Indonezja. Zaczarowane wyspy

19 październik 2009
Indonezja. Zaczarowane wyspy

W malowniczym krajobrazie indonezyjskich wysp, wśród wulkanów, lasów deszczowych i tysięcy wspaniałych świątyń unoszą się duchy dobra i zła. Wiedza, jak umiejętnie z nimi współistnieć na ziemi, na wskroś przenika tutejsza kulturę. By ją poznać, wystarczy poddać się spokojnemu biegowi wydarzeń.

Na lotnisku w Dżakarcie okazuje się, że nasze wizy są wybrakowane – w indonezyjskiej ambasadzie zapomnieli je podstemplować. Dostajemy więc status „nielegalnych” i gnieciemy się w małym pokoiku celników, czekając, aż zdecydują, jak spędzimy najbliższe dwa miesiące zaplanowane na podróż po Indonezji. Obmyślamy różne rozwiązania. Mogą kazać nam na miejscu kupić miesięczną wizę, a na drugi miesiąc wysłać do innego kraju albo od razu wsadzić nas do najbliższego samolotu do Europy. A może jednak zaakceptują naszą nieważną wizę? Asia wypycha do przodu swój sześciomiesięczny brzuch. Jej wzrok mówi: co zawiniło biedne, nienarodzone jeszcze dziecko, że nie będzie mogło odwiedzić kilku z 18 tysięcy wysp tego pięknego kraju? My, dorośli i dojrzali (przynajmniej tak mówią nasze paszporty) może i czegoś nie dopatrzyliśmy, ale ono? Ono? Panie władzo i wasza wysokość w jednym…

Czekamy. Milczymy. Uśmiechamy się. Azjatyckie uśmiechy są specyficznym metajęzykiem. Nie są to nudne, bezbarwne i ograniczone uśmiechy typu zachodniego, ale prawdziwy kod komunikacyjny. Jest więc uśmiech typu „Spadaj”, „Żal mi siebie”, „Cieszę się, że cię widzę” lub „Bardzo mi przykro, że zginął panu bagaż, ale to naprawdę nie mój problem” lub „Możesz mówić dalej, ale ja i tak nie znam angielskiego” itd. O wszystkim decydują niuanse jak lekkie skrzywienie brwi, kącik ust podniesiony do góry.

Siedzimy więc, cali uśmiechnięci, tak jakby nie było żadnego problemu i rozmawiamy o pogodzie, dzieciach i tytoniu. Uśmiechnięty oficer podaje mi kretek (goździkowego papierosa) i palimy go w kącie pokoju. Wreszcie celnik wyciąga ze starego biurka pieczątkę, chucha, żeby wskrzesić w niej resztki atramentu i przybija stempel. Witamy w Indonezji! Ceremonialna wymiana tytoniu. Uścisk dłoni. Uśmiech. Wychodzimy na ciepły, intensywny deszcz.

Monsun zatapia ulice. Kilkadziesiąt minut opadów wystarczyło, by płynące przez miasto kanały wystąpiły z brzegów. Nasza riksza kołysze się na wodzie. Dookoła apokaliptyczny korek. Rowery, riksze, motory, samochody mijają się na grubość lakieru. Wszyscy tu zdają się wierzyć, że ulicę niczym gumę da się rozciągnąć o kolejnych kilka metrów. Wyznają zasadę, że wystarczy tylko znaleźć centymetr wolnej przestrzeni między jednym pojazdem a drugim i się w nią wciskają. Ich skuteczność zadziwia. Otacza nas hałas klaksonów i silników bez tłumików. Smród. Od kilkunastu minut nie ruszyliśmy się dalej niż metr. Ulicą płyną martwe szczury, foliowe torebki, a przez te ścieki przedzierają się bosi, półnadzy mężczyźni i kobiety z koszami na głowach. Mamy kilka godzin do odlotu do Yogyakarty, postanawiamy zwiedzić najstarszą część Dżakarty – port Sunda Kelapa.

Docieramy do niego po ponadgodzinnej przeprawie rikszą. Do tego portu w 1522 r. przybili Portugalczycy, pierwsi Europejczycy na Jawie. Kilka lat później miasto zostało zdobyte przez muzułmańskiego generała Demaka, który nazwał to miejsce Jayakarta, co po jawajsku znaczy „zwycięski”. Przez kolejne wieki w Dżakarcie trwały walki, trawiły ją pożary. Ocalał tylko ten port. Patrzymy na zacumowane przy redzie drewniane łodzie z wygiętymi do góry dziobami, które sprawiają, że wyglądają jak wielkie rogale. Na tle coraz ciemniejszego burzowego nieba stanowią jedyne kolorowe punkty krajobrazu.

Nieco dalej przy redzie stoi statek, do którego prowadzą wąskie trapy. Właśnie twa rozładunek towaru: dźwig unosi z pokładu uwięzione w siatkach worki cementu i składa je do stojącej przy redzie ciężarówki. Wszystko wokół tonie w białym pyle, który uwalnia się z rozprutych worków. Mężczyźni mozolnie pracujący przy przeładunku chwilami całkowicie znikają w toksycznej chmurze. Na twarzach mają zawiązane chusty, ich bose stopy brodzą w pyle.

Oswajanie miasta


Pierwsze dni w Azji jak zawsze są dla nas szokiem. Powoli przyzwyczajamy się, że nie rozumiemy, co ludzie mówią na ulicy, że wszystko wygląda inaczej, że upał potrafi uderzyć jak szaleniec. Nowe zapachy, kolory, środki transportu, jedzenie. Dlatego zawsze, kiedy przyjeżdżamy do nieznanego miejsca, pierwszej nocy chodzimy po mieście. Znaczymy swój teren jak zwierzęta, oswajamy przestrzeń. Dopada nas potrzeba poczucia bezpieczeństwa, która nakazuje nam rozrysować plan miasta według naszych zasad. Centrum świata staje się nasz hotel, od niego odchodzą kolejne coraz dłuższe trasy. Powoli na naszej subiektywnej mapie pojawiają się nowe punkty orientacyjne (świetne naleśniki, genialna muzyka, ubikacja z muszlą klozetową, a nie z dziurą w ziemi) oraz miejsca, o których na starych mapach pisano: „Nie idź tam, dalej żyją smoki”.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2010-03-22 14:08

    Artykulik super, ale faktycznie brak fotek :)

  • Do moderacji
    2009-10-19 18:55

    Fajny artykuł ale szkoda, że brak fotek !

Autor

  • Edi Pyrek

    Edi Pyrek

    Podróżnik, dziennikarz, terapeuta, specjalista od kreowania wizerunku, autor książek i filmów. Objechał cały świat, ale najbardziej lubi Indonezję, Birmę, Rosję i Stany Zjednoczone.

Ostatnio czytali

  • Redakcja
  • JoJo99
  • bozwie
  • Arvena
  • dorotis
  • ARTI
  • Margarytka
  • belialdk
  • andbaj
  • gilmo
  • oxygenius
  • Szagi
  • mszumlas
  • cubator
  • Lenka
  • barmoty
  • aaleksandraa
  • marafi1

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się