Dzienniki prawie motocyklowe

16 grudzień 2011
Dzienniki prawie motocyklowe

Plan podróży: 8 tys. km w cztery miesiące. Metoda: improwizacja. Cel: zbadać kontynent znany tylko z książek. Ekwipunek: la poderosa, stary cieknący norton 500, rocznik 1939 - tak zaczynają się Dzienniki motocyklowe, film Waltera Sallesa o podróży młodego Guevary, zanim stał się Che.

Chávez miente, czyli „Chávez kłamie”. Spory napis sprejem na ścianie budynku w wenezuelskiej stolicy, Caracas. Chcę zrobić zdjęcie, ale ktoś kładzie mi dłoń na ramieniu. Guardia national, czyli „gwardia narodowa”? – Przestraszyłeś się, co?– śmieje się zwalisty,  brodaty  młodzieniec. Po chwili już jesteśmy kumplami. Pijemy piwo w jednej z małych knajpek. Rozmawiamy. Chłopak przedstawia się jako Jorge, jest studentem. I to radykalym politycznie studentem. Prezydenta Hugo Cháveza najchętniej posłałby na gilotynę, wzorem francuskich królów. Jego rządów, tak jak duża część wykształconej młodzieży, ma już dosyć.

– Chávez nas upodlił, upokorzył. Świat się z nas śmieje, nie możemy z Wenezueli wyjechać. Trzyma nas pod butem, traktuje jak bydło z Los Llanos [ogromne prerie w południowej części kraju – przyp. aut]. A ten napis to szczera prawda. Chávez kłamie. Tak jak wszyscy komuniści – konstatuje. Po chwili reflektuje się jednak.– Chociaż nie... Był jeden, który był szczery w tym, co robił. Nawet jeśli brutalny. Był tu nawet u nas, w Caracas. Ernesto Che Guevara. Słyszałeś, prawda?

Wtedy, na początku lat 50., on zrozumiał, czym jest Ameryka Południowa. Mówię ci, powinieneś zobaczyć Amerykę jego oczami. Wtedy będziesz również wiedział.  A jak wrócisz, to pogadamy.

Uznaję, że to świetny pomysł. Tym bardziej że Wenezuela mnie naprawdę zafascynowała, reszta kontynentu jest pewnie równie ciekawa. Dwa miesiące później jestem w Buenos Aires. Z egzemplarzem książki Dziennik motocyklowy w ręku. Film Waltera Sallesa z meksykańskim gwiazdorem Gaelem Garcią Bernalem w roli Che widziałem kilka lat wcześniej. Nie mam wprawdzie motocykla, ale i tak czuję, że będę się dobrze bawił.

Oni wyruszyli 4 stycznia 1952 r. z Buenos Aires. 23-letni wówczas Ernesto, wtedy jeszcze znany jak „Fuser” lub „El Pelao”, nie zaś „Che”, kończył studia medyczne ze specjalizacją „trąd”. 29-letni Alberto był biochemikiem. Pomysł narodził się ponad dwa miesiące wcześniej w drugim co do wielkości argentyńskim mieście, Córdobie. Pierwszy etap, z Córdoby do Buenos, był próbą generalną zarówno dla poderosy, jak i wytrzymałości chłopaków.

Był październikowy poranek, siedemnastego. Pod winoroślą w domu Alberta Granado popijaliśmy słodką mate, herbatę paragwajską, i komentowaliśmy ostatnie wydarzenia „pieskiego życia”, przygotowując jednocześnie [nasz motocykl] poderosę II.

Buenos Aires to kawiarnie. Wieczorami na ulice wylegają tysiące ludzi, przy niewielkich stolikach toczą się poważne polityczne dyskusje i niezobowiązujące  flirty. W jednym z takich lokali, Café Tortoni powstałej ponad 150 lat temu przy Avenida de Mayo 825, przesiadywał między innymi Witold Gombrowicz, który do Buenos trafił tuż przed wybuchem II wojny światowej. Tu, przy kawie, nasiąkał lokalnym klimatem. Nie tylko on zresztą. Stale bywali tu pisarz Jorge Luis Borges, śpiewak tango Carlos Gardel, poeta Federico Garcia Lorca czy mistrz Formuły 1 Juan Manuel Fangio. Czy zajrzał  tu  też  Ernesto Guevara? Być może, wtedy to było wyjątkowo popu-arne miejsce. Dziś przed kawiarnią stoi długa kolejka turystów żądnych spotkania z historią. Po kwadransie czekania wchodzę i ja. Ale środek mnie trochę rozczarowuje. Lokal przypomina mi klimatem Jamę Michalikową w Krakowie – niby żywa knajpa, a jednak muzeum, i to pełne zagranicznych turystów. W sam raz na jedno szybkie espresso.

Idę wzdłuż Avenida de Mayo do Plaza de Mayo, placu otoczonego  stylową  postkolonialną  architekturą,  palmami i ogrodami. Na jego środku ustawiono pomnik z datą 25 maja 1810 r., upamiętniający moment wypowiedzenia przez Buenos posłuszeństwa koronie hiszpańskiej. Tu mieści się Casa Rosada, czyli Różowy Dom – siedziba argentyńskiego rządu. U schyłku XIX w. elewację przemalowano z białego na różowy, by nie kojarzyła się z Białym Domem w Waszyngtonie, a kolor budynku uzyskano poprzez zmieszanie wapna z wołową krwią i tłuszczem. Już wtedy wypasane na pampach bydło było dla Argentyny prawdziwym dobrem narodowym. Do dziś chwali się ona najlepszym wołowym stekiem świata. Zupełnie słusznie.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Materiały powiązane

  • Artykuł

    Wenezuela

    Wenezuela

    Wyspy na lądzie Wenezueli - tepui. W drodze na nie ciarki chodzą po plecach.

  • Artykuł

    Nie tylko gotówka

    Nie tylko gotówka

    „Kto nie ma miedzi, ten w domu siedzi” – mówi popularne polskie przysłowie. Od czasów Fenicjan, którzy wynaleźli pieniądze, ktokolwiek wyrusza w drogę, powinien mieć przy sobie pełną sakiewkę, portmonetkę lub portfel. Teraz do wyboru są jeszcze karty i czeki – które z nich najbardziej przydają się w podróży?

Dodaj komentarz

Autor

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się