Pozdrowienia z... Iraku

Już drugą godzinę próbujemy złapać stopa w stronę Iraku. Powracają obawy sprzed podróży – czy to aby nie nazbyt śmiała próba dotarcia do kraju, w którym codziennie wybuchają bomby

Jedziemy w 10 osób i mamy tylko 150 dol. Nie uspokaja mnie zatrzymujący się w końcu tir. Kurd, który go prowadzi, nie szczędzi Turkom cierpkich słów. Kolega wygodnie rozkłada się na pryczy za kierowcą – a więc to ja będę musiał czuwać. Nie ucichły jeszcze echa zeszłorocznego morderstwa autostopowiczki w Turcji. Poza tym zbliżamy się do strefy dotkniętej wojną od ponad 30 lat, swoje robią też legendy i ogólne podekscytowanie na myśl o słowach „terroryści” czy „Irak”.  

Rejon południowej Turcji opustoszał wraz z wybuchem na tych terenach wojny partyzanckiej, a w zasadzie za sprawą przymusowych przesiedleń wieśniaków oskarżanych o pomoc rebeliantom. Jeśli jest to aspirujący do Unii Europejskiej kraj, to wyobrażam już sobie, czego będę świadkiem w Iraku.

Kierowca zostawia nas w Cizre, stąd już tylko kilkanaście kilometrów do gra-nicy. Samo miasto – choć smutne i szare – ma jednak ten zapomniany orientalny urok. Najpierw spotykamy się z towarzyszącymi nam Czechem i Estończykiem, w czwórkę stanowimy pierwszą grupę naszej ekspedycji. Postanawiamy nie czekać na innych, tylko od razu zbadać możliwości dotarcia do granicy. Wkrótce pojawiają się taksówkarze i zaczynamy ostre negocjacje, choć cena nie wydaje się wygórowana. Jeden z nich obiecuje nas zabrać aż do Zachu (co okaże się nieprawdą). Pakujemy się do samochodu. Mijamy Silopi, ostatnie tureckie miasteczko na naszej drodze do Iraku. Pełno na niej ciężarówek, bo mimo że Ankara nie uznaje autonomicznego rządu kurdyjskiego, handel między Turcją a północną częścią Iraku kwitnie. Docieramy wreszcie do przejścia granicznego. Ponieważ w pakiecie jest nie tylko przejazd taksówką, ale też załatwianie przez kierowcę formalności, dzielimy się między sobą wrażeniami i oczekiwaniami. Obawiamy się rebeliantów, długiego stania na granicy, widoków nędzy i wrogości turecko-kurdyjskiej. Tymczasem przedstawiciele obu nacji zgodnie ze sobą współpracują i czeka nas ledwie kilkuminutowa rozmowa z granicznikiem (który z pobłażliwym uśmiechem przyjmuje zapewnienie o naszych czysto turystycznych powodach podróży). Od tego momentu już wiemy, że podróż po kurdyjskiej części Iraku będzie dla nas nieustannym łamaniem stereotypów – czasem negatywnych, a czasem nie.

STEREOTYP 1 – BEZPIECZEŃSTWO: TO NIE JEST KRAJ DLA MŁODYCH (EUROPEJCZYKÓW)

O tym, że w tej części Iraku Amerykanie nie toczą walk z terrorystami, wiedzieliśmy od dawna. Mogliśmy się obawiać jedynie uzbrojonych grup rebeliantów, którzy organizują się w irackich górach do walki z państwem tureckim. Ale tylko raz usłyszeliśmy wystrzał z broni palnej. Nie pociągnął za sobą kolejnych, więc z pewnością był zakończeniem jakiejś prywatnej waśni. Nawet gdy zdezorientowani wylądowaliśmy pośrodku najruchliwszej ulicy w Dahuku, nikt nie zwracał na nas uwagi. Lata koegzystencji pomiędzy Kurdami, Arabami i Turkmenami przyzwyczaiły mieszkańców miasta do widoku różnych ras i nacji. Życie toczy się tu wartko, na ulicach mnóstwo drobnych handlarzy, peszmergów (kurdyjskich bojowników) w tradycyjnych strojach, kobiet w chustach i z odkrytymi głowami, młodych Kurdów przybyłych z Europy. Gdyby nie kolory, zapachy i całkowita wolność w relacjach kierowca–przechodzień rzeklibyśmy, że to europejskie miasto.

Najbardziej uderzyła nas niesłychana ufność, z jaką traktuje się obcych. Drzwi domostw nigdy nie są zamykane, można wejść i zostać, jak długo się chce. Z pewnością jest to też najłatwiejsze miejsce do podróżowania autostopem. Nigdy nie zdarzyło nam się czekać dłużej niż kilka minut, no chyba że na drodze nie było zupełnie nikogo. A i to nie do końca. Za przykład niech posłuży historia, jaką przeżyliśmy w drodze z Dahuku do Irbilu. Odcinek tej trasy biegnący przez Barzan to najpiękniejszy fragment kurdyjskiego Iraku, pełen wąwozów, rwących rzek i bajecznych skał na zboczach strzelistych gór. Podjęliśmy więc decyzję o rozbiciu namiotów w górach, aby choć przez jedną noc poczuć prawdziwy dreszczyk emocji kojarzony w Irakiem. Ale nie było ani dzikich zwierząt, ani terrorystów. Rankiem obudziło nas stado dzikich koni. Zwinęliśmy obóz i wyszliśmy z lasu. Nadjeżdżał jakiś samochód i jeden z nas od niechcenia podniósł rękę. Młody urzędnik w turbanie zabrał nas wszystkich dziesięciu do swojego pikapa. Mieliśmy szczęście, bo innego samochodu na tym odcinku drogi już nie widzieliśmy…

Problemem autostopu jest to, że nigdy nie ma pewności, czy trafi się tam, gdzie potrzeba. W pewnym momencie naszej wyprawy znaleźliśmy się zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Mosulu znajdującego się już w sunnickiej części Iraku. Według statystyk biały człowiek przeżywa w tym mieście średnio 11 min (!). Po raz pierwszy ogarnął nas nie strach, ale panika – bo wiedzieliśmy, że w żadnym wypadku nie należy przekraczać granicy z sunnicką częścią Iraku, wybierać się w góry ani udawać się w kierunku Kirkuku lub Mosulu!

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Materiały powiązane

  • Artykuł

    Dziedzictwo Mahometa

    Dziedzictwo Mahometa

    Przyglądając się światu islamu, z pozoru wszędzie widzi się ten sam obraz: meczety, głos muezina, modlący się tłumnie ludzie, zakutane w chusty kobiety. W Europie, w Azji, Afryce i Ameryce. Zdawać by się mogło, że islam wszędzie jest jednakowy, od Atlantyku po Zatokę – jak mówią muzułmanie, określając cały swój świat. To złudzenie.

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2011-07-06 12:44

    Zaczne od tego ze jeśli Melek ma powrócic na ziemię pod postacią pawia, to zapewne jako ptak dogada sie z Duchem Swiętym, który jest gołębiem, a moze i nawet z Jezusem, który powroci pod postacia baranka. Yezideh nie mają zakazu wjazdu do zadnego miasta, bo miałam okazję widzieć ich na południu, w Hewler. Ze strony kurdów nie grozi im zadne niebezpieczeństwo - wszelkie akty terroryzmu sa autorstwa arabskich muzlumanów. miasto do którego chcieliście jechac nazywa się Zakho (jeśli koniecznie spolszczyc na siłę, Zaho, ale na pewno nie Zachu), to w którym byliscie to Duhok (pomijając kwestię, ze "u" praktycznie sie nie wymawia) - a nie Dohuk. i miasta te znajduja sie w Południowym Kurdistanie, nie w Iraku. Poza tym przeczycie troche sami sobie - pisząc najpierw, ze Kurdowie nie sa goscinni (jeśli nie byli wobec was, to tylko znaczy, ze z wami cos było nie tak), a potem piszecie, ze wygórowana cena za taksówkę była jedynym rozczarowaniem, co do gościnności. A jęsli juz o to chodzi, to co powiedziec o polskich taksowkarzach, którzy bez skrupulów doją nie tylko obcokrajowcow, ale nawet rodaków, jesli są przyjezdni i n ie znaja topografi miasta. ale zastanawiam sie czy to mozna traktowac jako wskaznik goscinności. ten pan (i wielu innych) ma "kantor" na stoliczku w srodku zatłoczonego bazaru, ponieważ zwyczajnie nie boi sie, ze go ktoś okradnie. Aha! polacy ktorzy chcą jechac do Kurdistanu nie potrzebuja wizy (do Iraku owszem, ale nie do Kurdistanu - tam mozecie wjechac na sam paszport).

  • Do moderacji
    2011-07-06 12:44

    Zaczne od tego ze jeśli Melek ma powrócic na ziemię pod postacią pawia, to zapewne jako ptak dogada sie z Duchem Swiętym, który jest gołębiem, a moze i nawet z Jezusem, który powroci pod postacia baranka. Yezideh nie mają zakazu wjazdu do zadnego miasta, bo miałam okazję widzieć ich na południu, w Hewler. Ze strony kurdów nie grozi im zadne niebezpieczeństwo - wszelkie akty terroryzmu sa autorstwa arabskich muzlumanów. miasto do którego chcieliście jechac nazywa się Zakho (jeśli koniecznie spolszczyc na siłę, Zaho, ale na pewno nie Zachu), to w którym byliscie to Duhok (pomijając kwestię, ze "u" praktycznie sie nie wymawia) - a nie Dohuk. i miasta te znajduja sie w Południowym Kurdistanie, nie w Iraku. Poza tym przeczycie troche sami sobie - pisząc najpierw, ze Kurdowie nie sa goscinni 9jeśli nie byli wobec was, to tylko znaczy, ze z wami cos było nie tak), a potem piszecie, ze wygórowana cena za taksówkę była jedynym rozczarowaniem, co do gościnności. A jęsli juz o to chodzi, to co powiedziec o polskich taksowkarzach, którzy bez skrupulów doją nie tylko obcokrajowcow, ale nawet rodaków, jesli są przyjezdni i n ie znaja topografi miasta. ale zastanawiam sie czy to mozna traktowac jako wskaznik goscinności. ten pan (i wielu innych) ma "kantor" na stoliczku w srodku zatłoczonego bazaru, ponieważ zwyczajnie nie boi sie, ze go ktoś okradnie. Aha! polacy ktorzy chcą jechac do Kurdistanu nie potrzebuja wizy (do Iraku owszem, ale nie do Kurdistanu - tam mozecie wjechac na sam paszport).

  • Do moderacji
    2011-02-24 17:43

    Z ciekawością przeczytałam tak lekko i zgrabnie napisany reportarz podróży. Gratuluję. Mnie interesowoby podanie bliżej czasu, kiedy tą podróż odbyłeś. Pozdrawiam - Jadwiga

  • Do moderacji
    2011-02-23 19:06

    Świetny artykuł!!!

Autor

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się