Prócz celów sportowych w postaci wspinaczki na sześciotysięczniki, zespół Wojciecha Lewandowskiego badał zmiany przyrodnicze, jakie zaszły w Andach w ciągu ostatnich 70 lat

Całkiem niedawno kolega naszego argentyńskiego przyjaciela Anibala, wszedł na szczyt Cerro Wanda i znalazł na tam... papierek po czekoladzie firmy „Wedel” z notatką Adama Karpińskiego sprzed 70 lat! Karpiński ochrzcił zdobytą wówczas górę imieniem swojej żony Wandy. Dziś oprawione w ramki opakowanie wisi dumnie na ścianie w domu wspomnianego kolegi jako górska pamiątka. Po trzech latach andyjskich wędrówek śladami „praojców” sam już nie wiem, co jest bardziej fascynujące –przygoda górska czy ta dziwna, chwilami wręcz magiczna więź „chłopakami” sprzed lat. Pierwsza polska wyprawa w Andy – w masyw Cordillera de la Ramada – odbyła się w latach 1933–34 i zapoczątkowała Światowa ekspansję polskiego alpinizmu. Jej członkowie dokonali pierwszych wejść na 5 sześciotysięczników oraz 3 pięciotysięczniki. Ich ślady pozostały w Andach po dziś dzień. Natknęliśmy się na nie choćby w miejscowości Barrenal, punkcie wypadowym na Mercedario, trzeci co do wielkości szczyt na kontynencie (6 770 m n.p.m.). Szukając transportu w góry, dotarliśmy tam do seniora Ossy. Gdy dowiedział się, że jesteśmy Polakami, zaprezentował nam garnitur zębów w szerokim uśmiechu i oznajmił: „Ale˝ ja jestem prezesem „CAWO”! – A cóż to jest? – zapytałem. – Club Andino Wiktor Ostrowski! Innym niby nieznaczącym, a jednak wspaniałym zdarzeniem była np. konstatacja faktu, że rok temu nasze namioty w Dolinie Colorado stanęły w pirkach (murkach mających chronić przed wiatrem) zbudowanych przez Polaków 70 lat temu! Tak! Dokładnie w tych samych, poukładanych ich rękami! Byliśmy tam jako drudzy Polacy po latach. Moi przyjaciele – Agnieszka, Jaszczur, Kasia, Marcin, Andrzej, Sławek, Wojtek, Piotr i Grześ – towarzyszyli mi w tych andyjskich podróżach i dodawali wiary. Inspiracja mojego górskiego marzenia była zapomniana już trochę książka Wiktora Ostrowskiego Wyżej niż kondory. Przeczytana wielokrotnie, leżała sobie na półce, a gdy znów po nią sięgnąłem, pojawił się pomysł... A może tak ruszyć po ścieżkach duchowych „praojców? Tak to się zaczęło. W dwu wędrówkach Eladami pierwszej polskiej wyprawy andyjskiej nie zdobyliśmy jeszcze Mercedario i Ojos del Salado (6 893 m n.p.m.). Mamy je sobie darować? Nie, nie można. Wracam! Zwłaszcza że los znów się do mnie uśmiechnął – w postaci nagrody Traveler 2006. Zdobyliśmy „Bilet na przyszłość i dofinansowanie w wys. 10 tys. zł. W tej sytuacji klamka zapadła. Znów zebrania w pubie żeglarskim „Czwarta szklanka” (nie wiem dlaczego, ale najlepiej o górach rozmawia Się nad morzem albo na jachcie) i w lutym rusza do Argentyny trzecia wyprawa Eladami Polaków.

Andy uśmiechają się pogodą, kolorami i stadkiem guanako.
U STÓP CZWARTEGO SZCZYTU AMERYK

Mendoza jest ju „moim” miastem! Czuję się tutaj jak w domu. Mamy mało czasu na ostatnie zakupy i uzupełnienie sprzętu. I pewnie dlatego przypadkowo nabywamy samo „ekologiczne” jedzenie – pozbawione tłuszczu, cukru, smaku. Cóż – jakoś wytrzymamy. Następnego dnia o 7.00 rano przyjeżdżają po nas jeepem poznani w zeszłym roku Anibal i Celeste. Po radosnych powitaniach ruszamy prosto pod Mercedario. Niesamowite, jak po roku świat zdążył się zmienić! – za przyczyną intensyfikacji prac w kopalni miedzi i złota i budowie nowej drogi do Laguna Blanca. Zdezorientowani szybkością zdarzeń po całodziennej męczącej jeździe docieramy do serca gór, zrujnowanego białego domku (Casa Blanca) za jeziorem Laguna Blanca (odkrytym przez Polaków).

Rano zgodnie z umową przybywa Alejandro – mulnik, który pomagał nam podczas poprzednich wypraw. Radośnie ruszamy w góry. Rozpiera mnie szczęście z powrotu na „stare śmieci!” Drogę znam i pamiętam bardzo dobrze, ale cieszy mnie jej „odkrywanie” przez kolegów. Andy uśmiechają się do nas pogoda, kolorami i stadkami guanako, które z ciekawością i dystansem towarzysza nam do Cuesta Blanca – bazy wyprawy z 1934 r. Pojawili się też inni „znajomi” – majestatyczne szybujące po niebie kondory.

Pierwsze wyjście w góry i kolejne spotkanie z penitentami (smukłe, ostrosłupowe formy śnieżno-lodowe). Torujemy sobie ścieżkę wśród wyrośniętych mniszków. Jak zawsze zachwycają i denerwują, kiedy trzeba się przez nie przedzierać. Obóz pierwszy staje w miejscu zwanym Pirca de Indios. Tam przed ponad 70 laty nasi dawni koledzy ze zdumieniem odkryli kamienne murki ustawione ludzka ręką. Murki te stoją do dziś. Może dlatego, że miejsce to cieszy się niedobrą sławą – wszyscy źle się tam czują. Czy to wpływ wysokości (choć to tylko 5 200 m), czy może obecności duchów nieznanych budowniczych? Nie wiem! Tak jak dwa lata temu, miejsce to opuszczam z ulgą. Szybko zaopatrujemy obóz drugi – u podstawy długiej grani Mercedario, na wysokości 5 800 m. Jeszcze tylko powrót do bazy, dzień „restowy” i już można „napadać” Vamos Arriba! Wyżej, coraz wyżej, a szczytu nie widać
ZDOBYWANIE MERCEDARIO

W drodze do „dwójki” podejmujemy spontaniczną decyzję, aby wejść na leżącą trochę na uboczu górę Philar Grande, mająca 6 010 m. Po kilku godzinach wędrówki kolorowa grania jesteśmy na rzadko odwiedzanym szczycie. Czujemy radość i wzruszenie, bo na pewno dotarliśmy tu jako drudzy Polacy po „praojcach”. Zgodnie z tradycją budujemy kopczyk z kamieni i rozpoznajemy topografię. Przyda się – w końcu jutro atakujemy Merce-dario! Szybkie zejście lodowcem i już jesteśmy w żółtym namiociku, gdzie czeka Agnieszka. Tu stłoczeni spędzamy noc. Czwarta rano; ciemno, zimno, wieje! Z pewnością za mocno. Jednak obawa, że może być jeszcze gorzej, dopinguje nas do wygramolenia się z namiotu. Nie wiemy jeszcze, że przenikliwy wiatr będzie prześladował nas przez cały dzień. Przed nami mozolna wędrówka przy świetle czołówek i wiatr, przed którym nie ma gdzie się ukryć. Niecierpliwe oczekiwanie Ewitu i złudna nadzieja, że jak wyjdzie słońce, będzie cieplej. Przy czarnych skałach zwanych El Diente dociera do nas upragniony, niemrawy brzask. Zakładamy raki i pniemy się dalej. Niestety, wciąż wieje. Wyżej, coraz wyżej, kolejne łatwe trawersy, a szczytu nie widać. Każde pokonane wzniesienie łudzi i obiecuje, że to już. W końcu śnieżna grań i coraz rozleglejsza panorama zwiastują bliskość wierzchołka. Wreszcie jest – skalisty i pusty. Wiatr na chwilę jakby się uspokoił. Tym razem czwarty szczyt Ameryk okazał się łaskawy. Chłonę wspaniałą panoramę na poznaną w zeszłym roku Dolinę Colorado. Ze wzruszeniem rozpoznaję szczegóły topografii. W oddali piętrzy się „nasza” Ramada, 6 410 m (zdobyta w zeszłym roku), obok charakterystyczna sylwetka Alma Negra (Czarna Dusza), dalej La Mesa (Stół) i Pico Polacco! Zaraz pod stopami urywa się południowa ściana. Spełnienie, jesteśmy! Fotki i gratulacje – Agnieszka jest tu znów pierwszą Polką! Zejście dłuży się w nieskończoność, a wiatr ciągle nie chce odpuścić. W nocy wieje jeszcze bardziej, na dodatek zaczyna padać śnieg, jednak jestem już spokojny. Zdążyliśmy! Jutro jakoś zejdziemy, teraz tylko spać, spać, spać...

Tu barwy skał przeczą czasem zdrowemu rozsądkowi
FIESTA PO MERCEDARIO

Poranek nie pozostawia wątpliwości. „Powtórka z rozrywki”– przyszło przeczuwane viento blanco (andyjski tzw. Biały wiatr, osiągający w porywach 100 km/godz.)! Tuman gnanego tuż nad ziemią śniegu przecina długą,
ciemną smugą, która tworzy nasz namiot. Podarte drzwi od tropiku złowrogo szeleszczą, a cały przedsionek wypełniony jest białym puchem. Na niebie pojawiają się charakterystyczne soczewki chmur, a na graniach szaleją białe śnieżne pióropusze! Zimno! Maszynka uporczywie nie chce się rozpalić. Szkoda czasu, schodzimy bez gotowania. Na dół, jak najszybciej, aby uciec przed wiatrem. W opuszczonej już przez chłopaków jedynce rozgrzewamy się gorącym rosołkiem z kostki, który smakuje jak boska ambrozja. Zabieramy wszystko i gnamy dalej... Po drodze wypatrzone przez Wojtka maleńkie jeziorko nareszcie syci nasze pragnienie. Późno po południu dochodzimy do zacisznej, spokojnej bazy. Czekają nas gratulacje i spontaniczne „przyjcie”. Chłopaki opowiadają, jakie spustoszenia w zapasach zrobiły myszy (skąd one tutaj?). Rozpijamy zachowana na tę okazję butelkę rumu i wyjadamy oszczędzone przez gryzonie smakołyki.

Pozostałe dni wykorzystujemy na zwiedzanie bajecznie kolorowej doliny Arrayo de la Laguna Blanca. Wojtek Marzec wchodzi samotnie na Cerro Negro 5 550 m (drugie polskie wejście), natomiast we mnie znów odzywa się „dusza geografa”. Z radością penetruję jej zakamarki i oddaję się kolekcjonowaniu kolorów! Tak – kolorów, ponieważ tutaj barwy skał chwilami przeczą zdrowemu rozsądkowi. Krwistoczerwone skały z agatami sąsiadują z żółtymi morenami, żółte z zielonymi itd. Pełna paleta, po prostu obłęd! Niesamowity niebieski potok wydaje się usłany turkusami (kamienie w potoku zawdzięczają swój „niebiański” kolor siarczkowi miedzi), płynąc wśród czerwonych łupków – widok jak z obrazów surrealistów! Niecałe dwa dni spędzone w Mendozie poświęcamy na solenne realizowanie składanych sobie wcześniej obietnic, co też „nieekologicznego” i niezdrowego zjemy, gdy wreszcie zejdziemy do ludzkich siedzib.

Zupełna pustka i wiatr, przed którym nie ma ucieczki
DROGA NA OJOS DEL SALADO

I znów w drodze, jedziemy na północ do Catamarki i dalej, do Fiambali – małej sennej miejscowości, punktu wypadowego w argentyńska część Puna de Atacama. Rankiem pierwsze kroki kieruję do Jomsona Raynoso – jedynego człowieka w okolicy, który może zorganizować jeepa i muły na karawanę. Radość ponownego spotkania. Mimo mojego łamanego hiszpańskiego – pełne porozumienie. Już dziś możemy jechać dalej; trzeba tylko zrobić coś przy samochodzie, zameldować się na policji i kupić żarcie. Ruszamy. Znów pędzimy jeepem przez bajecznie zmienne i kolorowe góry. Po 150 km docieramy do miejsca zwanego szumnie Casadero Grande (Wielkie Łowisko), które jest tylko połacią zielonych łąk w otoczeniu miedzianych, pustynnych gór. Jomson idzie szukać jedynego gospodarza w tej okolicy, żeby dogadać z nim wynajęcie mułów. Po godzinie pojawia się z sympatycznym osobnikiem o imieniu Fabio. Przynoszą także ogromne kawały suszonej wołowiny i pstrągi. Nasz nowy amigo  mówi, że z karawaną możemy ruszyć dopiero jutro.
Najpierw musi bowiem odszukać i wyłapać zwierzęta. Następnego dnia, mocno po południu, zauważamy obłoczki kurzu na horyzoncie. Wreszcie są – Fabio, jego koń, muł, oślica i dwa nieludzko wychudzone, lecz bardzo przyjacielskie psy Chicho i Bobi. Koń ma na imię Koń, muł zwie się Mułem, a krnąbrna ośliczka to po prostu Oślica. Do końca pobytu nie zdołamy przekonać Fabia, że reszta jego menażerii też zasługuje na imiona. Troczymy ładunki wśród śmiechu i żartów. Nagle niespodzianka – okazuje się, że... gauczo nie zna drogi!
Idzie tędy pierwszy raz w życiu. Jest wyraźnie zestresowany, niemniej pełny entuzjazmu. Na szczęście i nieszczęście ja pamiętam tę drogę z zeszłego roku. Na nieszczęście, bo jako jedyny zdaje sobie sprawę, jak dużo mamy do przejścia. Kolejne trzy dni wędrówki przez góry Atacamy. Konsekwentnie oddalamy się od cywilizacji. Zupełna pustka i wiatr, przed którym nie ma ucieczki. Czasami tylko na brunatnych zboczach pojawiają się złocące się w słońcu stada wikuni. Kolejne etapy i biwaki Aqua Caliente, Agua del Vicuna. Dopiero trzeciego dnia dostrzegamy nasz cel – Ojos. Po przejściu przełęczy zakładamy bazę pod lodowcem w miejscu zwanym Arenal. Następnego dnia przepakowujemy plecaki i ruszamy dalej przez kolejne wzniesienia, zbliżając się do naszej góry. Na wysokości 5 800 m wykopujemy platformę na ostatni obóz – konstrukcję z kamieni i piachu. Jest kosmicznie pusto, a świat wokół wydaje się młody, jakby niedawno się narodził!
I znów nocne wyjście, mozolne zdobywanie wysokości. Wulkaniczne skały o przedziwnych kształtach przypominają, że Ojos jest wygasłym wulkanem – najwyższym na świecie! Mijamy pasożytnicze wulkany Ojos. Jest naprawdę wysoko, niebawem musi być szczyt... To już koniec? Radość, ulga, spełnienie – wszystko razem. Jesteśmy na Ojos del Salado, drugim szczycie obu Ameryk! 70 lat po „praojcach” – równo, w tym samym dniu. Marzenia się spełniają! Zejście w zadymce śnieżnej przypomina nasze Tatry. Wracamy już przez pustynię z wielkimi worami na plecach. Odkrywamy te góry od nowa… Przygodo, trwaj! Uczestnicy wyprawy: Wojciech Lewandowski - Geograf, pracownik naukowy UW, uczestnik wielu ekspedycji alpinistycznych i naukowych.
Agnieszka Adamowska - ObjechaΠa Australię, Amerykę Pn. i Azję. Wspinała się w Alpach, G. Skalistych, Andach.
Piotr Bucki - Alpinista i podróżnik. Instruktor wspinaczki sportowej AWF, wspinał się w Alpach, Tienszan, Himalajach.
Grzegorz Kudyba - Uczestnik wypraw wspinaczkowych w góry Ameryki Południowej i Afryki.
Wojciech Marzec - Alpinista, uczestnik wypraw w góry Azji (Pamir, Sajan Wschodni, Ałtaj), na Kaukaz i w Andy.