataku znajduje się już pod wodą, gdzie śmierć przychodzi przez utopienie. Czasami silny uścisk zgniata narządy wewnętrzne i zwierzę ginie na skutek rozległych ran. Ofiara zawsze jest konsumowana od głowy. Jej ciało powoli przesuwa się w głąb przewodu pokarmowego węża. A gdy już cały posiłek zostanie upchany do przepastnego żołądka, anakonda leży bez ruchu nawet kilkanaście dni. I trawi, trawi, trawi. Cały organizm podporządkowuje się tej czynności. Trwa wówczas niewidoczny wyścig z czasem. Anakonda ma go tyle, ile dadzą jej bakterie, które też chciałyby wziąć udział w uczcie.


Gdy procesy gnilne zachodzą szybciej niż trawienie, wężowi grozi zatrucie pokarmowe. Zepsute resztki z obiadu „potwór” musi zwrócić – inaczej uczta może skończyć się jego śmiercią. Jeśli jednak z sukcesem uda mu się skonsumować ofiarę, odetchnąć z ulgą mogą wszystkie zwierzęta z sąsiedztwa. Gdyby potrafiły informować się o stanie najedzenia anakondy, z pewnością ogłaszałyby karnawał. Po solidnym posiłku bowiem wąż pości przez dobrych kilka miesięcy. Rekordzista z ogrodu zoologicznego najadł się na zapas na 2 lata!
A czy anakondzie zdarza się skosztować człowieka? Nie ma tu jednoznacznej odpowiedzi. Na pewno pyton siatkowany, azjatycki kuzyn anakondy, może zjeść dziecko. Ostatni taki przypadek zanotowano w 1972 r. w Birmie, gdzie pożarty został ośmioletni chłopiec. Ale pytony żyją blisko osiedli ludzkich. Na obszarach ich występowania jest bardzo duże zaludnienie, a węże chętnie żywią się szczurami czy psami. Pytony też częściej niż anakondy hoduje się jako zwierzęta domowe, bo są łagodniejsze z charakteru. A że z charakterem bywa różnie, zdarzają się wypadki, jak w 1993, kiedy to domowy pyton zabił (ale nie zjadł) 15-letniego chłopaka.
Anakonda z kolei zamieszkuje niedostępne dorzecza Amazonki i Orinoko, bagna i mokradła na obszarze lasów tropikalnych Ameryki Południowej. Rzadko ma okazję spotkać człowieka. A w przyrodzie już tak jest, że drapieżnik musi rozpoznawać ofiarę jako coś jadalnego. Inaczej traciłby czas i energię na atakowanie na przykład nietypowo wyglądającej gałęzi.
Widziany po raz pierwszy, człowiek nie jest identyfikowany jako potencjalna ofiara.
Jednak koleje losu dwóch samic anakondy, które były przedmiotem badań naukowców, potoczyły się nieco inaczej. Schwytano je i zainstalowano im pod skórą nadajniki, by śledzić ich aktywność w ciągu kilku tygodni. W tym czasie miały szereg okazji, by dobrze przyjrzeć się ludziom. Potem dwukrotnie atakowały naukowców z grupy dr. Jesusa Rivasa, którzy najwyraźniej im się naprzykrzali. Badacze, kobieta i mężczyzna, nosili na szczęście długie kalosze, krocząc po rozlewisku porośniętym do kolan roślinnością wodną. W pierwszym przypadku anakonda źle wgryzła się w kalosz i gdy zaatakowała po raz drugi, człowiek zdołał uskoczyć. Zniechęcony wąż uciekł. Drugi incydent przypadkowo filmowano i operator kamery zdążył ostrzec osobę, na którą anakonda właśnie się rzucała. Oba ataki z pewnością nie były „w obronie własnej”. Niedoszłe ofiary ważyły 55 i 60 kg, więc znakomicie nadawały się na solidny posiłek. Ale były to jednak dwa wyjątkowe przypadki spośród kilkudziesięciu anakond, które badała grupa dr. Rivasa.

Równie ciekawe jak techniki łowieckie anakondy jest jej życie intymne. Gotowa do odbycia godów samica wysyła w świat wiadomość o swym stanie w postaci zapachów, które niesie wiatr. Nadciągają wówczas wszystkie samce z okolicy. Zaloty nie są jednak popisami śpiewu lub tańca ani nawet widowiskowymi pojedynkami, jakie znamy z obserwacji ptaków czy ssaków. Gody anakond to plątanina wijących się i syczących ciał. W samym środku tego żywego kłębka znajduje się samica. Nie jest pewne, czy w tym zamieszaniu to ona wybiera partnera, czy też kopulację wygrywa samiec, który sam dopchał się najbliżej wybranki. Zaloty trwają od 2 do 4 tygodni. Często odbywają się w wodzie. Aby doszło do kopulacji, para musi spleść się ogonami, a wtedy samiec kładzie głowę na szyi samicy. W tym czasie otwory płciowe obu zwierząt stykają się i dochodzi do transferu nasienia.
Pół roku później na świat przychodzi od 20 do 40 osiemdziesięciocentymetrowych węży. Młode anakondy wykluwają się z jaj w łonie matki i rodzą się już jako swobodne osobniki. Po kilku godzinach opuszczają legowisko. Żywią się drobnymi zwierzętami, głównie gryzoniami, ptakami, płazami, rybami. Ale na tym etapie życia same często stają się pokarmem dla zwierząt, na które za kilka lat będą polować. Dorosłość osiąga tylko kilka osobników z miotu. Większość rodzeństwa zostanie zjedzona przez ryby, kajmany czy ptaki. Dopiero po trzech, czterech latach anakondy osiągają bezpieczny rozmiar kilku metrów. Wtedy już nic im nie zagrozi. Poza człowiekiem.
Mieszkańcy tropików zabijają anakondy ze szczególną zawziętością – raczej z powodu niechęci do węży, a nie ze względu na zagrożenie, jakie stwarzają dla człowieka. Aby zapewnić ochronę gatunkowi, rządy państw, na terenie których występuje ten gigant, zakazały handlu żywymi anakondami oraz ich skórami. Na szczęście dla węży ich matowa skóra w kolorze bagna nocą nie jest nęcąca dla producentów butów czy pasków do zegarków, a kapryśny charakter i duże wymagania nie czynią ich atrakcyjnym zwierzątkiem hodowlanym.