Goa

20 lipiec 2010
Goafot. Shutterstock

Paraśurama, szóste wcielenie boga Wisznu, wypuścił strzałę w stronę Morza Arabskiego, nakazując falom, by się rozstąpiły. Miejsce, na które padła strzała, stało się nowym królestwem, które z czasem zaczęto nazywać Goa

Chłodna słodycz soku z arbuza rozkosznie gasi pragnienie. Jest 30°C, więc ukryłam się w cieniu na tarasie restauracji. I wcale nie myślę o tym, że w Warszawie jest minus 10. Prawie w ogóle nie myślę, trwając w absolutnym błogostanie. Patrzę na spokojne dziś morze, na gładki piasek plaży, na gęstwę palm i zaczynam rozumieć magię tych plaż. Jeszcze nie tak dawno masowo kwitły tu dzieci kwiaty, a dziś ściągają ci, co dość mają pośpiechu, wielkomiejskiego życia i nadmiaru dobrodziejstw cywilizacji. Zwyczajni turyści, ale i wszelkiego rodzaju oryginały z całego świata przyjeżdżają do Arambolu i innych miejsc na Goa, by leżeć w słońcu, popijać piwo w barach na plaży, a noce spędzać w stojących na niej bambusowych chatach, gdzie co prawda jest zakaz palenia trawki, ale przecież można wyjść na zewnątrz. Absolutnie wolni. Dzieci kwiatów prawie już nie ma, przetrwały jedynie najbardziej konsekwentne w wyborze takiej życiowej drogi okazy, które przybyły na Goa na przełomie lat 60. i 70., gdy setki tysięcy hipisów wyruszyło na wyprawę do Indii w poszukiwaniu love, peace and freedom.

Więcej zdjęć można znaleźć w galeriach społeczności. Zob. fotografie:

Droga z zaśnieżonego Okęcia do tego raju zajęła mi dziesięć godzin lotu i „postarzyła” mnie o cztery i pół godziny – o tyle w przód należy tu przesunąć zegarek. Ledwie dwa dni temu powitałam Nowy Rok. Po wyjściu z samolotu jak najszybciej pozbywam się swetra. Powietrze jest gorące i wilgotne. Na szczęście w busie, który wiezie mnie do hotelu w miejscowości Cavelossim, działa klimatyzacja. Za oknem migają kolorowe naszyjniki świateł rozpiętych na domach, hotelikach, restauracjach. Niemal przed każdym z tych budynków świecą białe gwiazdy betlejemskie, które znikną dopiero po 4 stycznia. Wielu mieszkańców Goa to chrześcijanie i Boże Narodzenie obchodzi się tu bardzo uroczyście.

Położone na południowo-zachodnim wybrzeżu kraju Goa to najmłodszy z indyjskich stanów. Przez 450 lat był prowincją portugalską. 18 grudnia 1961 r. indyjska armia w ciągu kilku godzin dokonała inwazji na jego terytorium, a nazajutrz rząd ofi cjalnie ogłosił przyłączenie Goa do Indii. Portugalskie dziedzictwo widoczne jest tu na każdym kroku, także jako liczne kaplice, kościoły. Chrześcijanie stanowią obecnie około 30 proc. populacji. Wyznawców hinduizmu jest blisko 65 proc., muzułmanów – 3 proc.
W hotelowym pokoju wita mnie gekon. Przyklejony nieruchomo do ściany pod sufi tem wygląda jak żółta broszka. Witaj! Liczę na to, że uwolnisz mnie od komarów i innych insektów, które dobrze się mają w tym wilgotnym, gorącym klimacie. Rano szybki chłodny prysznic stawia mnie na nogi, ale już za progiem czuję, że jestem w tropikach. To dzień na aklimatyzację – zatem plaża! Jedna z najpiękniejszych na Goa. Cicha, spokojna, czysta. Szeroki pas drobnego, białego piasku ciągnie się przez 10 km. Idę na spacer brzegiem ciepłego morza. W pobliżu mego hotelu skupiły się bary serwujące owoce morza i piwo o nazwie Kingfisher – zimorodek. Ten ptak o bajecznie kolorowym upierzeniu to jakby znak firmowy Goa. Tak nazywają się piwo i lokalne linie lotnicze. Grupa chłopców gra na piasku w krykieta – sport popularny w Indiach, ale nie tu – na Goa gra się w piłkę nożną! Przecież jeszcze 50 lat temu to była Portugalia…

Zesztywniałe od ślęczenia przy komputerach, blade europejskie ciała przywracają do formy indyjscy masażyści. Za stosunkowo niewielką opłatą 700 rupii (około 14 dolarów) oferują turystom godzinny zabieg na plażowym łóżku. Czemu nie? Poddaję się ugniataniu i rozciąganiu całego ciała, od palców stóp po czubek głowy, i podnoszę się jak nowo narodzona. Pachnę kokosowym olejkiem, którym masażysta natarł mi nawet głowę. Teraz dopada mnie jego żona. Nim zdążyłam zaprotestować, rozłożyła wokół mnie cały swój kram: bransoletki i pierścionki na ręce i stopy, kolorowe puzderka. Wszystko very good price. Sąsiednie łóżka osaczyły jej koleżanki. „Może henna na dłonie? A może wzorek na paznokcie? Od tamtej kupiłaś biżuterię, a jeszcze nie oglądałaś mojej! Very good price…”. Niełatwo odmówić.

Nazajutrz w planie kolejna plaża – słynna, bo filmowa. Odkąd Palolem Beach zagrała w filmie Krucjata Bourne’a, turyści muszą ją koniecznie zaliczyć.
Już dawno wypłoszyli stąd hipisów, którzy, uciekając przed nimi, przenoszą się z jednej plaży na drugą. A na wybrzeżu Goa mają ich do dyspozycji kilkadziesiąt. Jazda na południe stanu do Palolem trwa półtorej godziny i dostarcza specjalnych emocji. Dopiero teraz widzę, jak wąska i kręta jest szosa, po której pędzą samochody, skutery i rowery, przechodzą ludzie, przebiegają psy i flegmatycznie snują się krowy.
Portugalczycy podbili Goa w XVI w. W 1498 r. Vasco da Gama postawił stopę na plaży na Wybrzeżu Malabarskim, w pobliżu portu Kalikat, gdzie Arabowie i Chińczycy handlowali przyprawami, i założył tu faktorię. Handel pieprzem i innymi bezcennymi korzeniami stanowił dla Portugalii źródło ogromnych dochodów. W tym czasie Goa było pod rządami sułtana Bijapuru. W 1510 r. Portugalczycy pod wodzą komendanta Afonso de Albuquerque pokonali sułtana i przejęli całkowitą władzę nad stanem. Za żołnierzami podążyli misjonarze, z czasem coraz bardziej siłą wprowadzając chrześcijaństwo, ale przy okazji budując liczne kościoły, dzięki którym Goa zaczęto nazywać „Rzymem Wschodu”. Dziś chrześcijanie i hinduiści żyją tu w harmonii, wspólnie obchodząc swoje święta, a świątynie są odwiedzane przez wyznawców obu religii. Przy drodze, którą jadę, przed domami stoją bożonarodzeniowe szopki.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Materiały powiązane

  • Artykuł

    Pozdrowienia z... Indii

    Pozdrowienia z... Indii

    Dotarłam do Bombaju, mój bagaż też. Ze znajomymi spędzę w tym kraju miesiąc. Chcemy odwiedzić kilka miejsc, na przykład rajskie plaże Goa.

  • Artykuł

    Indie. Niczym mieszanka przypraw..

    Indie. Niczym mieszanka przypraw..

    Ten subkontynent ma wiele barw. Słowo „mozaika” najlepiej oddaje jego niepowtarzalny charakter. Indie są jak mieszanka przypraw masala. Czasem smakują na ostro jak soczewica w sosie curry, innym razem pachną słodkim nektarem kokosowym, niekiedy bywają spowite piekącym dymem haszyszu.

Dodaj komentarz

Autor

  • Danuta Śmierzchalska

    Danuta Śmierzchalska

    Redaktor magazynu National Geographic interesuje się sztuką i historią. Uważa, że ludzie powinni podróżować, bo dzięki temu uczą się tolerancji dla innych zwyczajów, religii i kultur.

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się