Brugia i Gandawa

17 styczeń 2011
Brugia i Gandawa

Czas zachował tu miejskie pejzaże znane z obrazów flamandzkich mistrzów. Wąskie, brukowane uliczki pełne są tajemnic, a sklepy – czekoladek!

Brugię – małe i słodkie miasteczko – można porównać do eleganckiej bombonierki. Nie tylko dlatego, że na każdej ulicy jest przynajmniej kilka sklepików z czekoladkami, zupełnie jakby stanowiły one główne pożywienie mieszkańców. Brugia jest dopieszczona, poukładana i czysta, a średniowieczne fasady domów sprawiają wrażenie, jakby zrobiono je z piernika. Kto choć raz tu był, na pewno już się nie zdziwi, dlaczego jest to najczęściej odwiedzane miejsce w Belgii.

Sprawdź hotele i wycieczki do Belgii

Samochód zostawiamy na parkingu Centrum‘t Zand przy starówce. Stamtąd wychodzimy na ulicę pełną kawiarnianych stolików, przy których ludzie popijają złociste belgijskie piwo. Za chwilę skręcimy w uliczkę Noordzandstraat, która doprowadzi nas na De Grote Markt (główny rynek), otoczony średniowiecznymi kamieniczkami. Nad rynkiem góruje wysoka na 83 m dzwonnica z około 1240 r., na której szczyt prowadzą schody o 366 stopniach! Podczas wspinaczki na taras widokowy można się przyjrzeć skomplikowanej maszynerii carillonu składającego się z 47 dzwonów.

Jak na Flamandzką Wenecję przystało, miasto poprzecinane jest systemem kanałów. Niegdyś pływały po nich barki z towarami, dziś transportuje się nimi głównie turystów (półgodzinna przejażdżka kosztuje 6,70 euro). Wystarczy, że za dzwonnicą skręcimy w prawo, w Wollestraat, i za moment jesteśmy nad pierwszym z kanałów. Zatrzymajmy się tu, by spojrzeć na falujące odbicie kamienic z czerwonej cegły. Brugia została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO w 2000 r. Doprawdy, trudno znaleźć drugie miejsce, w którym zachowałoby się tak wiele średniowiecznych zabytków.

Oto jesteśmy na bulwarze Dijver, a przed nami wznosi się muzeum Groeninge. Uwielbiam wczesne malarstwo niderlandzkie, więc ruszamy na spacer wśród dzieł wielkich „prymitywistów” flamandzkich: Jana van Eycka, Hansa Memlinga, Hugona van der Goesa, Petrusa Christusa, Jana Provoosta czy Rogiera van der Weydena. Do odczytania ukrytej w obrazach symboliki niezbędna jest wprawdzie biegła znajomość Biblii i żywotów świętych, ale nawet laik potrafi docenić kunszt mistrzów, którzy tak wiernie oddawali portretowane postaci, z wielką precyzją odwzorowując najdrobniejsze detale.

Ta wizyta zaostrzyła nasz apetyt na Brugię. Zmierzamy do muzeum Gruuthuse otwartego w rezydencji rodziny mającej ongiś monopol na zioła Gruut stosowane przy warzeniu piwa. Ród Van Brugghe-van der Aa może się pochwalić paroma gobelinami, dziełami sztuki dekoracyjnej, ale mnie najbardziej intryguje pokój-kaplica z oknami wychodzącymi na ołtarz sąsiadującego z budynkiem kościoła Najświętszej Marii Panny. Jak zamożni i wpływowi musieli być mieszkańcy Gruuthuse, że pozwolono im na wybicie dziury w ścianie kościoła! Dzięki temu bez wychodzenia z domu mogli uczestniczyć w mszach świętych. Warto wstąpić do tej świątyni chociażby dla Piety dłuta Michała Anioła.

Obowiązkowo wchodzimy do muzeum Hansa Memlinga założonego w jednym z najstarszych szpitali w Europie – już w XII w. pielgrzymi, chorzy i ubodzy mogli w nim szukać schronienia. W przyszpitalnej kaplicy wystawiony jest słynny trypyk Mistyczne zaślubiny Katarzyny (1475–1479) autorstwa patrona muzeum, mający dawać cierpiącym otuchę i nadzieję. Moją uwagę jednak bardziej przykuwa namalowany przez Memlinga wyjątkowo realistyczny portret Sybilli Sambethy. Chodząc po salach między dziełami sztuki sakralnej, obrazami przedstawiającymi dawne sale szpitalne i gablotami z narzędziami chirurgicznymi, próbuję wyobrazić sobie, jak niesiono tu pomoc potrzebującym.

Aby odetchnąć od muzeów i dzieł flamandzkich mistrzów, ruszamy po urokliwych, wybrukowanych kostką uliczkach. O każdej porze roku pełno na nich turystów w różnym wieku, ale zawsze w butach, którym bliżej do adidasów niż eleganckich szpilek. Mijamy witryny sklepów pełnych koronkowych serwet, serwetek, obrusów, bluzek, gobelinów i innych misternie wykonanych cacuszek. W ciepłe dni można tu podpatrzyć, jak koronczarka z poduszką na kolanach pełną szpilek i motków z nićmi uważnie przeplata szpulki i powoli dzierga koronkę. Ta misterna praca zupełnie nie przystaje do dzisiejszego rozpędzonego życia! Oczywiście wszędzie są też sklepy z czekoladą. Trudno mi się oprzeć pralinkom, które na wystawach przypominają malutkie dzieła artysty. Walka z pokusą z góry skazana jest na niepowodzenie. Kupuję kilka z nich. Na spróbowanie...

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2011-02-01 04:45

    Miasta i miejsca cudownie opisane, jednak ewidentnie brak fotek. Ogólnie bdb. Pozdro :-)

  • Do moderacji
    2011-01-21 14:15

    Zdjecia ja moge dodac do mojej galerii, bo tam czesto bywam:)

  • Do moderacji
    2011-01-20 14:10

    Bardzo ciekawy artykuł, zachęca do zobaczenia tego miejsca, brakuje mi tylko zdjęć. Pozdrawiam

Autor

  • Anna Siwek

    Anna Siwek

    Jej pasją są podróże i wędrówki po górach. Odwiedziła niemal wszystkie kontynenty.

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się