Mali

30 lipiec 2010


Ciekawe, jak wiele nam potrzeba na trzy dni podróży: sterty puszek, zgrzewek wody mineralnej, plastikowa lodówka, cola, piwo, nasze bagaże, maski Dogonów... Wczesnym rankiem tragarze rozładowują wózek przyciągnięty przez osiołka z naszego hotelu, ja nadzoruję ich, przeliczając, czy nic nie zginęło, niczym Livingstone przed kilkumiesięczną ekspedycją. Już parę godzin po wypłynięciu z portu natrafiamy na wioski, gdzie nagie dzieci biją się o nasze puste butelki po wodzie mineralnej. Ich okrzyk „bidon! bidon!” towarzyszy nam przez resztę podróży.

Płyniemy, kołysani nurtem rzeki. Kolonialna przejażdżka, jest czas na lekturę. Dopiero teraz zaczynamy łapać malijski rytm, nie denerwować się, nie żądać więcej akcji, nie chcieć szybciej, bo szybciej się nie da. I tak wyprzedzamy przeładowane łodzie wiozące ludzi na targ do sąsiedniej wioski czy te z dziurawymi żaglami zrobionymi z worków po ryżu Usaid. Wschody i zachody, baobaby, coraz bardziej wysuszony krajobraz, gdzie wydmy zastąpiły pola uprawne, a wielbłądy Tuaregów – krowy Fulani. Po porannej bagietce i rozpuszczalnej nescafé wędrujemy wąską burtą na rufę do niewygodnej wygódki, a wieczorem kładziemy się na plecionym dachu łódki i liczymy miliony przesuwających się nad nami gwiazd. Światło dnia, zwłaszcza gdy wpływamy na rozlewiska jeziora Débo, wypala wszystko, mleczna biel nieba zlewa się z wodą, jesteśmy zawieszeni w białej pustce. Sternik mówi coś o hipopotamach, rzeczywiście, gdzieś tam wystają z wody czarne łby. Lepiej nie podpływać zbyt blisko, spotkanie z nimi grozi śmiercią.

Trafiamy do Niafounké, typowego miasteczka nad Nigrem. Uzupełniamy zapasy oleju napędowego i robimy ostatni dłuższy postój przed Timbuktu. Merem był tu do niedawna, do swej śmierci, genialny malijski muzyk, Ali Farka Toure. Mimo światowej sławy, mieszkania w Paryżu i fortuny, jakiej dorobił się na muzyce, wolał wrócić w rodzinne strony, gdzie nie dochodzi nawet porządna droga i spędzać czas z bliskimi, grać na swej gitarce, na werandzie zasypywanej piaskiem z Sahary. Respekt, panie Toure.

Do samego Timbuktu nie da się dopłynąć. Port jest w oddalonym od niego o 8 km Korioume. Mimo nocy to jazda jak przez piekarnik.

Timbuktu to niepozorne z wyglądu miasto. Ani to koniec świata – przed nami droga przez pustynię do Gao i dalej, do Niamej w Nigrze – ani centrum kultury Tuaregów. Tym jest raczej Kidal położony bliżej algierskiej granicy. Kiedyś był tu wielki ośrodek akademicki. W bibliotekach przechowywano 150 tys. liczących setki lat manuskryptów dzieł literackich i podręczników do nauk ścisłych. Jednak pozostałość dawnej świetności przykrywają piach i plastikowe czarne worki przeżuwane przez kozy.

Jedząc zakurzone bagietki, opędzamy się od sprzedawców tuareskich mieczy i krzyży Agadezu. Nocą ruszamy na wielbłądach na wydmy, kilkanaście kilometrów poza obrzeża Timbuktu. Klasyka pustynnej turystyki: słońce zachodzi, prowadzący stado przewodnik ćmi fajeczkę z koziej kości, koło nas rozładowuje swój solny transport karawana, która przybyła z odległych kopalni w Taoudenni. A na zakończenie – impreza w obozowisku nomadów. Piękna noc, wiatr z głębi pustyni zasypuje nasze talerze. Zamiast typowej tutaj kolacji z ryżem, piaskiem i sosem, piach zgrzyta w czymś ekstra: zaserwowano nam całego grillowanego barana. Urywamy kawały mięsiwa i jemy je na klęczkach. Koło ogniska tuareskie kobiety rozpoczynają tinde. Klaszczą w dłonie, biją w małe bębenki, śpiewają, przeważnie o obecnych i nieobecnych facetach, dużo w tym żartu i społecznej krytyki. Nasi przewodnicy, nieco zażenowani, rechoczą. Warto wrócić tu w styczniu, kiedy Festiwal Pustyni gromadzi na jednej scenie artystów jak te kobiety, lokalne gwiazdy oraz bluesmanów z USA czy takich muzyków jak Manu Chao. Wszystko w miejscu, do którego nie prowadzi żadna droga.

Ostatni etap naszej podróży to pustynia. Jedziemy półtora dnia z Timbuktu wzdłuż rzeki Niger szlakiem znanym z bandyckich napadów.

Po drodze nocujemy w glinianej wiosce, gdzie dzieciaki z plemienia Songhai otaczają nas ciasnym kręgiem. Biali nie pojawiają się tu zbyt często. Nagle powstaje małe zamieszanie, wskazują na koszulkę jednego chłopca, na której widać portret Davida Beckhama, a potem na moją fryzurę. W końcu najodważniejszy łamaną francuszczyzną pyta, czy to ja jestem na koszulce. Dojechaliśmy kawałek poza granicę świata popkultury. Znajduje się ona sto mil na wschód za Timbuktu.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Materiały powiązane

  • Artykuł

    Kochankowie z Afryki

    Kochankowie z Afryki

    Wodaabe zniesie każdy wysiłek, by podczas festiwalu Gerewol zdobyć tytuł najpiękniejszego mężczyzny. Jeśli nawet nie zwycięży, zawsze ma szansę, że jedna z kobiet wybierze go sobie na kochanka.

  • Artykuł

    Plemiona

    Plemiona

    Indianie Yanomami budują owalne domy średnicy 50 m, w których żyje kilkanaście lub kilkadziesiąt rodzin, a każda urządza się wokół własnego ogniska. Takie wioski przemieszczają się, uciekając przed wrogami, w poszukiwaniu kobiet lub zwierzyny.

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2010-08-01 11:05

    bardzo fajne miejsce ,ciekawie opisane i do tego fajna pierwsza fotka;) ta z chłopakiem na łódce

  • Do moderacji
    2010-08-01 07:14

    wspaniałe miejsce....rewelacyjny artykuł

Autor

Aktualności

Blogi NG

  • LosWiaheros

    Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...

  • LosWiaheros

    Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się