Dariusz Załuski i Kinga Baranowska. K2

ON – jeden z najbardziej utytułowanych polskich himalaistów. ONA – czołowa wspinająca się Polka. Rok temu wzięli udział we wspólnej wyprawie na K2. Musieli zawrócić ze względu na bardzo trudne warunki atmosferyczne. W tym roku po raz kolejny rzucili wyzwanie „górze gór”. ON stanął na szczycie 23 sierpnia. Było to pierwsze światowe wejście na K2 od 2008 r. ONA tydzień wcześniej musiała zrezygnować ze względu na bardzo złą pogodę.

W rozmowach z Travelerem Dariusz Załuski i Kinga Baranowska opowiadają o smaku sukcesu, porażkach, które okazują się zwycięstwami, oraz o różnicach między kobiecym i męskim alpinizmem.

ZASŁUŻYŁEM SOBIE NA TEN SZCZYT. Rozmowa z Dariuszem Załuskim

Wreszcie ci się udało.

Za czwartym razem! Wcześniej trzy razy musiałem z K2 zawrócić. Kiedy weszliśmy, Gerlinde Kaltenbrunner powiedziała: tym razem naprawdę zasłużyliśmy na ten szczyt. Poczułem to samo co ona.

Była jedyną kobietą w waszej ekipie.

Ale to ona nadawała tempo, ciągle nas motywowała. Gdy zobaczyła szczyt, wypaliła do przodu jak szalona. Weszła jako pierwsza.  Dla  niej  oznaczało  to  zdobycie  Korony  Himalajów – tym samym zresztą została pierwszą kobietą w historii, która zrobiła to bez tlenu.

Jej mąż Ralf Dujmovits zawrócił.

Zrezygnował na wysokości 5,5 tys., kiedy warunki były naprawdę trudne. Zaczęło bardzo mocno wiać, spadło prawie półtora metra śniegu.

Gerlinde nie miała do niego żalu?

Decyzję podjęli razem, choć widziałem, że jest im trudno. Ale Ralf jako jedyny z naszej piątki miał już ten szczyt na swoim koncie. Zdobył go w 1994 r., więc aż tak bardzo mu nie zależało. Zresztą ja też czułem, że moje wejście na K2 nie jest tak istotne jak pozostałych członków ekipy.

Dlaczego?

Gerlinde i Kazachowie: Maksut Zumajew i Wasilij Piwcow, kompletowali Koronę Himalajów. Moim zadaniem było rejestrować ich wejście kamerą, w pewnym sensie byłem więc tylko ich filmowcem. Dlatego nie zakładałem, że muszę koniecznie wejść. Czułem, że to oni są głównymi bohaterami, dlatego dawałem im pierwszeństwo – choćby w kolejce do użycia palnika czy suszenia butów.

To dziwne, ale mimo licznych sukcesów nie słychać w tobie wojownika…

Coś w tym jest, himalaizmu nie traktuję w kategoriach rywalizacji.  Nie  chcę  udowadniać, że jestem lepszy od innych. Zresztą wielokrotnie się przekonałem, że przesadne ambicje są we wspinaczce niezdrowe. Tym razem jednak było trochę inaczej, w pewnym momencie odkryłem w sobie jakąś sportową żyłkę. Im byłem wyżej, tym czułem większą chęć, by wreszcie na tę górę wejść.

Żeby znowu z nią nie przegrać?

Nawet nie. Chodziło raczej o to, że ekipa była szczególna.  Elitarna. Po pierwsze mała, po drugie niezwykle doświadczona. Gdyby zsumować osiągnięcia naszej piątki, wyszłoby z tego niemal 70 wejść na ośmiotysięczniki. Nie chcę być patetyczny, ale zrodził się między nami jakiś duch wspólnoty. Dzięki niemu czułem, że możemy dokonywać rzeczy niemożliwych.

Nawet wtedy, gdy Ralf zrezygnował?

Miałem moment zawahania, ale z drugiej strony czułem się naprawdę dobrze. Podczas wcześniejszego wejścia dwie noce spędziliśmy na wysokości 7,8 tys. m, więc miałem czas na aklimatyzację. Kondycyjnie dawałem radę.

A pogoda?

Nie było źle, choć na wysokości 8,3 tys. m musieliśmy rozbić namiot. Spędziliśmy tam 12 godzin. Zimno i ciasno, zwłaszcza dla mnie, bo jestem wysoki. Kiedy ogrzewaliśmy się palnikiem, były momenty, że ogień unosił się zbyt wysoko. To był znak, że zaczyna brakować tlenu.

Atak szczytowy zaczęliście o siódmej rano.

I początkowo szło całkiem nieźle. Jakieś 200 m od szczytu myśleliśmy nawet, że go już praktycznie mamy. Widzieliśmy grań oraz cień K2 kładący się na innych górach. Niebywałe uczucie. I nagle niespodziewanie trafiliśmy na półtorametrowy śnieg. Zaczęliśmy się posuwać z prędkością 20 m na godzinę. Przestraszyłem się, że nie damy rady.

Stanęliście na szczycie po południu.

Byłem na nim jakieś pół godziny.

Wybacz banał, ale musimy o to zapytać: jak tam jest?

Szczyt jest długi i wąski… Pewnie powinienem powiedzieć, że poczułem euforię…

A poczułeś?

Sęk w tym, że nie za bardzo. Za to widziałem wielką radość Gerlinde, która właśnie zdobyła Koronę Himalajów. Z kolei Kazachowie podeszli do sprawy bardziej biznesowo – zaczęli natychmiast robić zdjęcia z banerami sponsorów. A ja wiedziałem, że jestem filmowcem i muszę to wszystko nakręcić. Problem w tym, że niezbyt mi to wychodziło. Strasznie marzły mi palce, w dodatku w kamerze wyczerpały się baterie. Może przez to nie potrafiłem poczuć takiej czystej radości. No i przyznam, że bałem się zejścia.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Materiały powiązane

  • Artykuł

    Oswoić zimę - narty w Polsce i u sąsiadów

    Oswoić zimę - narty w Polsce i u sąsiadów

    13 sposobów na narty w Polsce i u sąsiadów.

  • Artykuł

    Wanda Rutkiewicz

    Wanda Rutkiewicz

    W obozie IV gaz i żywność się skończyły. W tej sytuacji Carlos Carsolio i Wanda Rutkiewicz 12 maja 1992 r. w nocy wyruszyli w kierunku szczytu Kanczendzangi trzeciej pod względem wysokości góry świata, o której mówi się, że nie lubi kobiet.

Dodaj komentarz

Autor

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się