Lilongwe jest stolicą tylko z nazwy. Jesteśmy z mężem zgodni – nigdy nie widzieliśmy równie ohydnego miasta. Przez centrum przepływa ogromny ściek. Do myślenia daje mi dopiero tabliczka z napisem „Lilongwe River”. Rzeka…? Zyskuję pewność, widząc rzesze kąpiących się. Mamy trochę czasu, więc nawiązujemy z Lilongwe bliższą, choć niekoniecznie pożądaną znajomość. Centrum tutejszego półświatka stanowi dworzec autobusowy. Jesteśmy zmuszeni odwiedzić go kilka razy. Ciekawe, że slumsy znajdują się w sąsiedztwie luksusowej dzielnicy ambasad. W drodze na dworzec podglądamy tutejszą codzienność. W Malawi sprzedaje się za bezcen puste słoiki i plastikowe butelki – to na wodę. Ponadto w mieście, w którym wciąż gotuje się na palenisku, drewno osiąga zawrotne ceny. A trzeba wiedzieć, że dla Malawijczyków na określenie „opał” zasługuje już pięć–dziesięć związanych ze sobą kilkucentymetrowych patyczków! Stragany z takimi stosikami są przy każdej ulicy.

Nareszcie mamy okazję zobaczyć, jak się przyrządza to, czym się żywimy od trzech tygodni – ugali. Cóż, warunki higieniczne raczej nie spełniają standardów europejskich. Do kotła stojącego na palenisku wsypuje się kaszę kukurydzianą i wlewa wodę, która stopniowo odparowuje. W Malawi jak w całej Afryce – jeden pracuje, reszta się przygląda, od czasu do czasu komentując. I tu wybraniec wkłada drąg do gara i energicznie miesza, a obserwatorzy co jakiś czas dorzucają kaszę garściami. Masa ciągnie się, gęstnieje i… gotowe. Ze sto kilogramów ugali czeka teraz na zjedzenie.

Ostatnią przygodą jest wizyta na targu. Zastanawiam się, na co nie będzie nas stać, jeśli dam się teraz skusić na afrykańskie dzieła po „wyjątkowo korzystnych cenach”. Część rzeczy jest naprawdę piękna, dlatego wieczorem, kiedy cichnie gwar, zaczynam rozmowę z jednym ze sprzedawców. Po dwudziestu minutach przynosi stolik, dwa długopisy, kartkę i zaprasza mnie do negocjacji. Sprowadza dziesięciu innych artystów, którzy prezentują mi swoje batiki. Targuję się pierwszy raz w życiu. Wychodzę z pięcioma obrazkami i dwiema rzeźbami za cenę dwukrotnie niższą „od sugerowanej”. Zaczyna mi się to naprawdę podobać.

Następnego dnia mój nowy znajomy daje się namówić na dłuższą rozmowę. Wobec wszechobecnych plakatów wyborczych pytam go o politykę. Chcę wiedzieć, czy głosuje.
– No tak, głosuję. Ale nasz prezydent nie jest za bardzo zainteresowany wyborami.
– Nie jest zainteresowany? – nie kryję zdziwienia.
– Nie, on po prostu wysyła swoich żołnierzy. I oni tylko stoją, ale już wiadomo, na kogo trzeba głosować.
Nie wydaje się zadowolony z tematu rozmowy, więc pytam go o inne sprawy. Dowiaduję się, że pora deszczowa paraliżuje życie w kraju na kilka miesięcy. W Afryce wszystko dzieje się na ulicy – zakupy, jedzenie, praca. Gdy zaczyna padać, świat zamiera. Przez sześć miesięcy trzeba zarobić tyle, żeby wystarczyło na kolejne pół roku. Przy czym ani Lilongwe, ani żadna z malawijskich wiosek to nie Zakopane, gdzie turyści zostawiają ciężkie pieniądze. Tym bardziej zaskakuje mnie fakt, że mój rozmówca narzeka o połowę mniej niż „babki-oscypki” na Krupówkach.   

Lilongwe jest ostatnim przystankiem przed Mozambikiem. Przewodnik opisuje szczegółowo pięć z sześciu przejść granicznych. O szóstym – koło miejscowości Dzedze – niewiele wiadomo, więc, jak twierdzi autorka, lepiej go unikać. Upieram się przy którejś z bezpiecznych opcji, ale mam małą siłę przebicia wobec mojego żądnego przygód męża.

Zaczynamy na dworcu o szóstej rano. Dotarcie do busa zajmuje nam godzinę – po drodze odmawiamy sprzedawcom: jajek, bułek, popcornu, skarpet, koszulek. Z ulgą zajmujemy swoje miejsca i... zaczyna się rewia. Przez kolejną godzinę zmieniają się towary oraz sprzedawcy, każdy używa innych dźwięków i gestów do zwrócenia naszej uwagi. Pan Zegarek – syczy, Pan Skarpetka – faluje, Pan Jajko – pogwizduje, Pan Kanapka – mlaszcze. Pan Koszulka stroi groźne miny (bo nadruki są z ibn Ladenem). Wszystko, co oferują, jest najlepsze, najświeższe, najtańsze. Tak żegnamy Lilongwe.

Nie wiemy, gdzie dokładnie powinniśmy wysiąść, by dotrzeć do granicy, ale jakoś się udaje. Do przejścia pojedziemy rowerami. Nie sami – każdy z nas ma kierowcę. Siadamy na bagażnikach obładowani jak wielbłądy. Ja jestem lekka. Ale szofer mego męża – a mąż z nim – przewracają się co pięć minut. W końcu pęka koło i „taksówka” jest do wymiany. Gdy docieramy wreszcie do przejścia, z żalem żegnamy Malawi. Za chwilę nie będziemy rozumieć nic. Przed nami Mozambik, cały po portugalsku.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Gość Gość
    Do moderacji
    2009-12-12 15:55

    Świetny opis, choć jak widzę nie mieliście czasu zajrzeć na wieś :))) Lilongwe czy Mzuzu nie wiele się różnią, a prawdę mówiąc to warto spędzić na "wsi" na spokojnie i leniwo kilka dni. To są niezwykli ludzie i potrafią zaskoczyć, ...poziomem ucywilizowania. W wielu momentach to europejczyk wygląda bardziej na dzikusa :) Mam klika fotek z okolic Mzuzu, będę musiał je wstawić, świetnie pokazują to o czym piszesz. Mnie zaskakuje to jak potrafią słuchać i w jaki sposób okazują szacunek, w zasadzie wszystkiemu, rozmówcy, obcemu, przyrodzie. Łatwo sobie zaskarbić ich przyjaźń. W sumie to jeden z bardziej spokojnych krajów w tym rejonie choć dzikiej afryki to raczej jest tam jak na lekarstwo. A europejskie buty na plaży nad Niasa ...po prostu rozpływają się :))) pokonane przez temperaturę.

Autor

Ostatnio czytali

  • meniek
  • Buczas
  • Karol_ina
  • spluq
  • jarson
  • Wiesław M
  • ecj3
  • soltanifar
  • milrohir2
  • kateplum
  • Krisp
  • JennyM
  • nusia
  • tereza53
  • Pordon
  • monika p
  • cool_full
  • Eksplorator
  • mdrab91
  • kartofelek89
  • drackner

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się