Armenia - Erywań

2 listopad 2010
Armenia - Erywań

Ze stolicą Armenii jest jak z dowcipami o Radiu Erewań. To, co się mówi, nie do końca jest prawdą. Po pierwsze miasto nie jest żadną prowincją, to wielkomiejska metropolia. Po drugie jednak wystarczająco egzotyczną, by zafascynować

turystów. A przede wszystkim to nie Erewań, ale Erywań.

Pierwszy dzień

10.00 Pierwsze kroki... I od razu uderza nas brak zabytków. Kilka dużych trzęsień ziemi zrobiło swoje. To, co widzimy, to efekt urbanistycznej wizji z lat 20. ubiegłego stulecia. Plusem, także dla turystów, jest zachowany przejrzysty układ głównych ulic zbiegających się na głównym placu miasta. Znakomicie ułatwia to chodzenie po centrum, zwłaszcza że do większości tutejszych atrakcji można spokojnie dojść na piechotę w 20–30 min. W miejsca bardziej oddalone dowożą marsz rutki, najtańszy sposób jazdy po stolicy.

11.30 Postanawiamy dotrzeć pod pomnik Matki Armenii. Można złapać taksówkę albo zdać się na marszrutkę. No albo podejść pod górkę, na co jednak w tym upale nie mamy ochoty. Sam pomnik jest w stylu radzieckim – monumentalny i bez polotu.

Nic dziwnego. Do 1967 r. zamiast posągu personifikacji Armenii na cokole stał kamienny Józef Stalin. Pusty wewnątrz. Dziś mieści się tu niewielkie muzeum wojskowe. Za to panorama roztaczająca się stąd na miasto – bezcenne! Podziwiamy okolicę, pstrykamy zdjęcia.

13.30 Zjeżdżamy w dół w poszukiwaniu przytulnej knajpki. Tawerna Kawkaz okazuje się strzałem w dziesiątkę. Jest tanio, pysznie i bardzo lokalnie. Najpierw na stół wjeżdżają sery, pasty twarogowe i sałatki oraz mnóstwo zieleniny. To popularny tu apetizer: trzeba urwać trochę miejscowego chleba – lawasza, nałożyć do środka, co się komu żywnie podoba, zawinąć i jeść palcami! Zielenina, czyli świeża bazylia, mięta, szczypior, dymka i bardziej lokalne zioła, służą jako przyprawa do tak sporządzanych „naleśników”. Tak naprawdę lawasz to chleb bez drożdży czy zakwasu, a więc nie wyrasta; nie jest smażony, lecz po wyrobieniu i wywałkowaniu pieczony w specjalnych ziemnych piecach. Najlepszy świeży, prosto z takiego pieca – pachnący i chrupiący. Pokusa, by spróbować każdej z wyłożonych na stół przekąsek, okazuje się zgubna. Na stół wjeżdża bowiem główne danie: kufta, czyli wołowina rozbijana między kamieniami na masę, z dodatkiem brandy. Pyszne, ale choć oczy by jeszcze jadły, żołądek daje znać, że to już kres możliwości konsumpcyjnych. Kończymy tutejszą kawą surj, mocną i aromatyczną. Do wyboru jest też inny lokalny specjał – herbata tymiankowa, podobno świetnie wspomagająca trawienie i uspokajająca. W Armenii na posiłek trzeba zarezerwować sobie przynajmniej godzinę. Jeśli ma się w planach jakąś terminową sprawę, lepiej nie rozsiadać się w knajpie i zjeść coś na szybko, np. tutejszego pączka – uprzedzam, jest ogromny i bardzo słodki, porcja raczej do podziału między dwoje mniej głodnych, ale syci. Popić można mineralną ze sklepu, ale lepiej kwasem chlebowym rozlewanym na ulicy z czegoś w rodzaju saturatora.

15.00 Muzeum manuskryptów – Matenadaran. To jedna z największych bibliotek manuskryptów na świecie. Przed wejściem pomnik Mesropa Masztoca – duchownego i twórcy ormiańskiego alfabetu. Ten wykształcony mnich, doradca królów, zdecydował się porzucić światową karierę i poświęcić się głoszeniu Słowa Bożego wśród mieszkańców Armenii. By uniknąć lapsusów podczas interpretacji miejscowym Biblii dostępnej wtedy (ok. 400 r. n.e.) tylko w obcych językach, postanowił stworzyć alfabet oddający wszystkie skomplikowane dźwięki tutejszego języka. Pierwotnie składał się on z 36 liter ułożonych w czterech dziewięcioliterowych kolumnach, które – co ciekawe – długo służyły również do zapisywania liczb. Litery z ostatniej kolumny oznaczały jedności, z trzeciej – dziesiątki, z drugiej – setki, a z pierwszej – tysiące. Masztoc już za życia doczekał się wielkiego uznania, a po śmierci został jednym z tutejszych świętych. I niemiła informacja: muzeum właśnie się zamyka. Czynne do 16. Na szczęście nasza przewodniczka ma dar przekonywania. Specjalnie dla Polaków panie kustoszki decydują się pokazać nam swoje najcenniejsze zbiory i o nich opowiedzieć. Przewodniczka oprowadza nas po sali wyjątkowych manuskryptów. Każdy ma wielowiekową historię, odrębną technikę wykonania, niewiarygodnie kolorowe miniatury. Są nawet stare melodie zapisane oryginalnie armeńską transkrypcją –  chaz, którą dopiero w XX w. odcyfrował i na nowo odkrył zaklętą w niej muzykę Solomon Solomonian, znany jako Komitas Vartabed, Jest też średniowieczny „komiks” ukazujący przygody jednego z tutejszych bohaterów. Godzina mija niepostrzeżenie. Zwłaszcza że w muzeum, zbudowanym z tufu i bazaltu, wręcz wkopanym w zbocze wzgórza, panuje przyjemny chłód. Doceniamy go zwłaszcza po wyjściu, gdy na ulicach raczej lokalna letnia norma +40°C. Do hotelu można dotrzeć na piechotę w 30–40 min. Dla klimatyzowanego busa to żadna alternatywa, ale dla zatłoczonej marszrutki i owszem. Wędrując w dół ulicą i szukając cienia budynków, zaczynamy rozumieć, dlaczego życie towarzyskie zaczyna się tu po zmroku. To wtedy ożywają kawiarniane ogródki i otwierają podwoje dyskoteki.

18.30 Czas na obiad. Miejscowego posiłku podawanego o tej porze żadną miarą nie można bowiem nazwać kolacją. Restauracja Old Erivan zlokalizowana w wielopiętrowej narożnej kamienicy w centrum Erywania to miejsce magiczne. Na parterze mieści się tu sklep z pamiątkami, do restauracji trzeba wejść po krętych schodach, ale dla leniwych jest i winda gustownie wkomponowana w tradycyjne wnętrze. W obszernej sali stoi kilkanaście stołów, a biesiadnikom przygrywają folkowe kapele. Miejscowi między drugim daniem a deserem chętnie ruszają w tany.

20.30 Przenosimy się na drinka do niedalekiej restauracji na świeżym powietrzu. Zamawiamy... i mamy szczęście, że siedzimy pod płóciennym dachem. Ulewa w 20 min. moczy okolicę do suchej nitki. My czekamy, aż deszcz nieco zelżeje. Wędrówka do hotelu w popadującym kapuśniaczku przy temperaturze 26°C okazuje się całkiem przyjemna. Na miejscu czeka nas kolejna atrakcja: grające fontanny. Codziennie na placu Republiki od 21 do północy odbywa się spektakl typu światło, dźwięk i woda. Setki podświetlanych na różne kolory wodotrysków tańczą w rytm popularnych przebojów muzyki klasycznej. Podziwiają je prawdziwe tłumy. Do późna bawią się wszyscy, nawet małe dzieci, które widzi się spacerujące z rodzicami jeszcze po północy. Gdy gasną światła i fontanny kończą taniec, wracamy do hotelu.

Drugi dzień

8.30 Jedziemy do Echmiadzinu – siedziby katolikosa i najstarszej czynnej armeńskiej świątyni – kościoła św. Grzegorza Iluminatora. Zbudowana została w V w. i wielokrotnie odbudowywana ze zniszczeń. To ją miała przyćmić rozmachem katedra Zwartnots (niebiańskich aniołów) wzniesiona w połowie VII w. w pobliskim Valarsapat za sprawą ówczesnego katolikosa Nersesa III zwanego Budowniczym. Przy tej ostatniej zatrzymujemy się po drodze. Do dziś wyglądają imponująco, mimo że zawaliła się w X w. Warto zobaczyć, zwłaszcza że to praktycznie przedmieście Erywania (ok. 10 km od centrum), a po całym kompleksie można bez przeszkód spacerować i robić zdjęcia. Po monumentalnej budowli pozostały tylko ruiny, tymczasem mniejszy kościół Grzegorza Iluminatora w Echmiadzinie trwa do dziś. Podobnie jak większość armeńskich budowli wzniesiono go z tufu – wulkanicznej skały zachowującej chłód latem, a ciepło zimą. Tu i na otaczającym terenie odbywają się wszystkie najważniejsze kościelne uroczystości, takie jak niedawne obchody 1700-lecia tutejszego chrześcijaństwa. Przed wejściem do świątyni, pod zdobionymi płytami znajdują się groby poprzednich katolikosów, a na tyłach, w pięknie utrzymanym ogrodzie – siedziba obecnego zwierzchnika armeńskiego kościoła.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się