Pozdrowienia z... Alaski

13 grudzień 2011
Pozdrowienia z... AlaskiFot. Marcin Matyja. Nocleg w Denali

Podczas tego wyjazdu była opcja work i travel, byli polscy studenci i amerykańscy rybacy, były białe noce oraz noce na lotnisku.

Relacja zwycięzcy konkursu Zostań Dziennikarzem Travelera ogłoszonego we wrześniowym wydaniu.

Po wylądowaniu w Anchorage zaskoczyła mnie jedna rzecz. Było widno, mimo że wszystkie zegary na lotnisku uparcie wskazywały pierwszą w nocy. – Dziś najdłuższy dzień w roku – przypomniał zapytany przez mnie taksówkarz. Faktycznie, zapomniałem, latem noce na Alasce są naprawdę krótkie, a właściwie to nie ma ich wcale. Po prostu późny zmierzch przechodzi od razu we wczesny świt.

Work, czyli na południe

Kolejne zaskoczenie przyszło już następnego dnia, kiedy udałem się do miejscowego urzędu w celu wyrobienia numeru SSN (Social Security Number) niezbędnego do podjęcia pracy w Stanach – zgodnie z planem większość mojego wyjazdu miała wypełnić opcja work. Spodziewałem się spotkać kilku Polaków, bo z biura pośrednictwa, w którym załatwiałem kontrakt, leciało sporo polskich studentów. To, co zastałem na miejscu, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Ojczysty język słyszałem dosłownie wszędzie, a prawie każda grupa osób, jakie zagadywałem, okazywała się polskimi studentami z programu work&travel. Pochodzili z różnych miast, korzystali z pomocy różnych pośredników i lecieli do różnych przetwórni, ale wszyscy mieli podobne priorytety. Jak najwięcej zarobić, jak najwięcej zwiedzić i najlepiej jeszcze jak najwięcej zaoszczędzić. Zwłaszcza dwa ostatnie cele wydają się sprzeczne, ale wszyscy starali się wierzyć, że uda się je pogodzić. W końcu to miał być nasz American Dream.

Ice Museum

Jeśli o mnie chodzi, to także nie był to wyjazd planowany od lat, który miał być przygodą życia. Chodziło o kasę. Pomysł podróży na Alaskę pojawił się spontanicznie, kiedy przeglądałem w internecie oferty pracy wakacyjnej dla studentów. Przypadkowo trafiłem na stronę biura oferującego zatrudnienie w przetwórniach rybnych na Alasce. Czemu nie, pomyślałem? Nie raz już wyjeżdżałem pracować za granicą, ale tylko w krajach Europy. Stwierdziłem, że czas wyruszyć dalej. W pośpiechu zdałem egzaminy letniej sesji, spakowałem się, przybyłem do Anchorage, wyrobiłem SSN i poleciałem dalej, do pracy. Tak, poleciałem, bo większość przetwórni jest zlokalizowanych na południowym wybrzeżu Alaski. Jeżeli już ktoś przybywa tutaj do pracy sezonowej akurat w tej branży, to z reguły z Anchorage udaje się na południe i z reguły samolotem. Tamtejsze odległości różnią się od tych, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce, a słowo „daleko” nabiera nowego znaczenia.

O samej pracy nie będę się rozpisywał. Zdradzę tylko, czego nie było, a co było w przetwórni, do której trafiłem. Nie było: zasięgu telefonicznego, internetu, radia, telewizji. Co było? Łososie. Kropka.

Travel, czyli na północ

Czas na opisanie opcji travel. Chociaż była krótsza niż work, to zdecydowanie bardziej intensywna i ciekawsza oczywiście. Przyznam, że zawsze ciągnęło mnie na północ. Nie przypominam sobie, żebym marzył o podróży w tropiki i leżeniu pod palmą. Myślałem raczej o wyprawie na Syberię, Spitsbergen, Grenlandię, Alaskę. No właśnie, Alaskę. W końcu miałem szansę zrealizować pierwszy z tych, nazwijmy to północnych projektów.

Najpierw jednak samo Anchorage. Jego zwiedzanie zacząłem od... lotniska. Nie, to nie było planowane. Tak wyszło. Po powrocie z kontraktu razem z resztą grupy nie mieliśmy ochoty szukać noclegu w środku nocy, postanowiliśmy więc spędzić noc w porcie lotniczym. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie przemiły kobiecy głos, który co pół godziny informował ze wszystkich głośników, że the local time is... i przy okazji nas budził.

Następnego dnia drogi wszystkich się rozeszły. Ja zostałem w Anchorage kilka dni, zanim wyruszyłem na północ. Rozpocząłem od ulubionego miejsca spacerów i rekreacji mieszkańców – długiego na 11 mil szlaku biegnącego brzegiem oceanu. Przy dobrej pogodzie można ponoć stamtąd zobaczyć Mount McKinleya. Niestety mimo niezłej pogody nie udało mi się go dostrzec. Kiedy później podróżowałem po Alasce, w wielu miejscach słyszałem zapewnienia, że widać z nich najwyższy szczyt Ameryki Północnej. Wyciągnąłem z tego wniosek, że chyba z każdego miejsca na Alasce jest on widoczny.

Denali

Zatrzymałem się w Earthquake Park, gdzie znajduje się wystawa poświęcona trzęsieniu ziemi, jakie nawiedziło Alaskę w 1964 r. Spowodowało ono ogromne zniszczenia, gdyż jego siła wynosiła aż 9,2 stopnia w skali Richtera. Ponieważ wydarzenie miało miejsce w Wielki Piątek, trzęsienie to bywa nazywane trzęsieniem wielkopiątkowym.

Później wybrałem się do Muzeum Lotnictwa położonego niedaleko portu lotniczego. Jego ciekawe zbiory przedstawiają m.in. pierwszy w historii przelot nad biegunem północnym oraz tzw. loty przyjaźni, które miały miejsce w latach 80. XX w. Samolot startował na jednym brzegu Morza Beringa, czyli na Alasce, a lądował na drugim, czyli w ówczesnym Związku Radzieckim. Był to wyraźny znak odwilży w epoce Reagana i Gorbaczowa. Spora część wystawy poświęcona jest także ciężkim walkom, jakie Amerykanie toczyli z Japończykami w czasie II wojny światowej o Wyspy Kurylskie.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się