Mongolia - w bezmiarze przestrzeniZdjęcie: shutterstock.com

Potomkowie Czyngis-chana żyją w zgodzie z surową stepową przyrodą i dbają, by była dla nich jak najłaskawsza.

Dokąd jedziecie? Do Mongolii? Przecież tam nic nie ma. Tylko step! – dopytuje się z niedowierzaniem białoruski celnik w Terespolu. No właśnie: wspaniały, szeroki step. I pustynia, i zaskakująca Europejczyka kultura nomadów zamieszkujących ten wielki azjatycki kraj wciśnięty między dwa mocarstwa.

Pięć dni spędzam w wagonie płackartnym Kolei Transsyberyjskiej. Pieczę sprawuje tu prowadnica – władczyni klucza do zamykanej na każdej stacji toalety. W wagonie stoi samowar z wrzątkiem, na dworcach babuszki sprzedają jedzenie, lody i zimne piwo. Im bardziej zbliżam się do Bajkału, tym więcej mam okazji do kupna pożywnych orzeszków z limby (przekornie nazywane cedrowymi) i ryb – bajkalskich omulów i chariusów.
W transsibie obowiązuje swoista etykieta. Każdy zagadnięty (i zagadujący) ma niepisany obowiązek opowiedzieć o swojej rodzinie (w szczegółach) i o pracy (ogólnie) oraz poczęstować się wzajemnie – najlepiej domowym – przysmakiem. „Ludzie imperium” w podróży wyciągają z pamięci niemiłosiernie pokręcone życiorysy. Niektóre chciałoby się szybko zapomnieć, zwłaszcza wojenne wspomnienia żołnierzy.
Pociąg żyje własnym życiem, a odległości odmierzane są dniami jazdy. Na wszystkich rozkładach obowiązuje czas moskiewski, mimo że za oknem ciągle się on zmienia i rozciąga jak guma. Po kilku dniach czas „w środku” (transportu) i poza nim różni się już o 4–5 godzin. Siedzący obok mnie mężczyzna, który wybrał się do kolegi na grilla, twierdził
z rozbrajającą prostotą: – To przecież niedaleko. Tylko dwie doby w jedną stronę.
Udaje mi się nawiązać pierwsze kontakty z Mongołami. Powoli przyzwyczajam się do ich mowy, ale część artykułowanych przez nich dźwięków wydaje mi się zupełnie nieprawdopodobna. Na przykład popularne mongolskie potwierdzenie, coś w rodzaju naszego „no” albo „taaa”, brzmi jak „thhh”, i to na wdechu! Do Rosji Mongołowie podróżują koleją, głównie w celach handlowych. Upychają gdzie się da wielkie toboły i wciskają je na półki mniej obładowanych podróżnych. Dostaję jakieś paczki z ubraniami i lekarstwami. Początkowo niechętny, po męczących namowach z rezygnacją przystaję na schowanie nad moim łóżkiem kilku pakunków. Zresztą wiem, że sprzeciw nie ma tu racji bytu. Działa jedynie do najbliższej drzemki, po której toboły same wędrują na półkę. Współpraca jednak okazuje się owocna, handlarze w rewanżu pomagają mi przekroczyć granicę w możliwie najtańszy sposób: samochodem do przejścia w Kiachcie, a stamtąd busem do Suche Bator – pierwszego mongolskiego miasta. Potem znowu kupuję bilet kolejowy.
Nocny pociąg do Ułan Bator różni się od transsibu ceną i nasileniem wrażeń. Jest tani, kosztuje jedynie kilka tysięcy tugrików (3–5 dolarów), ludzi tu więcej niż miejsc, a tobołów więcej niż ludzi.
Ułan Bator wita mnie przyjemnym, rześkim powietrzem z pobliskich gór. Pierwsze zetknięcie z mongolskimi taksówkarzami to test na umiejętność targowania się bez znajomości języka. Tu lingua franca staje się rosyjski. Taksówki na szczęście są tanie. Koszt przejazdu w obrębie miasta zazwyczaj nie przekracza 3–4 dolarów. Ląduję z towarzyszami w guesthousie blisko centrum, w podłej dzielnicy otoczonej jurtowymi slumsami.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Materiały powiązane

Dodaj komentarz

Autor

Ostatnio czytali

  • pierzgal
  • busiek
  • s3quin
  • Eathan
  • artkost

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się