Petra, wykuta w różowych skałach nieziemska stolica królestwa Nabatejczyków, to magnes, który działa na wyobraźnię milionów ludzi. mnie przyciągnęła w sierpniu, najgorętszym miesiącu w roku, i stała się pretekstem do poznania innych, niezwykłych atrakcji tego kraju.
Trzeba być odrobinę szalonym, by w środku lata wybrać się do Jordanii. Mam tylko nadzieję, że 7-dniowy pobyt w tym kraju dostarczy mi tylu wrażeń, iż zapomnę o temperaturach rodem z piekła Dantego. Jak dotąd, doświadczam ich każdym centymetrem odsłoniętej skóry, stojąc w 40-stopniowym upale na wzgórzu cytadeli w centrum dwumilionowego Ammanu. Wśród ruin dawnej twierdzy, kikutów kolumn świątyni Herkulesa i szczątków pałacu Umajjadów różowiących się w popołudniowym słońcu przyglądam się panoramie stolicy Jordanii. Fale niewysokich, kremowych domów wznoszą się i opadają, odwzorowując kształty wzgórz, na których je wzniesiono. W architekturze Ammanu brakuje charakterystycznego dla orientu bogactwa form i kolorów, zamiast tego widzę wielkoformatową układankę z klocków domina, której harmonię zakłócają jedynie szpikulce meczetów wbijające się płytko w niebo. Wydaje się, że jedyną zaletą tych domów są płaskie dachy idealne na długie wieczorne biesiady i nocne oglądanie gwiazd. Nasyciwszy się tym widokiem, kieruję się do położonego tuż obok Muzeum Archeologicznego, gdzie zgromadzono materialną historię Ammanu sięgającą ponad 6 tys. lat wstecz. Wśród zbiorów z neolitu, czasów greckich, rzymskich i późniejszych wyróżnia się jeden eksponat – miedziany zwój z Kumran, na którym wyryto wskazówki dotyczące miejsc ukrycia skarbów ze Świątyni Jerozolimskiej. Niestety, wskazówki okazały się zbyt ogólne, więc nikt jeszcze skarbu nie odnalazł.
Ze wzgórza ruszam odkrywać pozostałe atrakcje Ammanu. Łapię taksówkę i starym zwyczajem siadam obok kierowcy, który wyjątkowo jak na tutejsze standardy nie zna angielskiego. Na szczęście mam mapę i na niej pokazuję kolejne cele – rzymski amfiteatr i suk. Z gęstniejącej atmosfery wewnątrz samochodu wnioskuję, że coś jest nie tak. Kierowca wygląda na zdenerwowanego, ciągle coś do mnie mówi, pewnie myśli, że jak będzie mówił dużo, to go jakimś cudem zrozumiem – i rzeczywiście, w końcu prawda do mnie dociera. Miejsce kobiety w tym kraju nie znajduje się obok kierowcy, ale z tyłu. Obiecując, że następnym razem nie popełnię takiej gafy, opuszczam taksówkę i udaję się na zwiedzanie teatru.
Przypomina wydrążoną w skale gigantyczną muszlę. Rzymianie wybudowali go w II w. n.e. dla 6 tys. widzów – dziś martwy, pozbawiony scenografii i aktorów obiekt ogląda kilka osób. Na niebie nie ma żadnej chmurki, słońce wysysa ze mnie całą wodę. Aby nie wyparować, uciekam w chłód dwóch przylegających do amfiteatru muzeów: kostiumów i biżuterii oraz folkloru. Bogato zdobione tradycyjne stroje, biżuteria kapiąca od złota, srebra i kamieni szlachetnych są esencją Bliskiego Wschodu. Z myślą, by kontynuować podziwianie tutejszego rękodzieła, udaję się na suk. Po drodze z witryn sklepowych uśmiecha się do mnie król Abdullah II. Jego podobizny w równym stopniu co całe miasto pokrywa warstwa pyłu, od którego powietrze przypomina mleczną zawiesinę, a ściany i szyby sprawiają wrażenie brudnych. Walka z kurzem skazana jest jednak na porażkę, bo Jordania to w 80 proc. pustynia. Nawet Amman wygląda jak wzniesiony na glinianym klepisku z rzadka porośniętym krzewami. Miasto zaczęło się rozwijać zaledwie 80 lat temu, a nabrało tempa około roku 1948 (po powstaniu państwa Izrael; notabene na wielu jordańskich mapach takowe nie istnieje), gdy zaczęli tu przybywać palestyńscy uchodźcy. Dziś stanowią oni prawie połowę mieszkańców miasta i kraju.
Ammański suk nie jest zadaszony, ciągnie się w plątaninie ulic i uliczek. Przedzieram się przez barwny, rozkrzyczany, gęstniejący tłum. Mam nieodparte wrażenie, że większość zgromadzonych tu dóbr pochodzi z Chin. Także tradycyjne kobiece stroje abaja precyzją wykonania sugerują chiński rodowód. Gdzie się podziały bajecznie kolorowe orientalne tkaniny, wyszywane pasy, muślinowe halki, szarawary, przetykane złotem suknie. Szukam ich w malutkich, dusznych sklepikach wielkości składzików na narzędzia – bezskutecznie. Jedyny towar, który mogę tu kupić, to skromne haftowane abaje. Jednak nawet najmniejsze sukienki są na mnie o kilka rozmiarów za duże. Sprzedawcy, wyłącznie mężczyźni, twierdzą, że w każdej wyglądam świetnie. Ja postrzegam siebie jako bezkształtną pastelową masę. Coś jest nie tak z tutejszymi kanonami atrakcyjnego wyglądu. Czyżby o urodzie kobiety nie świadczyło jej podkreślające kształty ubranie?

Precz z gablotami! Precz z nudnymi pogadankami o historii! T...

Londyn od razu cię przytula i szepcze do ucha – czuj się, ja...

W Rudawach Janowickich powiedzenie "podobne jak dwie krople ...

Gdy Pan Bóg zobaczył piaszczystą równinę postanowił, że musi...
Zastępca redaktor naczelnej National Geographic oraz Traveler. Od lat zafascynowana krajami arabskimi.

Miliony lat temu Madagaskar oderwał się od Afryki, stając si...

Wspaniałe, majestatyczne zabytki i dumna 1000-letnia histori...

Kwietniowe kempingowanie w zimnej przecież Norwegii może się...

Daleko od telewizora, samochodu, klimatyzacji, za to w blisk...
Tegoroczna, trzecia już, edycja BRAVE KIDS – międzynarodowego programu edukacyjnego - odbędzie się w dniach 20 czerwca - 3 li...
Bezcenna kolekcja makiet tańców ludowych z 1937 roku, prezentowana na wystawie Sztuka, balet etnografia nie ma równego sobie ...
Już po raz trzeci w ramach Festiwalu „Dźwięki Północy” odbędą się warsztaty muzyki tradycyjnej – taneczne i instrumentalne. U...
Mieszkańców Śląska i wszystkich odwiedzających ten region w przyszły weekend, serdecznie zapraszamy do odwiedzenia w tym terminie Muzeum w Gliwicach....
Przepraszam za wszystkie złe myśli. Szczególnie po akcji z kostkami lodu, Tajowie nie byli najbardziej uśmiechniętym narodem w moich oczach. Kraj ...
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.