Kilka lat temu obejrzałam film dokumentalny o Świątyni Tygrysów w Tajlandii prowadzonej przez buddyjskich mnichów. Wtedy pojawiło się marzenie: pojechać tam i dotknąć dzikiego kota!
Od dziecka jestem kociarą, głównie za sprawą mamy, która zaszczepiła we mnie miłość do zwierząt wszelakich, a kotów w szczególności. Na spełnienie marzenia o wizycie w Wat Pa Luangta Bua Yanasampanno – Świątyni Tygrysów – czekałam do października 2009 r. Wtedy to pojechałam służbowo do Bangkoku. Na samodzielną wycieczkę autobusem czy pociągiem do oddalonej o 150 km Kanchanaburi – prowincji, gdzie znajduje się świątynia – miałam niestety za mało czasu. Skorzystałam więc z oferty lokalnego biura podróży.
Aby uniknąć wściekłej hordy turystów oraz by móc przebywać z tygrysami w jak najbardziej kameralnym towarzystwie, wyruszyłam o 5.00 rano. Mój kierowca prawie wcale nie mówił po angielsku, ale o tej porze zupełnie mi to nie przeszkadzało. Spałam przez większą część dwuipółgodzinnej podróży. Czasem tylko otwierałam oko, żeby zobaczyć widoki za oknem – pola, miasteczka i góry osnute mgłą. Prowincja Kanchanaburi słynie głównie z mostu na rzece Kwai, który – jak się później przekonałam – do ogromnych atrakcji trudno zaliczyć. Ot, most jak most, rzeka jak rzeka. Wiadomo, że miały tam miejsce ważne wydarzenia, ale ślady po nich są skromne.
Dzień mieliśmy zacząć od ofiarowania mnichom jedzenia, musieliśmy więc poczynić stosowne zakupy. Konfrontacja moich wyobrażeń – jak to kupujemy ryż, warzywa i owoce na targu – z rzeczywistością, czyli ze stacją benzynową i z paczkowanymi kromkami chleba z masłem, była dość brutalna. Podobne wrażenie wywarli na mnie sami mnisi, których zawsze postrzegałam jako uduchowionych, spokojnych i niemalże świętych. Prawda jest taka, że Tajowie przynajmniej raz w życiu muszą pójść na pewien czas do klasztoru, dlatego mnisi bywają różni – od tych z powołaniem po tych na „obowiązkowym” pobycie. Ja trafi łam na, delikatnie mówiąc, mnichów zwariowanych. Ponieważ do świątyni dotarliśmy trochę za wcześnie, zabawiali mnie rozmową. Jeden, nieźle mówiący po angielsku, opowiedział mi fi lm o Chopinie, który niedawno oglądał, wspomniał też o Wałęsie. Później, nucąc I’m bad, I’m bad…, spytał, czy lubię Michaela Jacksona. Ci, którzy nie znali angielskiego, częstowali mnie słodkim ryżem i tytoniem. Mieli ubaw po pachy, kiedy krztusiłam się dymem.
Gdy dołączyli do nas pozostali mnisi, nadszedł czas na ofiarowanie jedzenia. Zasady są proste: nie wolno mieć nakryć głowy, stopy muszą być bose, pożywienie (włożone do foliowych torebek) trzeba wręczać obiema rękami, lekko się przy tym kłaniając. Podanie mnichowi czegokolwiek jedną ręką jest wyrazem braku szacunku.
Po tej ceremonii weszliśmy wreszcie na teren świątyni – na spotkanie z dzikimi kotami i śniadanie z mnichami. Pod dachem, gdzie odbywają się modlitwy, zobaczyłam kocięta około 5-miesięczne i niespełna roczne, przypięte smyczami do barierek. Zaczęliśmy od ich karmienia. Należy pamiętać, że maluchy ciągle chcą się bawić, więc gdy tylko skończy się mleko, trzeba albo sięgnąć po następną butelkę, albo poddać się igraszkom w charakterze… zabawki. Wolontariusze i pracownicy bardzo dbają zarówno o bezpieczeństwo, jak i robienie zdjęć odwiedzającym. Nas – gości – była tylko czwórka, więc świątynię i tygrysy mieliśmy wyłącznie dla siebie.
Okazało się, że jednym z wolontariuszy był chłopak z Łodzi, który opowiedział mi nieco więcej o tym miejscu. Świątynię założono w 1994 r., pierwsze kocięta trafi ły tu pięć lat później, gdy jedna tygrysica prowadząca młode stała się ofiarą kłusowników. Pomysłodawcą otwarcia w świątyni sierocińca dla tygrysów był opat Phra Acharn Phusit. Kolejne koty trafiały tu z tych samych powodów, ale zdarzały się też dorosłe zwierzęta. Z czasem opat musiał się postarać o pomoc z zewnątrz, m.in. o dofinansowanie powiększającego się sierocińca. Podczas mojej wizyty w świątyni przebywało 46 kotów, którymi zajmowało się ponad 70 osób – od wolontariuszy przez opiekunów, weterynarzy po pracowników administracyjnych.
Ponieważ już rok wcześniej rozważałam przyjazd do Kanchanaburi na wolontariat, świeżo poznany Polak uprzedził mnie, na co się trzeba przygotować i jak wygląda praca z dzikimi kotami. Poza brakiem ciepłej wody i możliwością prania ubrań tylko raz w tygodniu – wszystko mi się podobało! Okazało się też, że to, co do tej pory mnie powstrzymywało, czyli brak doświadczenia w pracy ze zwierzętami, nie stanowi żadnej przeszkody.
Po nakarmieniu kociąt opat poprowadził poranną modlitwę, w której my również mogliśmy wziąć udział. (Chciałam z nim zamienić kilka słów, ale na podest, gdzie siedzą mnisi, kobiety nie mają wstępu). Później wszystkie dary, które zostały zebrane przed wejściem do świątyni, wystawiono na wspólnym stole. Postanowiłam spróbować wszystkiego. Trafiła mi się, na przykład, smażona świńska skóra na ostro (okropieństwo) i ryż z jajkiem (pycha).

Opowiadanie dowcipów podczas zagranicznych podroży jest jak ...

Przez niespełna 20 lat dotarła z pomocą do ponad 40 krajow. ...

Precz z gablotami! Precz z nudnymi pogadankami o historii! T...

Londyn od razu cię przytula i szepcze do ucha – czuj się, ja...

W ciągu ostatnich dziesięciu lat skonfiskowano pozyskane nielegalnie przedmioty wykonane z co najmniej 1 069 tygrysów. Jeżeli w takim tempie będziemy zabijać te dzikie zwierzęta i zamieniać je w przedmioty codziennego użytku i ozdoby, mogą one zniknąć z powierzchni Ziemi przed rokiem 2022, czyli następnym rokiem tygrysa w kalendarzu chińskim – alarmuje organizacja ekologiczna WWF.

Tygrys w wielu krajach wielbiony jest jako superdrapieżnik o niesłychanej mocy, którą da się po kawałku... sprzedać. W cenie są zarówno futra, jak i tygrysie leki.
Ja również tam byłam w 2009 r., jestem ujęta tym miejscem ale nie mogę powiedzieć, że jest przepiękne. To smutne miejsce, choć należy się wdzieczność buddyjskim mnichom bo to dzięki nim maja szanse przetrwać, oraz wolontaruszom. Już dościgła je pełna komercja . Ale wszystko zależy od pieniędzy......datków dobrych ludzi.
bylam w tym miejscu. sama swiatynia jest w ogole przepiekna, z wyzszych pieter widac panorame calej prowinzji.
Piękne koty. Była by to wielka strata gdyby wyginęły. Dobry artykuł.
I nikogo to nie obchodzi,że tygrysy bardzo niedługo całkiem wyginą na naszej planecie, jak widać nawet po ilości komentarzy pod publikacją. Niszczymy naszą planetę w tempie kosmicznym i obudzimy się z ręką w nocniku, tylko że będzie już za późno. Dobrze że są jeszcze takie miejsca na świecie gdzie mogą się spełniać marzenia, i jest nadzieja na ocalenie gatunku. Bardzo fajny artykuł.
Podróże to dla niej zarówno pasja, jak i praca, na co dzień zajmuje się turystyką biznesową i organizacją wyjazdów dla firm. Zjeździła większość krajów Europy, od zeszłego roku eksploruje Azję: odwiedziła Wietnam, Kambodżę oraz dwukrotnie Tajlandie.
1 czerwca w nowopowstającej galerii fotograficznej - "27" - Łukasza Gniadka, dwukrotnego laureata PUOTu, zebrali się: Ewa Mei...
Tegoroczna, trzecia już, edycja BRAVE KIDS – międzynarodowego programu edukacyjnego - odbędzie się w dniach 20 czerwca - 3 li...
Bezcenna kolekcja makiet tańców ludowych z 1937 roku, prezentowana na wystawie Sztuka, balet etnografia nie ma równego sobie ...
Mieszkańców Śląska i wszystkich odwiedzających ten region w przyszły weekend, serdecznie zapraszamy do odwiedzenia w tym terminie Muzeum w Gliwicach....
Przepraszam za wszystkie złe myśli. Szczególnie po akcji z kostkami lodu, Tajowie nie byli najbardziej uśmiechniętym narodem w moich oczach. Kraj ...
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.