Chiwa

Do Chiwy nie mamy już ochoty jechać koleją. Nie byłoby to zresztą łatwe, ponieważ gdy budowano odcinek transkaspijski, nie istniała jeszcze granica uzbecko-turkmeńska. Obecnie wielokrotnie przecina ona drogę żelazną, co czyni przejażdżkę praktycznie niemożliwą ze względów formalno-wizowych. Pędzimy zatem przez pustynię Kyzył-kum wynajętym busikiem. Mamy okazję, by się przekonać, że Uzbekistan to kraj policyjny. Na szerokich i równych drogach co pewien czas rozstawione są punkty kontrolne. Znudzony funkcjonariusz spisuje dane z paszportów. Adresy zamieszkania? Przecież nie ma ich w paszporcie. „No dobrze, chcesz mi utrudnić życie, to ja nie będę gorszy” – myślę. Pechowy milicjant notuje ze słuchu: Szcze-brze-szyń-ska dzie-sięć, Chrząsz-czów szes-naś-cie, Trzci-no-wa ty-siąc-pięć-set-dzie-więć... Drugi raz nie zapyta Polaków o adres zamieszkania.

Chiwa okazuje się najcichszym i najmniejszym z miast jedwabnych. Z wież minaretów widać stąd granicę Turkmenistanu. Do końca istnienia chanatu, do 1873 r., mieścił się tu największy w Azji targ niewolników. W cenie byli Rosjanie – silni i pracowici osiągali cenę dwóch wielbłądów. Setki kilometrów w każdą stronę ciągną się pustynie Kara-kum i Kyzyłkum. Podziwiamy starówkę, która, otoczona imponującymi murami obronnymi z gliny i piasku, zachowała się niczym wielki skansen. Nie ma tu olbrzymich meczetów, za to całość zachwyca kolorytem, precyzją, intensywnością barw i zgrabnością formy. Wąskie uliczki prowadzą między malowanymi w błękitnych odcieniach domkami, na każdym niemal kroku w niebo wyrasta fantazyjnie zdobiony minaret. Ten przy meczecie Dżuma jest najwyższy w mieście, rozciąga się z niego wspaniały widok na pustynię. Idziemy również obejrzeć efekt niezrealizowanych ambicji chana Chiwy, który nie mógł znieść, że minaret Kalon w Bucharze jest najwyższy w okolicy. Postanowił wszystkich zachwycić i rozpoczął budowę samotnie stojącej wieży o średnicy podstawy 14 m. Do dziś nie wiadomo, jak wysoki miał być minaret Kalta-Minor, bo prace przerwał rosyjski podbój. Niedokończona wieża ma 26 m wysokości. Największe wrażenie robią na mnie jednak nie pojedyncze zabytki, lecz potężny warowny mur otaczający starówkę. W świetle zachodzącego słońca lśni intensywną czerwienią, a najpiękniejsza z jego bram to zachodnia Kuchana Ark. Wieczorem zasiadamy przy stole na dachu naszego hoteliku i popijamy zieloną herbatę. W zadumie patrzymy na Chiwę z góry.

Mojniak

 

To był nasz ostatni przystanek na Jedwabnym Szlaku i początek kolejnej przygody – podróży nad Jezioro Aralskie. Po dniu jazdy autem jesteśmy w miejscowości Mojniak. Tutaj kończy się asfalt, a wraz z nim kończy się świat. Duże miasto portowe nad Jeziorem Aralskim, Mojniak, pozostał tam, gdzie go wybudowano, jednak jezioro... uciekło.

W latach 60. XX w. Chruszczow zapragnął na pustyniach Azji Środkowej założyć największą na świecie plantację bawełny. Do nawadniania upraw potrzebna była woda, którą toczyły z dalekich lodowców Pamiru i Tien-szanu dwie wielkie rzeki Syr-daria i Amu-daria uchodzące do Jeziora Aralskiego. Były tym dla Azji Środkowej, czym Nil dla Egiptu. Przez wieki regulowały rytm życia tej krainy. Na polecenie wodza, łamiąc wszelkie zasady hydrologii, wykopano kanały i wody popłynęły na pustynię. Tak oto absurd komunizmu osiągnął szczyt. Po tej brutalnej ingerencji woda przestała docierać do wielkiego Jeziora Aralskiego, a jego brzeg zaczął się cofać. Obecnie znajduje się ponad 200 km od dawnego portu i wciąż się przesuwa – podobno około dwóch metrów dziennie! Powierzchnia zbiornika zmniejszyła się siedmiokrotnie, a zasolenie wzrosło tak bardzo, że wymarło tu wszelkie życie. W lecie temperatury przekraczają 50°C, w zimie spadają poniżej –40°C. Kiedyś panował tu klimat łagodny. Śnieg nie pada. Ziemia nie wydaje plonów, z miasteczka uciekła większość ludzi. Dzieci mieszkające w Mojniaku ciężko chorują, bo huraganowe wiatry roznoszą z wyschniętego dna trujące nawozy, które spływały kiedyś do jeziora z pól bawełny.

Jezioro istnieje już tylko jako zmniejszająca się plamka na mapie. Zapomniał o nim Uzbekistan, pewne próby ratowania go podejmuje natomiast bogaty w petrodolary Kazachstan. Budowana jest tama Kok-Aral na wąskiej cieśninie między częścią północną a południową zbiornika. W ten sposób może uda się uratować leżące na północy tzw. Małe Morze, zajmujące niecałą jedną dziesiątą powierzchni dawnego jeziora. Kazachstan ogranicza też pobór wody do nawadniania pól. Niestety, Uzbekistan, który nie wydobywa takich ilości ropy naftowej, nie może sobie nawet pozwolić na zmniejszenie upraw bawełny, głównego towaru eksportowego kraju.

Dzień spędzamy w cieniu betonowego budynku. Dziś w wiosce znów nie ma wody, więc nici z orzeźwiającej kąpieli. Wieczorem, gdy temperatura staje się bardziej znośna, idziemy na spacer na pustynię. Mijamy Pomnik Plaży – jedyny chyba taki na świecie. Betonowy obelisk w kształcie żagla symbolizuje dawną morską historię tej pustyni. Kawałek dalej znajduje się cmentarzysko statków. Rybackie kutry nie nadążyły za uciekającą wodą. Przerdzewiałe konstrukcje od lat stoją wbite głęboko w żółty piasek. Wokół leży mnóstwo muszli. To nie legenda, morze było tu naprawdę.

Odnajdujemy Pilajewa, Rosjanina, jedynego mieszkańca wioski, który posiada motocykle. Pracuje dla firmy poszukującej złoża gazu na nowej pustyni Aral-kum. Za 50 dolarów od osoby zgadza się zawieźć sześć osób nad obecny brzeg. Nas jest ośmioro. Ciągniemy losy, tym razem mam pecha. Nie wykąpię się w Jeziorze Aralskim. Przygotowujemy ekwipunek dla ekipy wyruszającej następnego ranka. Przede wszystkim woda, minimum sześć litrów na osobę, i mocny krem z filtrem. Ekipa wraca wycieńczona i spragniona aż 12 godzin po czasie. Relacjonują mi, że przejażdżka na starych radzieckich motorach i przyczepkach przez pustynię jest doświadczeniem ekstremalnym. To tak jakby przez pięć godzin dostawać deską po tyłku. A potem to samo w drodze powrotnej, która okazała się dramatyczna – maszyny nie wytrzymały upału i trzeba je było chłodzić wodą przeznaczoną do picia. Opowiadają też, że woda jeziora jest tak słona, że skóra natychmiast wysycha i okropnie piecze. Warto się jednak poświęcić, wszak to kąpiel w zbiorniku, który najdalej za 20 lat zniknie zupełnie!

Żegnamy Uzbekistan. Przed nami mało ciekawa krajobrazowo podróż koleją przez tysiąc kilometrów pustyni.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2011-07-07 11:40

    Wyprawa niczego sobie:) Fajnie i zachęcająco napisane, Pozdrowienia!:)

  • Do moderacji
    2010-11-30 14:46

    super!!!

  • Do moderacji
    2010-05-14 23:41

    moje marzenie :)

  • Do moderacji
    2010-03-07 21:15

    Całkiem dobry artykulik. Gratuluję wyprawy:)

  • Do moderacji
    2010-03-04 19:10

    Rewelacja:)

  • Do moderacji
    2010-03-03 14:48

    Świetny tekst!

  • Do moderacji
    2010-03-02 13:59

    może też tam pojadę/polecę

  • Do moderacji
    2010-03-02 12:49

    interesujący artykuł

Autor

  • Wojtek Paczos

    Wojtek Paczos

    Lubliniak, ekonomista i podróżnik. Kocha krainy dzikie i dalekie. Przeszedł góry Syberii, Kanady i Alaski, Europy Wschodniej i Azji Centralnej; zdobył Pik Lenina w Pamirze.

Ostatnio czytali

  • Fotograf
  • Gavain
  • Buczas
  • busiek
  • Andrej23
  • arekb
  • milrohir2
  • gilmo
  • Kapa
  • stelmach33
  • astrum89
  • monika085
  • vader74
  • marafi1
  • monika p
  • vietvodao1
  • mdrab91
  • Sheldon
  • Millah

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się