Reklama

Spis treści:

  1. Architektura przemiany i pop-art
  2. Z widokiem na średniowiecze
  3. Deszczowa Kalamaja i pyszne zakończenie dnia
  4. Wśród starych drzew, kwiatów i ptasich treli
  5. Jak łatwo i tanio zwiedzać Tallinn

Ciepło powoli i miarowo wypełniało kabinę, niosąc ze sobą aromat żywicy oraz opalanego drewna. Zamknięci z mamą w tradycyjnej estońskiej saunie w nadmorskim kompleksie Iglupark, na terenie zrewitalizowanej dzielnicy Noblessner, zaczęliśmy nasz talliński weekend od doświadczenia niezwykle istotnego w tutejszej kulturze. Przez okno pokrytego świerkowym gontem igloo, stojącym na drewnianym pomoście tuż nad brzegiem Zatoki Fińskiej, obserwowaliśmy spokojną taflę Morza Bałtyckiego. I oddawaliśmy się wieczornemu relaksowi.

Sauna w Estonii to zakorzeniony w społecznej świadomości rytuał oczyszczenia ciała i umysłu, którego korzenie w tym kraju sięgają XIII wieku. Przez stulecia to niepozorne pomieszczenie stanowiło ważne miejsce w codziennym życiu. Traktowano je jako sterylne, bezpieczne sanktuarium zdrowia, gdzie dzięki odkażającym właściwościom dymu oraz wysokiej temperaturze nie tylko opiekowano się chorymi, ale także przyjmowano na świat dzieci. Ów wielki szacunek do uzdrawiającej mocy natury przetrwał w Estończykach do dziś, a kultywowany na południu kraju starodawny obyczaj sauny dymnej (suitsusaun) z regionu Võromaa został wpisany na Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.

Sauna w Iglupark
Sauna w Iglupark / fot. Michał Cessanis

Po kwadransie nagrzewania, wyszliśmy na zewnątrz, by na moment zanurzyć się w chłodnych wodach Bałtyku. Potem ten rytuał powtórzyliśmy jeszcze kilka razy. To był ogromny zastrzyk endorfin i znakomity początek naszej podróży.

Architektura przemiany i pop-art

Szukając bazy, z której mielibyśmy blisko do głównych atrakcji miasta, zatrzymaliśmy się w hotelu Citybox Tallinn, ulokowanym na terenie nadmorskiego kompleksu Porto Franco. Wybrałem ten adres z prostego powodu – to był świetny punkt, skąd dosłownie wszędzie mogliśmy dotrzeć spacerem albo wsiąść w tramwaj i także w ten sposób poznawać miasto.

Zaledwie kilkuminutowa przechadzka wystarczyła nam, by z hotelu przenieść się do dzielnicy Rotermann. Jeszcze w XIX wieku ten tętniący życiem obszar, rozwijany przez przemysłowca Christiana Abrahama Rotermanna, stanowił prężne centrum gospodarcze z dymiącymi kominami fabryk, młynami oraz spichlerzami. A dziś jest jednym z najlepszych przykładów rewitalizacji postindustrialnych budynków w Europie. Architekci doskonale połączyli ceglane budynki z nową architekturą. Spędziliśmy tam sporo czasu, bo to połączenie przeszłości z nowoczesnością zachwycało nas na każdym kroku.

Rotermann
Rotermann / fot. Michał Cessanis

Zanim zaczęliśmy podziwiać sztukę, spacerowaliśmy między budynkami, w których miejsce dla siebie znalazły przytulne restauracje, kawiarnie, galerie sztuki, czy sklepy z estońskim dizajnem. Weszliśmy m.in. w Pasaż Stalkera (Stalkeri käik) – fascynujący, wąski zaułek nazwany tak na cześć słynnego filmu Andrieja Tarkowskiego, którego sceny kręcono właśnie w tym surowym, poprzemysłowym otoczeniu pod koniec lat 70. Dzisiaj mury ożywia świetny street art. W sercu owego architektonicznego fenomenu zajrzeliśmy do Røst Bakery. Ta piekarnia słynie ze znakomitej kawy i otwartej kuchni, gdzie na żywo mogliśmy obserwować, jak powstają słodkości, które za chwilę mieliśmy skosztować. Zamówiliśmy bułeczki kaneelirullid, nadziane cynamonem i kardamonem, które bardzo nam smakowały.

Prawdziwą rewelacją okazało się natomiast położone po sąsiedzku PoCo Pop & Contemporary Art Museum, którego wyrazisty, różowy szyld można dostrzec z daleka. Zgromadzono tam fenomenalną kolekcję dzieł – podziwialiśmy oryginalne prace ikon takich jak Andy Warhol, Banksy, Jeff Koons czy Roy Lichtenstein. Najdłużej przyglądaliśmy się jednak ekspozycji wygenerowanej przez sztuczną inteligencję. To instalacja Refika Anadola, uznanego w świecie twórcy sztuk medialnych, którego projekt „Machine Hallucinations: Nature Dreams” opiera się na 300 milionach ogólnodostępnych fotografii flory i fauny. Płynące przed naszymi oczami abstrakcyjne kolory, wzory oraz kształty przywoływały skojarzenia z przyrodą, ale z perspektywy maszyny przypominały cyfrowy sen. Przyznaję, że patrzyliśmy na to jak zahipnotyzowani, a później dyskutowaliśmy o tym, jak sztuczna inteligencja zmieniła i nadal będzie zmieniać nasze życie.

Z widokiem na średniowiecze

Zaledwie kwadrans dzielił nas od innej epoki. Z dzielnicy Rotermann poszliśmy na Stare Miasto, uznawane za jedno z najładniejszych w Europie – i nie ma w tym przesady. Granicę epok przekroczyliśmy, wchodząc przez historyczną, porośniętą bluszczem Bramę Viru, której zachowane baszty przypominały wejście do warownej twierdzy. Wkroczyliśmy w plątaninę brukowanych uliczek, których układ nie zmienił się od XIII wieku. Zagłębiając się w ten labirynt z nierównych kocich łbów, mijaliśmy dawne siedziby hanzeatyckich gildii kupieckich z masywnymi, kunsztownie rzeźbionymi portalami. Wąskie, barwne fasady gotyckich kamienic zwieńczono stromymi dachami, na których szczytach wciąż można było dostrzec drewniane wyciągi, służące dawniej do transportu towarów prosto na górne, magazynowe kondygnacje.

Stare Miasto w Tallinie
Stare Miasto w Tallinie / fot. Michał Cessanis

Przy Głównym Rynku, nieopodal gotyckiego ratusza, działa słynna Apteka Magistracka (Raeapteek) – najstarsza nieprzerwanie funkcjonująca placówka tego typu w Europie (od 1422 roku), gdzie zamożni mieszkańcy nabywali wieki temu sproszkowany róg jednorożca czy zmumifikowane żaby. Aptekę można bezpłatnie zwiedzić. W historycznych wnętrzach wyeksponowano ręcznie malowane słoje i szklane buteleczki z łacińskimi nazwami, stojące na masywnych, drewnianych regałach. Można tam z bliska obejrzeć zabytkowe wagi aptekarskie, mosiężne moździerze, wyblakłe receptury oraz dawne instrumenty medyczne. Z drewnianego sufitu zwisają pęki suszonych ziół, a w gablotach kryją się historyczne składniki dawnych mikstur, pozwalając przy okazji poznać historię marcepana, który przed wiekami był przepisywany właśnie w tym miejscu na receptę jako sprawdzony lek na złamane serce.

Weszliśmy również do Muzeum Niguliste, mieszczącego się w gotyckim kościele św. Mikołaja. Przeszklona winda zawiozła nas na taras widokowy, skąd świetnie było widać geometryczną siatkę czerwonych dachówek, a także doskonale zachowane dawne mury z potężnymi basztami obronnymi o ceglastych hełmach. Dalej wznosiło się wapienne wzgórze Toompea, gdzie stoi wzniesiony w 1900 roku sobór św. Aleksandra Newskiego, będący symbolem czasów rosyjskiej dominacji. Z kolei po przeciwnej stronie horyzont zamykały chłodne wody Zatoki Fińskiej, w której kąpiel mieliśmy już zaliczoną.

Deszczowa Kalamaja i pyszne zakończenie dnia

Deszczowe popołudnie spędziliśmy w dzielnicy Kalamaja, której nazwa oznacza „dom rybaka”, co stanowi doskonałe odzwierciedlenie tutejszej historii. Już od XIV wieku ten położony tuż za murami Starego Miasta obszar tradycyjnie należał do poławiaczy szprotów oraz morskich handlarzy. Kameralna, średniowieczna osada zmieniła swój charakter w 1870 roku, gdy Tallinn połączono nową linią kolejową z Sankt Petersburgiem. Nagły rozwój przemysłu sprawił, że wokół zaczęły wyrastać fabryki, a do miasta ściągnęły tysiące robotników potrzebujących zakwaterowania.

Spacerując pod parasolami takimi uliczkami jak Valgevase, Kalju, Kungla, Vana-Kalamaja czy Niine, chłonęliśmy unikatową zabudowę określaną oficjalnie jako „Tallinna maja”. To wielokolorowe, dwupiętrowe budynki mieszkalne z drewna, wznoszone w latach 20. i 30. ubiegłego stulecia. Ich konstrukcja jest niezwykle charakterystyczna: składają się z dwóch symetrycznych, drewnianych skrzydeł, które przedziela centralna, wybudowana z silikatu klatka schodowa, pełniąca ówcześnie funkcję zapory przeciwpożarowej. Szacuje się, że do dziś w stolicy przetrwało około pięciuset takich zabytkowych domów, które obecnie zajmowane są przez młodych, kreatywnych mieszkańców, a sam rejon uchodzi za jeden z najbardziej pożądanych adresów na estońskim rynku nieruchomości.

PoCo Pop & Contemporary Art Museum
PoCo Pop & Contemporary Art Museum / fot. Michał Cessanis

Minęliśmy neogotycką bryłę kościoła baptystów (Kalju Baptist Church), a następnie zagłębiliśmy się w Park Kalamaja. Niezwykła jest historia tego miejsca, bowiem teren na którym dziś bawią się dzieci, był dawniej cmentarzem, przekształconym w przestrzeń rekreacyjną dopiero w latach 60. XX wieku. Potem zajrzeliśmy na zadaszony rynek tuż przy dworcu kolejowym Balti Jaam – to kultowy punkt na mapie miasta, w którym stoiska ze świeżymi lokalnymi produktami i antykami mieszają się z doskonałym, różnorodnym street foodem.

Z dawnych robotniczych kwartałów przeszliśmy do bijącego serca dzielnicy, czyli Telliskivi Creative City. Ten kompleks zrewitalizowanych zakładów Kolei Bałtyckiej odrodził się jako tętniące życiem centrum alternatywnego Tallinna. W surowych, industrialnych wnętrzach funkcjonują niezależne pracownie, butiki promujące najlepszy estoński design oraz restauracje. Tutaj także znajduje się Fotografiska – światowej sławy muzeum sztuki, kultury i fotografii wywodzące się ze Sztokholmu.

Wieczór spędziliśmy w Uma Restoran, w nadmorskiej dzielnicy Noblessner. Ten fragment miasta to historyczna stocznia łodzi podwodnych imperialnej Rosji, założona na początku XX wieku. Dziś surowa, postindustrialna architektura dawnych hal fabrycznych sąsiaduje teraz z nowoczesną mariną jachtową. W tym portowym otoczeniu, tuż nad brzegiem Zatoki Fińskiej, azjatyckie tradycje kulinarne krzyżują się na talerzach z nowoczesnym, europejskim sznytem.

Kolację zaczęliśmy od orzeźwiającej i lekko pikantnej sałatki z zielonego mango. Następnie na stole pojawił się chrupiący kurczak w glazurze z tamaryndowca, serwowany z sałatką z kalarepy i rzodkwi daikon z dressingiem na bazie czarnego pieprzu i chili oraz lekko wędzony boczek podany w pikantnym, słodko-kwaśnym sosie limonkowym. Na finał tej uczty zamówiliśmy aksamitny, śmietankowy krem o smaku azjatyckiego cytrusa yuzu i kurkumy, podany z truskawkami oraz sezamowym karmelem. To było pyszne zakończenie dnia.

Wśród starych drzew, kwiatów i ptasich treli

Niedzielę zarezerwowaliśmy na odkrywanie arystokratycznej twarzy nadbałtyckiej stolicy. Tramwajem pojechaliśmy do Kadriorgu – najbardziej eleganckiej części miasta, której historia jest zapisem imperialnego rozmachu. Po podboju tych ziem na początku XVIII stulecia, car Piotr Wielki założył tam posiadłość wraz z rozległym parkiem publicznym. Nazwę Ekaterinenthal („Dolina Katarzyny”), brzmiącą po estońsku właśnie Kadriorg, nadał temu terenowi na cześć żony, Katarzyny I. Zbudowany z jego polecenia barokowy pałac, otoczony lasami, symetrycznymi stawami i fontannami, do dzisiaj pozostaje największą atrakcją w okolicy.

Pałac w Kadriorgu
Pałac w Kadriorgu / fot. Michał Cessanis

W kolejnych latach Kadriorg stawał się prestiżowym adresem bogatych mieszczan, którzy w cieniu drzew budowali letnie rezydencje. Wschodnia dzielnica wpisała się również w dzieje medycyny – tutaj zrodziła się estońska kultura uzdrowiskowa. W 1813 roku doktor Benedikt Georg Witte otworzył w tej lokacji pierwszy nadmorski kurort w całym Imperium Rosyjskim. Dzisiaj w Kardiorgu swoje siedziby mają ambasady, tutaj również urzęduje prezydent republiki.

Najwięcej czasu spędziliśmy w rozległym parku, przechadzając się alejkami wśród starych drzew, kwiatów i ptasich treli. A potem usiedliśmy na jednej z białych ławek w pobliżu pałacu i chłonęliśmy spokój miasta w tej zielonej oazie. Tallinn udowodnił nam, że w pełnej atrakcji stolicy można zwolnić, złapać oddech i po prostu odpocząć.

Jak łatwo i tanio zwiedzać Tallinn

Dojazd

Do Tallinna polecieliśmy bezpośrednio z Warszawy linią LOT. Za bilety w dwie strony zapłaciliśmy po 650 zł od osoby. Połączenia z Polski do stolicy Estonii realizuje także linia Wizz Air.

Nocleg

Spaliśmy w hotelu CityBox położonym w pobliżu turystycznych atrakcji oraz terminala promowego. Za dwa pokoje bez śniadania, za dwie noce zapłaciliśmy 1700 zł. Obok hotelu jest bardzo dobra restauracja, w której jadaliśmy śniadania płacąc ok. 18 euro za osobę.

Zwiedzanie z Tallinn Card

Kluczem do swobodnego i budżetowego poznawania stolicy Estonii jest zaopatrzenie się w Tallinn Card. To oficjalna miejska karta turystyczna, w cenę której wliczona jest komunikacja miejska oraz wstęp do najważniejszych muzeów i atrakcji turystycznych (w tym m.in. do Pałacu w Kadriorgu, Muzeum Niguliste oraz licznych obiektów na Starym Mieście). Ceny Tallinn Card (dla osoby dorosłej):

  • karta 24-godzinna: 43 euro,
  • karta 48-godzinna: 63 euro,
  • karta 72-godzinna: 76 euro.

Więcej informacji znajdziecie na stronie visittallinn.ee.

Nasz autor

Michał Cessanis

Od 14 lat redaktor prowadzący i sekretarz redakcji National Geographic Traveler oraz autor podróżniczej serii „Do zobaczenia” w Dzień Dobry TVN i TVN Style. Dziennikarz, który od lat życie spędza w drodze, łącząc pasję do eksploracji z rzetelnym warsztatem reportażysty. W swoich tekstach szczególną wagę przywiązuje do detali, historii spotykanych ludzi oraz ochrony dzikiej natury. Autor książek: „Opowieści z pięciu stron świata” i „Made in China”. Jako ambasador plebiscytu „Cuda Polski National Geographic Traveler” z równą pasją odkrywa nieznane zakątki kraju, co najdalsze krańce globu. Ma w genach ciekawość świata i otwartość na inne kultury. Nie straszne są mu ekstremalne warunki czy bariery językowe – dla niego to nie przeszkody, lecz paliwo do działania i tworzenia angażujących opowieści.
Michał Cessanis
fot. Michał Cessanis
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...