Pod dachem świata Everest

19 czerwiec 2009


Wyjście w środku nocy ze śpiwora okazuje się trudnym zadaniem, zwłaszcza, że na zewnątrz jest okropnie zimno! Gorąca herbata, lekkie śniadanie i ruszamy. Najgorszy odcinek przypada na początku – musimy wspiąć się po stromych skalnych płytach, które przysypane świeżym śniegiem stały się okropnie śliskie. W pewnym momencie słyszymy przerażający krzyk: „Spadaaaam!” i widzimy jednego z kolegów, ostatniego w naszym czteroosobowym zespole, osuwającego się w przepaść. Na szczęście jesteśmy związani liną, kończy się tylko na strachu i siniakach.

Kiedy wychodzimy na grań, zaczyna świtać. O wschodzie słońca robimy przerwę na herbatę z termosu i czekoladowe batony. Widok porannych mgieł w dolinach i ośnieżonych wierzchołków z różowym niebem w tle sprawia, że przestajemy narzekać i twierdzić, że trzeba być nienormalnym, aby tak się męczyć. Po lodowcu idzie się łatwiej, bo są poręczówki, ale coraz bardziej daje się we znaki wysokość. Serce łomoce jak oszalałe, co kilkanaście metrów trzeba regulować oddech. Mamy pecha z pogodą. Kiedy wchodzimy na szczyt, nie widać dosłownie nic!

– Tam jest Everest. To znaczy, powinien być – poprawia się towarzyszący nam Szerpa. Niestety, zejście w dół nie idzie tak sprawnie, jak zakładaliśmy. Owszem, zjeżdżając na linie, szybko tracimy wysokość, ale po zdjęciu raków i spakowaniu lin, kiedy wydaje się nam, że już czujemy zapach gotowanej w obozie zupy, błądzimy. Potwierdza się stara prawda: zdobycie szczytu to jeszcze nie sukces – trzeba z niego szczęśliwie wrócić.

Rano zwijamy obóz i rozpoczynamy odwrót do Lukli. Powrót jest dużo szybszy, zajmuje nam trzy dni (nocujemy w Pangboche i Namcze Bazar). Odważamy się wreszcie spróbować domowej roboty piwa zwanego chhang. Siadamy przed jedną z chat, a gospodyni wynosi nam plastikowy dzbanek napełniony jasnożółtą cieczą. Smak? Cóż, jest tak gorąco, że możemy wypić każdy płyn.

Tuż przed Luklą widzimy tablicę informującą, że jeśli mamy niepotrzebne leki, to miejscowy punkt medyczny chętnie je przyjmie. Świetny pomysł – nam będzie lżej, a leki przydadzą się biednej, odizolowanej od cywilizacji ludności. Robimy przegląd naszych apteczek i kompletujemy całą reklamówkę różnych medykamentów. Do Lukli docieramy na tyle późno, że nie ma już żadnych samolotów do Katmandu. Nawet się cieszymy – po dwóch tygodniach spędzonych w górach wcale nam się nie śpieszy do zgiełku dużego miasta.

Pierwszym rannym samolotem wracamy do nepalskiej stolicy. Na jej zwiedzanie mamy dwa dni. Odwiedzamy w tym czasie stupę Bodnath – ogromną białą budowlę z namalowanymi „wszechwidzącymi oczami Buddy”, obwieszoną chorągiewkami modlitewnymi. Za przykładem licznych pielgrzymów obchodzimy ją zgodnie z ruchem wskazówek zegara, obracając młynki modlitewne. Wkładam w to dużo energii, bo intencję mam istotną: chcę wrócić na himalajskie szlaki, a kiedyś zdobyć też Mount Everest.

 

Choroba wysokościowa

Po angielsku nazywa się ją HAS (High Altitude Sickness). Jej powodem jest brak dostatecznej aklimatyzacji, czyli problem z przystosowaniem się organizmu do wysokości, głównie na skutek niedotlenienia (im wyżej, tym coraz niższe tzw. ciśnienie parcjalne tlenu w powietrzu). Każdy organizm inaczej reaguje na wysokość, przy czym nie ma reguły, komu bardziej uprzykrzy życie – wiotkiej dziewczynie czy wysportowanemu mężczyźnie. Początkowe objawy to ból głowy, apatia, brak apetytu, mdłości przechodzące w wymioty, senność albo odwrotnie – problemy ze spaniem. W skrajnej postaci może dojść do niebezpiecznych dla życia obrzęków płuc i mózgu, a jedynym ratunkiem dla chorego jest wówczas jak najszybsze sprowadzenie go lub zniesienie na niższe wysokości i, jeżeli to możliwe, podanie tlenu. Żeby się odpowiednio zaaklimatyzować, trzeba przede wszystkim właściwie zaplanować trasę. Różnica wysokości pomiędzy kolejnymi noclegami w drodze do bazy pod Everestem nie powinna przekraczać 400–500 m. Należy też zaplanować przynajmniej dwa przystanki aklimatyzacyjne (zostajemy wtedy w jednym miejscu na dwie noce, odpoczywając lub robiąc wycieczki po okolicy). Bardzo ważne jest też, aby iść nie za szybko i dużo pić, choćby z rozsądku (na dużych wysokościach normą powinno być 4–5 litrów w ciągu doby). Zdaniem niektórych pomaga łykanie aspiryny (rozrzedza krew), Szerpowie polecają zupę czosnkową. Na temat brania leków (Diamox, Diuramid) opinie są podzielone, lepiej skonsultować to z lekarzem. Jeżeli je zażywamy, pamiętajmy, że działają odwadniająco, co oznacza częstsze oddawanie moczu i konieczność uzupełniania płynów.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Autor

  • Monika Witkowska

    Monika Witkowska

    Podróżniczka, zapalona żeglarka i miłośniczka gór. Zjeździła wszystkie kontynenty, odwiedziła również Tanzanię i – oczywiście – zdobyła Kilimandżaro.

Ostatnio czytali

  • artur
  • JoJo99
  • ew24
  • Sokolowski
  • pierzgal
  • Phiotro
  • AnnaM
  • EWELINA
  • nafisss
  • te_em
  • WOREWIE
  • pysia1976
  • Olenka
  • Bartek
  • k_panek
  • KasiK
  • malek
  • patt1989
  • G.Miderski
  • bianconeri
  • jola_g
  • s3quin
  • gaga
  • Bog_danek

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się