W czasie pobytu u Indian Tapirape raz poczułem nagle ból mięśni głowy, tuż nad czołem. Ból był raczej lokalny, ale przez kilka dni uparcie dręczył, utrudniając sen. Nie miałem pojęcia, jaka była tego przyczyna. Wymacałem jakiś mały guz i obok dwa dalsze. Guzy powoli rosły, ale ból ustał.
Wreszcie zdałem sobie sprawę, że w tych guzach hoduję znane prawie w całej tropikalnej Ameryce pasożyty bicho, czyli czerwie muchy Dermatobia hominis pasożytujące na ssakach, w tym i na ludziach. Orientowałem się, co to jest, ale głowę miałem nabitą instrukcjami dwóch bardzo znanych podręczników entomologii medycznej. Zalecały jak najszybsze usunięcie nieproszonych gości drogą chirurgiczną. Guzy nabrały wręcz imponujących rozmiarów. Udałem się do Belem, do lekarza, jak się okazało z wykształcenia chirurga, który nauki medyczne pobierał we Francji.
Jak na chirurga przystało, zabrał się ostro do dzieła i w miejscowym znieczuleniu przeciął dwa guzy. Ale coś mu kiepsko szło. Zamiast wyciągnąć całego czerwia, przeciął go na dwoje i część zgubił. Drugiego też nieco poharatał, więc i w tej ranie zostawił jakiś jego fragment. Trzeci guz, na moje życzenie, zostawił. Zdecydowałem hodować go dalej i zobaczyć, co z tego wyniknie. Jako że zabieg nie należał do udanych, co drugi dzień musiałem jeździć na zmianę opatrunku. Trwało to prawie dziesięć dni [...]. W końcu znudziło mi się oczekiwanie, aż larwa sama wyjdzie.
Któregoś dnia odwiedziłem mojego przyjaciela. Rzucił okiem na mój „nabytek” entomologiczny i zapytał:
– Chcesz, bym ci go wyciągnął?
– Tak – odpowiedziałem.
– Daj mi nieco waty i spirytus.
Ruchem eksperta wziął watę w palce, ucisnął guz od dołu i wyskoczył duży czerw. Posmarował skórę spirytusem i na tym całą sprawę zakończył. Ja tymczasem załadowałem czerwia do probówki, umieszczając na niej odpowiednią informację, m.in. tę, że żywicielem pasożyta był niżej podpisany, a po wielu podróżach owa larwa Dermatobia hominis wylądowała w Instytucie Zoologii PAN w Warszawie, jako – zdaje mi się – pierwszy okaz tego rodzaju w ich zbiorach.
To, wydawałoby się, drobne wydarzenie świetnie charakteryzuje Borysa Malkina – przyrodnika, antropologa, fotografa, filmowca-dokumentalistę, badacza kultur Indian Ameryki Południowej. I wytrawnego podróżnika, którego w świat gnało nie snobistyczne pragnienie „zaliczenia” turystycznych atrakcji, ale pasja, chęć poznania i odkrycia czegoś nowego.
Borys Małkin urodził się 20 listopada 1917 r. w Witebsku. Rewolucyjne porządki wprowadzone przez bolszewików na tyle zaniepokoiły jego rodziców, że postanowili opuścić Rosję. W 1918 r. przenieśli się do Warszawy. Ojciec Jakub, prawnik, pracował w Stowarzyszeniu Drobnych Kupców. Matka, Cecylia z Lewinów, prowadziła dom. Jak każda ambitna rodzina, Małkinowie (tak wtedy brzmiało nazwisko rodowe, Malkinem został wiele lat później) pragnęli, by ich syn zdobył solidne wykształcenie. Tyle że młody Borys zamierzał życie przeżywać po swojemu i lekcje zbytnio go nie zajmowały. Nie żeby się nie uczył.
– On po prostu uczył się tego, co mu się podobało: przyrody, geografii, historii – mówi Helena Malkin, żona badacza. – I musiał być jakimś strasznym chuliganem, bo usuwano go z wielu szkół.
Pewnego razu nauczycielka biologii ze strachu przed przyniesionym przez Borysa na lekcje zaskrońcem wskoczyła na stół, a rabin regularnie wyrzucał go z lekcji teologii żydowskiej. Jednak przyrodnicza pasja niesfornego ucznia zwróciła uwagę dyrektora gimnazjum żydowskiego, przyrodnika Szymona Tenenbauma.

Bystra! – kierowca szarpie mnie za rękaw. Transport czeka. Z...

Słyszeliście o ski bums? To narciarscy włóczędzy. Kręcą się ...

Do 27 marca 2012 r. możesz głosować za pomocą SMS na najwybi...

Reklamy ośrodków narciarskich przypominają czasem te proszkó...
Już 15 marca w siedmiu największych miastach Polski rusza 12. edycja Tygodnia Kina Hiszpańskiego, imprezy od lat pokazującej ...
Tam gdzie spotyka się południowo-wschodnia Wenezuela, Gujana i północna Brazylia rozciąga się kraina nazwana przez biogeograf...
Jeszcze tylko 7 dni, do wtorku 31 stycznia 2012 r. do godz. 24.00, poprzez stronę www.alpinus-miejodwage.pl można zgłaszać pr...
Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...
Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.