On przystojny jak Jack, ale na szczęście z pełnym uzębieniem. Ja blond jak Elizabeth, choć zamiast gorsetu mam na sobie bikini. Razem wyruszamy śladem bohaterów Piratów z Karaibów. Czy będzie równie burzliwie jak w filmie?
Podstawowa różnica na starcie: płyniemy nie na pirackiej „Czarnej Perle”, ale na wyczarterowanym katamaranie. Wszystko prawie jak w Piratach z Karaibów. Choć na szczęście „prawie” robi wielką różnicę. W naszym przypadku odbyło się bowiem bez krwawych jatek.
Sprawdź swoją wiedzę na temat Piratów. Zapraszamy do rozwiązania quizu |
Witaj na Karaibach, skarbie!
Żagle spuszczone. Pogoda, jak zawsze, idealna, czyli przyjemne 27 stopni. Siła wiatru na oko 3 w skali Beauforta. Woda w szmaragdowym kolorze. Widoki bezbłędne. – Melduję, że załoga przygotowana do rzucenia kotwicy! – krzyczę. Pełna mobilizacja. Zachowajcie powagę, majtkowie, przybywamy na wyspę Saint Vincent do pirackiej zatoki Wallibou! To tutaj, a nie na Jamajce, jak myśli wiele osób, zbudowano fikcyjne miasto Port Royal, w którym rozgrywała się pierwsza część Piratów z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły. Wpływam z wiatrem we włosach i ironicznym spojrzeniem mojego „Jacka Sparrowa”. Uśmiecham się na samą myśl o tej kultowej scenie: błaznowaty kapitan przybywa do Port Royal, wylewając kubłem wodę ze swojej (pewnie ukradzionej) tonącej łodzi. Udaje mu się wyjść na keję sekundę przed tym, jak łajba idzie na dno. Brakuje tylko słynnej muzyki The Medallion Calls Klausa Badelta. I trupów wiszących na skale ku przestrodze piratów.
Muszę przyznać, że Wallibou jest znacznie spokojniejsze niż za czasów Sparrowa. Oprócz naszego jest tu tylko jeden jacht. Ślady filmu zdradza jedynie część drewnianej instalacji na środku zatoki – podtopiony pomost z rodzajem katapulty. Tylko tyle zostało z bogatej scenografii, którą stworzono tu w 2003 r. na potrzeby superprodukcji. Do tego plaża ma czarnawy piasek, co nie jest typowe dla rajskich karaibskich wysp. Na kei stoi przykryta bambusowymi liśćmi rozpadająca się chatka. Poza tym cisza i spokój.
Nie mijają dwie minuty, gdy małym bączkiem podpływa do nas właściciel tutejszej plaży. Przyzwyczailiśmy się już, że za możliwość postoju w każdej zatoczce musimy zapłacić parę wschodniokaraibskich dolarów. A czasem kupić kilogram bananów po wyjątkowo „turystycznej” cenie 5 EC dol. (ok. 5 zł), jakieś pięć razy więcej niż normalnie. Tym razem jednak właściciela zwabia nie tyle chęć pobrania zwyczajowego haraczu, ale poznania się z przybyszami z jego ulubionego kraju. – Antek – przedstawia się ze szczerym uśmiechem. Imię nie brzmi naturalnie w połączeniu z wyglądem karaibskiego lokalesa. Raczej niski, ma twarz pomarszczoną od ciągłego słońca i śmiejące się oczy, typowe dla mieszkańców Saint Vincent. – Jestem piratem z Bolesławca – kontynuuje, z satysfakcją spoglądając na nasze zdziwione twarze. Po czym pokazuje nam koszulkę z takim właśnie napisem i zaprasza do swojego „Polskiego Domu na Karaibach!”. Nie wierzymy własnym uszom! Ciekawe, co by na to powiedział Jack, znany z ciętego języka i przewrotnych historii?
Jestem nieuczciwy i możesz uczciwie liczyć na moją nieuczciwość.
Zaproszenie przyjmujemy z marszu. Bar o wdzięcznej nazwie Pirates Retreat (w wolnym tłumaczeniu „Zacisze Piratów”) mieści się w palmowej chatynce przy plaży. Na ścianie wiszą zdjęcia właściciela z Johnnym Deppem i resztą ekipy filmowej. Główną i właściwie jedyną pozycją w menu jest „The famous Jack Sparrow fruit punch” (słynny owocowy poncz Jacka Sparrowa). To zmiksowana mieszanka lokalnych owoców z sutą domieszką rumu posypana świeżo startą gałką muszkatołową. Specjalnie dla nas, ku niezadowoleniu swojej pracownicy, Antek od razu ustanawia drinkowe „happy hour”. Możemy do woli degustować piracki drink, słuchając opowieści o aktorach spędzających tu upojne wieczory podczas kręcenia filmu. A także o miłości Antka do Polski (która zaczęła się od wizyty żaglowca Chopin w zatoce). Objawia się ona sporą kolekcją pustych butelek po nadwiślańskich trunkach, paroma słowniczkami naszej ojczystej mowy i kolekcją muzyki, w tym śląskiego reggae. Śpiewamy więc polskie szlagiery, przeplatamy to morskimi opowieściami i smakowaniem lokalnych przysmaków. Jak na prawdziwych piratów przystało.
Zachęceni niezwykłym spotkaniem wyruszamy na dalsze poszukiwania śladów Jacka i Elizabeth. Tym razem udajemy się na archipelag wysp Tobago Cays, które należą do Grenadynów. Miejsce słynie wśród turystów ze świetnych warunków do nurkowania i widoków tak pięknych, że niemal kiczowatych. Należy do nich pięć bezludnych wysepek: Petit Rameau, Petit Bateau, Baradol, Jamesby i Petit Tabac. Można się na nie dostać jedynie drogą wodną.
Dlaczego rum?!
Może dlatego, że są trudno dostępne, to właśnie w ich okolicy okrutny pirat wyrzuca ze statku Sparrowa i Elizabeth, mając nadzieję, że nie przeżyją. Zostawili mu tylko pistolet z jedną kulą, by mógł sobie skrócić cierpienie. Jemu jednak po trzech dniach udało się uciec. Wszyscy później go pytali, jak to zrobił. Odpowiadał, że zwiał na łódce zbudowanej z żółwi morskich powiązanych włosami z własnych pleców. W rzeczywistości zabrał się z przemytnikami rumu, którzy po cichu tu urzędowali. Dlatego Jack, gdy tylko ponownie się znalazł na wyspie, od razu popędził pod charakterystyczną palmę i odliczył cztery duże kroki. A wszystko po to, by znaleźć tajne wejście do piwniczki z rumem. Teraz już miał wszystko w zasięgu ręki: rajską wyspę, piękną dziewczynę i kilkadziesiąt litrów wytrawnego trunku. Ten błogi nastrój zakłóciła mu jednak kobieta. Gdy rano chrapał po wieczornej libacji, Elizabeth wylała cały zapas alkoholu na piach i podpaliła, by wezwać pomoc. Jack nie mógł uwierzyć własnym oczom i przerażony pytał dziewczynę, lekko dramatyzując: Dlaczego rum?!

Opowiadanie dowcipów podczas zagranicznych podroży jest jak ...

Przez niespełna 20 lat dotarła z pomocą do ponad 40 krajow. ...

Precz z gablotami! Precz z nudnymi pogadankami o historii! T...

Londyn od razu cię przytula i szepcze do ucha – czuj się, ja...

Była odwiedzana już przed drugą wojną światową, ale to amerykańskie elity filmowe przyczyniły się do stworzenia jej legendy – raju na ziemi (oczywiście dla milionerów, których życie polega na opróżnianiu kolejnych drinków na brzegu basenu). Jaka jest naprawdę Jamajka? Co kryje się za folderowym obrazkiem, na którym zielone palmy pochylają pióropusze liści nad złotym piaskiem bezkresnych plaż łaskotanych lazurem morza?

Haiti oddziałuje na wyobraźnię, jak mało które miejsce na świecie. Wydaje się mieścić w sobie z jednej strony pewien magiczny i nadprzyrodzony ładunek, a z drugiej niejasną i niepokojącą reputację, która nęci i hipnotyzuje. Do konfrontacji z haitańską rzeczywistością należy dobrze się przygotować. Bieda wydaje się tu być permanentna.

Nocą trudno na Gwadelupie zasnąć przy szalonej muzyce cykad, rano budzi nas ptasi koncert. Zamiast plażować, żeglujemy lub nurkujemy na rafach. Pniemy się ścieżką przez las tropikalny, żeby spojrzeć w czeluść wulkanu. Wzorem Tarzana bujamy się na kładkach łączących czubki drzew w parku narodowym. Przed nami jeszcze Bramy Piekła...

Nigdy nie prowadziłem notatek z podróży. Byłem, widziałem, pamiętam – to najważniejsze. Poza tym wyjmowanie notesu i aparatu zawęża pole widzenia. Tym razem przez chwilę było inaczej.
1 czerwca w nowopowstającej galerii fotograficznej - "27" - Łukasza Gniadka, dwukrotnego laureata PUOTu, zebrali się: Ewa Mei...
Tegoroczna, trzecia już, edycja BRAVE KIDS – międzynarodowego programu edukacyjnego - odbędzie się w dniach 20 czerwca - 3 li...
Bezcenna kolekcja makiet tańców ludowych z 1937 roku, prezentowana na wystawie Sztuka, balet etnografia nie ma równego sobie ...
Mieszkańców Śląska i wszystkich odwiedzających ten region w przyszły weekend, serdecznie zapraszamy do odwiedzenia w tym terminie Muzeum w Gliwicach....
Przepraszam za wszystkie złe myśli. Szczególnie po akcji z kostkami lodu, Tajowie nie byli najbardziej uśmiechniętym narodem w moich oczach. Kraj ...
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.