W Trongsa zatrzymujemy się w małym pensjonacie, w którym, jak nas informuje właściciel, jeszcze nigdy nie mieszkali turyści. Nas to wcale nie zniechęca, przybyliśmy tu, żeby zobaczyć dzong. Zwiedzaliśmy już takie fortece wcześniej, ale tutejsza to wielopoziomowy labirynt dziedzińców, krużganków, dormitoriów dla mnichów i kaplic. W dodatku widok z dzongu przyklejonego do skały rozciąga się na wiele kilometrów. Przy tej budowli wzniesionej na kilku poziomach blado wypadają najczęściej odwiedzane bhutańskie fortece w Thimphu i w Paro.
Dolina Phobijka to miejsce, gdzie zimują rzadkie żurawie czarnoszyje. My jednak zamiast na ptaki znów trafi amy na festiwal religijny. Krążąc między samochodami, wozami konnymi, mnichami i odświętnie ubranymi ludźmi, docieramy pod wejście do świątyni. Zostawiamy motocykle z całym dobytkiem (Bhutan to bardzo bezpieczny kraj, a kradzieże prawie nie mają tu miejsca) i idziemy za tłumem. Dziedziniec jest szczelnie wypełniony. Wszyscy wpatrują się w przedstawienie odgrywane przez aktorów w maskach. Wnioskując z reakcji gawiedzi, to komedia. Śmiejemy się i my. Choć nie rozumiemy symboliki masek, gesty aktorów są wymowne i odwołują się do podstawowych ludzkich emocji.
Wyremontowana droga na odcinku Punak’a–Thimphu jest szeroka i komfortowa, ale duża elektrownia wodna i powiększająca się w szalonym tempie stolica pozbawiają dolinę uroku. Thimphu to nowoczesne miasto, migające do nas krzykliwie neonami dyskotek, gdzie ludzie chodzą w dżinsach. W kawiarniach serwowane są europejskie ciastka (podobno najlepsi kucharze jadą na koszt państwa na studia do Europy). Ostoją prawdziwego Bhutanu jest tu stadion narodowy. Dziesiątki Bhutańczyków oddają się na nim ukochanej rozrywce – łucznictwu; do tarczy trafi ają z kilkuset metrów. Mężczyźni proponują, żebyśmy dołączyli do rywalizacji. Nie chcą wierzyć, że nigdy nie mieliśmy łuku w ręku.
Tygrysie Gniazdo (klasztor Taktsang) jest wizytówką kraju przytuloną na wysokości 3070 m do 1300-metrowej ściany. Siły ciążenia nie mają nań wpływu, gra na nosie porywistym podmuchom wiatru. Legenda głosi, że w VIII w. Guru Rinpocze przyleciał tu na grzbiecie tygrysicy (zamieniła się w nią jego żona), by pomedytować w małej jaskini i ujarzmić złe moce, które opanowały okolicę. Mozolna wspinaczka na górę trwa ze trzy godziny. Wchodząc stromą ścieżką, słyszymy krzyki wystraszonych „białych jeźdźców” (turystów, którzy skorzystali z osiołkowej podwózki), kiedy ich rumaki zbliżają się do krawędzi urwiska. W Tygrysim Gnieździe panuje spory tłok, więc szybko wracamy na leśny parking.
Nasze motocykle są wypucowane na błysk i na każdym z nich leży kwiatek. Rozglądamy się zmieszani i widzimy zadowolone twarze kierowców turystycznych dżipów: – Chcieliśmy wam zrobić przyjemność, jeszcze nigdy u nas takich motocykli nie było – mówią płynną angielszczyzną. Przed drogą z Paro do P’ünc’oling, na granicy z Indiami, przestrzega nas wiele osób: „Jeśli nie musicie, to tamtędy nie jedźcie”. Musimy. Tylko w ten sposób możemy wydostać się z Bhutanu. Pasażerowie lokalnych autobusów pozdrawiają nas serdecznie, wystawiają kciuki do góry, jakby chcieli nam życzyć powodzenia. Droga jest kręta i otulona przez mgłę. Pada deszcz. Kierowcy ciężarówek nie czują potrzeby włączenia świateł mijania. Kilka razy w ostatniej chwili dostrzegamy jadące prosto na nas auto. Wiemy, że droga jest zawieszona nad kilkusetmetrowymi urwiskami, ale przez mgłę ich nie widzimy. Może to i lepiej. Mgła znika dopiero w dolinie P’ünc’oling. Przejście graniczne jest czystą formalnością. Żegnamy Królestwo Ryczącego Smoka, witamy indyjski gwar, bałagan i biedę.

Precz z gablotami! Precz z nudnymi pogadankami o historii! T...

Londyn od razu cię przytula i szepcze do ucha – czuj się, ja...

W Rudawach Janowickich powiedzenie "podobne jak dwie krople ...

Gdy Pan Bóg zobaczył piaszczystą równinę postanowił, że musi...

Marek Kalmus – doktor religioznawstwa, badacz kultury tybetańskiej, specjalista w zakresie ikonografii i sztuki tego narodu. Z zamiłowania alpinista, przewodnik tatrzański, narciarz i żeglarz.
Zawsze marzylem o takiej przygodzie, ale nigdy nie pomyślalem, że można tego dokonać na motocyklach. To góry, wysokie i miejscami nie do przebycia... gratuluję odwagi. No i tego, że dokonali tego bez przewodnika.
Dwie podróże do Bhutanu . Fotografie http://berenika.pl/?page_id=258 http://berenika.pl/?page_id=258
wyjechać jasne że tak....ale bez przewodnika chyba nie dał bym rady....
Dzień dobry. Warto odkurzyć tę relację( bodaj - z pamięci - Traveler 12/2009 ) Jedną z ciekawszych z Tybetu jaką czytałem.
Socjolog i prawnik w jednym (z wykształcenia), obieżyświat z zamiłowania. Razem z Jurkiem Piątkiewiczem na dwóch motocyklach przemierzają świat. W tym roku pokonali ponad 30 tys. km po Azji Centralnej, Tybecie, Indiach i Bhutanie.
Tegoroczna, trzecia już, edycja BRAVE KIDS – międzynarodowego programu edukacyjnego - odbędzie się w dniach 20 czerwca - 3 li...
Bezcenna kolekcja makiet tańców ludowych z 1937 roku, prezentowana na wystawie Sztuka, balet etnografia nie ma równego sobie ...
Już po raz trzeci w ramach Festiwalu „Dźwięki Północy” odbędą się warsztaty muzyki tradycyjnej – taneczne i instrumentalne. U...
Mieszkańców Śląska i wszystkich odwiedzających ten region w przyszły weekend, serdecznie zapraszamy do odwiedzenia w tym terminie Muzeum w Gliwicach....
Przepraszam za wszystkie złe myśli. Szczególnie po akcji z kostkami lodu, Tajowie nie byli najbardziej uśmiechniętym narodem w moich oczach. Kraj ...
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.