Sudan Południowy. Najmłodsze państwo świata

Sudan Południowy ma dopiero dwa miesiące. I mimo biedy, niebezpieczeństw i absurdów dnia codziennego zaraża optymizmem.

Piękną fontannę mamy, prawda? Nigdy takiej nie widziałem – Tarik, najszerzej chyba uśmiechnięty kierowca motocyklowej taksówki w Dżubie, nie kryje zachwytu. – Szkoda tylko, że nie stoi gdzie indziej, bo tu nie wolno parkować, od razu wlepiają mandat.

Fontanna znajduje się na środku ronda Munuki. Wokół niej cały czas jeżdżą samochody; każdy chce zobaczyć to cudo. Po zmroku woda jest podświetlana, tańczy, mieniąc się kolorami tęczy. Grupa chłopaków pozuje do zdjęć, przybierając pozy „gangsta”. – W końcu będziemy mieć fajne foty na Facebooka. Niech żyje niepodległość! – cieszy się jeden z nich.

Woda w fontannie płynie w obiegu zamkniętym. W domach mieszkańców Dżuby nie płynie prawie wcale. Cysterny, brnąc po wyboistych drogach, codziennie dowożą ją do tysięcy przydomowych zbiorników. Ci, których nie stać na taki luksus, a jest ich większość, biegają z kanistrami do studni. Bogatsze domy można rozpoznać po generatorach prądu. Przerwy w dostawach elektryczności trwają przecież tygodniami. Jeśli rano nie ma zasilania w gniazdkach, znaczy to, że nie dojechało paliwo. Czyli że jutro na stacjach nie będzie benzyny, a jej cena na czarnym rynku dojdzie do granicy absurdu. Odnotowany przeze mnie rekord to 35 zł za półtoralitrową butelkę. Wszystko to dzieje się w kraju, którego złoża ropy oceniane są przez międzynarodowych ekspertów na ponad 5 mld baryłek.

fot. Marcin Suder

Mama Kafoke, którą spotykam na przedmieściach stolicy, uważa, że bogactwa tej ziemi – ropa, diamenty, uran – zawsze były jej przekleństwem. Kobieta pamięta jeszcze czasy kolonialne, a potem pół wieku krwawych starć z Arabami. Straciła trójkę dzieci, ale które w której wojnie? Z wiekiem wszystkie zlały jej się w jedną wielką walkę o przetrwanie. – No i w końcu mamy pokój – mówi wsparta na koślawym kiju przed swoją glinianą chatą, przed którą śmigają terenówki. – Tylko co z tego, skoro wokół mnie dzieje się tyle rzeczy, których nie rozumiem.

Autobus radości

Kiedy cztery lata temu przyjechałam tu pierwszy raz, żeby zrobić materiały dla radiowej Trójki, południowy Sudan był krainą żołnierzy – często pijanych, zachowujących się jak panowie ludzkiego losu. Wszystko było tymczasowe. Także domy sklecone z błota, byle jak, bo zaraz i tak ktoś przyjdzie i zburzy. Mało kto wierzył w pokój. A jednak poznałam Sudańczyków, którzy żyli pełnią. Dla nich było jasne, że życie jest, a potem go nie ma. Proste. Nie marnuje się słów na rozmowy o wydumanych problemach.

Dla mnie po tej podróży nic już nie było takie jak wcześniej. W Polsce nie byłam w stanie robić kolejnego reportażu o sprawach, które zaczęły wydawać mi się nieistotne. Zdecydowałam się rzucić etat w radiu, sprzedać mieszkanie, spłacić kredyt, kupić kamerę. I wrócić do Afryki.

Grudzień 2010 roku. Czerwony autobus z Kampali, stolicy Ugandy, tłucze się po wertepach w stronę granicy z Sudanem. Ścisk potworny, jedzie ze mną kilkadziesiąt osób. Wracają w rodzinne strony, by zagłosować za podziałem największego kraju w Afryce. Wiozą ze sobą klimatyzatory, telewizory i inne luksusy niedostępne na południu Sudanu. Głośno się śmieją, są radośni jak dzieci. Pokojowy podział kraju jest dla nich oczywisty.

Nie podzielam tego optymizmu. Pewnie dlatego, że regularnie karmiona jestem informacjami światowych mediów, które przepowiadają wybuch kolejnej wojny. Na dodatek w nocy dopada nas burza. Stroboskopowe światło błyskawic rozświetla spływającą w deszczu zieleń północnej Ugandy. Mam wrażenie, że zaraz zza drzewa wyskoczy dziecko z karabinem. Kierowca autobusu dobrze zna tę trasę. Jeździł nią wówczas, gdy Armia Bożego Oporu (LRA), fanatyczna partyzantka, po obu stronach granicy mordowała całe wioski i porywała dzieci, siłą wcielając je w swoje szeregi. Mężczyzna nerwowo żuje liście khatu. I dociska pedał gazu.

Kiedy o poranku autobus przekracza granicę i pędzi po zaskakująco dobrej drodze, mój sąsiad Patric Nano ma łzy w oczach. Z Sudanu uciekł 20 lat temu, dziś ma obywatelstwo Stanów Zjednoczonych. Mimo że stać go na samolot, wybrał autobus. – Chcę się dokładnie przyjrzeć swojej ojczyźnie – mówi. Po chwili inni pasażerowie, jak się okazuje, z paszportami Kanady, USA, Ugandy i Kenii, zaczynają skandować po angielsku: South Sudan! Oyeee! Separation! Oyeee!

Dwa tygodnie później 98 proc. mieszkańców Południa opowiada się za separacją. Po pół roku, 9 lipca 2011 r., powstaje nowe państwo – Republika Sudanu Południowego. Świętowanie rozpoczyna się w noc przed ogłoszeniem niepodległości. Nigdy w życiu nie widziałam takiej radości w tak czystej postaci.

Czarodziejska góra

W najmłodszym państwie świata mieszka osiem milionów ludzi. Urzędowym językiem jest angielski, większość posługuje się jednak tutejszą wersją arabskiego, niezbyt zrozumiałą nawet dla Arabów. Do tego dochodzi ponad 60 języków lokalnych, główne to Dinka, Nuerów, Bari. To ostatnie plemię słynie z przywiązania do ziemi (w przeciwieństwie do innych grup etnicznych, dla których cenniejsze jest np. bydło) i uważa, że roszczenie sobie praw do cudzego pola jest ciężkim grzechem. Słusznie. Problem w tym, że to właśnie Bari zajmują obszary, na których znajduje się Dżuba. W efekcie ceny działek są tu wyższe niż w Europie. Rząd Sudanu Południowego chciał nawet przenieść stolicę do Ramciel w stanie Lakes, ale pomysł budowania stolicy w środku buszu, gdzie nie ma dosłownie nic, włącznie z drogą, wydał się potencjalnym inwestorom i Bankowi Światowemu zbyt śmiały. Idea na razie upadła.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Materiały powiązane

  • Artykuł

    Południowy Sudan - kruchy pokój

    Południowy Sudan - kruchy pokój

    Pewnego dnia przed kilku laty, zanim wojna domowa rozpętała się na dobre, Logocho stanął u wejścia do chaty z trawy, zerkając do środka. Nagle z wnętrza wyskoczył ojciec, złapał Logocho i przy pomocy starszego chłopaka przydusił go do ziemi.

Dodaj komentarz

Autor

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się