Reklama

Od dawna sportowcy wierzyli, że za słynny stan błogości i zmniejszenia bólu podczas długich biegów odpowiadają endorfiny. Teraz wiemy jednak, że cząsteczki te są zbyt duże, by z taką łatwością przeniknąć z krwi do mózgu. Skąd zatem bierze się ten legendarny stan uniesienia?

Okazuje się, że w odpowiedzi na ekstremalny wysiłek nasz organizm zaczyna produkować endokannabinoidy – naturalne, wewnętrzne przekaźniki chemiczne. Związki te stymulują w mózgu te same receptory, co substancje psychoaktywne zawarte w marihuanie (np. THC), wywołując szerokie spektrum reakcji: od łagodzenia stresu, przez analgezję, aż po przypływy nagłej radości.

Jak działa „chemia szczęścia”? To ważny proces chroniący organizm

Naukowcy z Uniwersytetu w Duisburgu i Essen postanowili dokładnie zbadać ten proces w warunkach polowych. W badaniu opublikowanym na łamach czasopisma „BMC Medicine” przeanalizowali próbki krwi pobrane od 19 maratończyków oraz 36 ultramaratończyków pokonujących dystanse od 100 do nawet 230 kilometrów.

Eksperyment udowodnił, że wraz z uciekającymi kilometrami ludzkie ciało pompuje do krwiobiegu dwa najważniejsze związki. Pierwszy z nich to anandamid, którego nazwa wywodzi się z sanskryckiego słowa ananda oznaczającego „błogość”. Od 14. kilometra biegu jego stężenie we krwi zawodników drastycznie rosło, bezpośrednio korelując ze zmniejszeniem poziomu lęku i wyraźnym poczuciem szczęścia.

Drugi związek, oznaczany jako 2-AG, zachowywał się zupełnie inaczej – pojawiał się w organizmie znacznie później i pozostawał aktywny długo po przekroczeniu mety. Zdaniem badaczy jego zadaniem nie jest już poprawa nastroju, lecz agresywne zarządzanie stanami zapalnymi i stymulowanie regeneracji przeciążonych tkanek.

Zaskakujący paradoks ultramaratonu. Czy można biegać „za dużo”?

Największe zdziwienie przyniosły jednak wyniki zawodników startujących na dystansach ultra. Choć biegli oni znacznie dłużej (nawet kilkadziesiąt godzin), poziomy endokannabinoidów w ich organizmach były, paradoksalnie, niższe niż u standardowych maratończyków. Dlaczego tak się stało?

Chemię szczęścia uruchamia bowiem nie tyle czas trwania wysiłku, a jego intensywność. Ultramaratończycy poruszają się wolniej, aby oszczędzać energię. Skrajne wyczerpanie glikogenu i gigantyczny ból mięśniowy zupełnie zmieniają biochemiczną odpowiedź ciała. Co więcej, rzadziej doświadczali oni samej „euforii biegacza” – na 36 uczestników najdłuższego biegu, ten mityczny stan zgłosiło zaledwie 12 osób. Ból okazał się silniejszy niż chemia.

Jak podkreśla główny autor badania, psychiatra Michael Siebers, ludzka fizjologia wysiłku wymyka się schematom, a próbę dokładnego naukowego uchwycenia euforii biegacza porównał do „próby schwytania mgły do słoika”. Wiemy jednak jedno – uwalniane przez organizm endokannabinoidy nie są jedynie przyciskiem uruchamiającym radość. To przede wszystkim zaawansowane narzędzie ewolucyjne, które uśmierza ból na tyle, by pozwolić nam przetrwać i przebiec jeszcze jeden, pozornie niemożliwy kilometr.

Źródło: BMC Medicine

Szukasz więcej inspirujących podróży, fascynujących odkryć i opowieści ze świata nauki? Skorzystaj ze specjalnej oferty prenumeraty magazynów National Geographic Polska i National Geographic Traveler.

Nasz autor

Jonasz Przybył

Redaktor i dziennikarz związany wcześniej m.in. z przyrodniczą gałęzią Wydawnictwa Naukowego PWN, autor wielu tekstów publicystycznych i specjalistycznych. W National Geographic skupia się głównie na tematach dotyczących środowiska naturalnego, historycznych i kulturowych. Prywatnie muzyk: gra na perkusji i na handpanie. Interesuje go historia średniowiecza oraz socjologia, szczególnie zagadnienia dotyczące funkcjonowania społeczeństw i wyzwań, jakie stawia przed nimi XXI wiek.
Jonasz Przybył
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...