Maluchem do Hiszpanii

10 lipiec 2009


Przeklinaliśmy Santander, nie wiedząc, że wkrótce tu wrócimy. Na razie jechaliśmy jednak wzdłuż wysokiego brzegu, podziwiając ocean. Nagle maluszek zaczął się dusić i zwalniać. Zbledliśmy, tym bardziej, że działo się to na wjeździe na autostradę. Samochód stanął. Zepchnęliśmy go na pobocze, żeby nie tamować ruchu. Zaraz zjawił się policyjny patrol. Wyjaśniliśmy, że usuniemy usterkę i za dwie godziny nas nie będzie. Spisali nas, życzyli powodzenia i pojechali. Oczywiście nie udało się usunąć awarii, choć rozkręciłem wszystko, co wydawało mi się podejrzane. O 6.00 rano pojawiła się policja, by sprawdzić, czy rzeczywiście odjechaliśmy. Sumienni byli jak diabli – laweta i koniec. Zawieźli nas do najbliższego warsztatu, czyli gdzie? Do Santander.

Trafiliśmy pod autoryzowany salon Fiata. Nikt nie miał jednak czasu diagnozować maluszka, spędziliśmy, więc kolejną noc w aucie. Następnego dnia późnym popołudniem jeden z mechaników zabrał się za rozkręcanie silnika. Warsztat był jednak czynny do 18.00 i pan przerwał pracę. Na szczęście firma ubezpieczeniowa zorganizowała nam hotel na czas naprawy.

Rankiem okazało się, że przyczyną awarii był uszkodzony zawór. Panowie przeryli cały magazyn, ale kto by miał w Hiszpanii części do dwudziestoletniego malucha, nawet w autoryzowanym serwisie Fiata! Co robić? W Polsce są, pomyślałem. Zadzwoniłem do ojca z pytaniem, czy może przesłać tę część do Hiszpanii pod podany adres. Czekając na zawór, zwiedzaliśmy pechowe Santander i okolice, m.in. jaskinię El Soplau i góry Picos de Europa.

Zawór przyjechał 5 sierpnia. Samochód działał teraz lepiej niż przed wyjazdem z Polski. Zapłaciliśmy i pożegnaliśmy się. Urlop się kończył, trzeba było wracać do domu. Wyjechaliśmy w kierunku Bilbao, maluszek pracował jak malowany. Mniej więcej po 50 km zaczął się dusić i stanął. Byłem załamany. Zadzwoniłem do firmy ubezpieczeniowej. Chciałem, żeby laweta zawiozła nas do Santander. Niestety, firmy mają powiedziane „do najbliższego warsztatu” i koniec. Na szczęście wykłóciłem się i wybłagałem – wylądowaliśmy w Santander. Panowie trochę się zdziwili, ale obsługa była tym razem błyskawiczna. Wieczorem wiedziałem już, że moja podróż maluszkiem się skończyła. Auto zostało w Hiszpanii zezłomowane, a ja wróciłem samolotem. Nie wiem, co bym zrobił, gdybym nie miał ubezpieczenia assistance.

Była to podróż mojego życia – najbardziej spontaniczna ze wszystkich, jakie dotąd odbyłem. Samo zwiedzanie, owszem, było momentami poruszające, ale najbardziej będę pamiętał właśnie usterki i awarie. Były uciążliwe, ale jestem dumny, że je przetrwałem i dojechałem do celu.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2012-01-18 20:48

    Ha, ja ma zdjęcie ze sławnym maluszkiem w Barcelonie pod stadionem Camp Nou. Kolega zezwolił na sesje zdjęciową z tym unikatem :)))

  • Do moderacji
    2011-02-10 17:17

    Super. Fajnie sie czytało! No i oczywiscie gratulacje, bo wyczyn to nie lada.

  • Do moderacji
    2009-11-07 14:03

    Każda wyprawa Maluchem to wyczyn :)

  • Gość Gość
    Do moderacji
    2009-09-19 20:55

    Słowa uznania. Ja z kumplem również planujemy w następne wakacje jechac maluchem w daleką podróż, w Pireneje. Nie spodziewałem się, że podróż maluchem może być tak wyczerpująca, ale do odważnych świat należy ;) może to nic, że mam dopiero 18 lat ;P plany już są, maluch jest, tylko benzyna droga ;)

  • Do moderacji
    2009-09-10 12:02

    Tylko pozazdrościć takiej wyprawy !! Czytając ten tekst setnie można było się uśmiać, ale autorowi chyba nie zawsze było do śmiechu.

  • Gość Gość
    Do moderacji
    2009-08-25 13:03

    gratuluję odwagi

  • Gość Gość
    Do moderacji
    2009-08-08 23:10

    Panie kierowco, pełen respekt, maluch to potęga!

  • Gość Gość
    Do moderacji
    2009-07-23 10:22

    Gratulacje i wielki podziw,ale ta historia dodała mi odwagi,ponieważ nz poczatku sierpnia chcemy wybrać się matizem,troche większym autkiem niż maluch,na Giblartar.Myslę ze takie,bądż co bądż szalone wyprawy,to niejednokrotnie takie podróże zycia.Wspomnienia do końca życia, a i wnukom będzie co opowiadać.Więc odwagi i w drogę,bo świat jest piękny i warto to piękno zobaczyć. Powodzenia i szerokości wszystkim zmotoryzowanym podróżnokom.

  • Do moderacji
    2009-07-16 16:30

    Także znam ludzi, którzy maluchem zwiedzili swego czasu dawną Jugosławię i inne kraje Europy po drodze wraz z dziećmi i kopami jaj pod fotelami :) Ponoć spotkani po drodze Japończyli dziwili się, co to za nowy model obudowanego motoru, z którego "wysypało" się czworo ludzi

  • Gość Gość
    Do moderacji
    2009-07-16 01:10

    Poznalam czlowieka z Polski (miasto Tarnow) ktory maluchem ,czyli Fiatem 126P przejechal cala Europe dojechal do polnocnej Afryki a na dachu samochodu mial katamaran I TO BYL CUD

Autor

  • Rafał Nowacki

    Rafał Nowacki

    Mieszka niedaleko Poznania, pracuje ja ko kierownik działu jakości w jednej z hiszpańskich firm. Jego celem jest „dokończenie” zeszłorocznej wyprawy, czyli objechanie całego Półwyspu Iberyjskiego. W Polsce przejechał rowerem m.in. wybrzeże Bałtyku i Roztocze.

Ostatnio czytali

  • werrrka
  • Formor
  • Azuredragon
  • Maju
  • misiek199028
  • biolog82
  • Flower
  • Talka1
  • Jolanta Lewa
  • avalon
  • AnBis
  • naten
  • aamber
  • EwaCzu
  • Michal1410

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się