Czas na pierwszą z 50 podróży, które trzeba w życiu odbyć. W kolei transsyberyjskiej ciekawe rzeczy dzieją się w środku. Jeździ się nią po to, by poznać rosyjską duszę, a nie rosyjskie krajobrazy

Tu zaczyna się Azja – mówią mieszkańcy Moskwy o dworcach Jarosławskim i Kazańskim, skąd odchodzą pociągi na Syberię i do Azji Środkowej. Dziś to już raczej historyczna uwaga. Azjatyckości tego miejsca można się jedynie domyślać po większej liczbie skośnookich czy śniadolicych podróżnych. Jednak jeszcze kilka lat temu rejwach był tu iście orientalny, a na placu między oboma stacjami funkcjonował nawet całkiem spory bazarek. Wśród obitych sidingiem bud z mydłem i powidłem kręciło się pełno facecików oferujących wymianę euro i dolarów po niezwykle atrakcyjnym kursie. Nie wiem, co mi odbiło, ale kiedyś, jadąc nad Bajkał, postanowiłam skorzystać z usług jednego z nich. Uzgodniliśmy, ile powinnam dostać, a potem cinkciarz starannie, teatralnym gestem odliczył należne mi banknoty. Jakież było moje przerażenie, gdy po chwili stwierdziłam, że mam ich tylko połowę. Pobiegłam za znikającym w tłumie mężczyzną i ze łzami w oczach oświadczyłam, że mnie oszukał.

Może był to zwykły amator, może początkujący w tym fachu naiwniak, w każdym razie po krótkiej chwili wahania wyjął zza pazuchy plik pieniędzy i wręczył mi brakujące kilkaset rubli. – Czto chotitie, eto Rossija [No cóż, to Rosja] – westchnęła przyglądająca się całej scenie babuszka handlująca pestkami słonecznika. Teraz na miejscu bazarku jest elegancki skwer, a gotówkę na podróż można już po prostu wyjąć z bankomatu. Jednak Czto chotitie, eto Rossija to wciąż chyba najczęściej wypowiadane w Rosji zdanie pod adresem cudzoziemców. Nie wiem, czy babuszka chciała wtedy wyrazić swoje oburzenie kradzieżą, czy raczej podziw dla skruchy oszusta. W każdym razie połączenie cwaniactwa z – w gruncie rzeczy – miękkim sercem to wszechobowiązujący standard, nie tylko w półświatku, także wśród wszelkiej maści urzędników.

Najlepszym przykładem takiego podejścia do ludzi są prowadnice, czyli konduktorki w rosyjskich pociągach. Irinę Pietrowną poznaję już na peronie jarosławskiego dworca. Do odjazdu jest pół godziny, ona już stoi jak cerber, broniąc wejścia do środka. O matko! – myślę sobie, bo Irina, o której nie wiem jeszcze nawet, że jest Iriną, wygląda groźniej niż jej koleżanki pilnujące drzwi do sąsiednich wagonów. Biorąc ode mnie paszport i bilet, łypie srogo spod tlenionej grzywki i daszka konduktorskiej czapki. Cała jej postawa zdaje się mówić – pasażerze, jesteś niczym w porównaniu z potęgą rosyjskich kolei żelaznych. Szybko okazuje się, że Irina Pietrowna będzie rzeczywiście panią życia i śmierci dla gromady kilkudziesięciu pasażerów naszego wagonu. To płackartnyj, w odróżnieniu od kupiejnego nie ma w nim przedziałów. Piętrowe łóżka ustawione są albo prostopadle – z jednej, albo równolegle – z drugiej strony ścian wagonu, co tworzy malutkie zatoczki. Ich lokatorzy będą przez tych kilka dni dla siebie jak najbliższa rodzina. Najpierw jednak prowadnica musi pokazać swoją władzę. Wydaje pościel, zbiera zamówienia na herbatę i zwraca pobrane przy wejściu bilety, odnotowując przy tym w swoim kajecie, kto dokąd jedzie. To, żeby móc delikwenta obudzić we właściwym momencie. Później odkryję, że jak kogoś nie lubi, budzi go nawet na dwie godziny przed jego stacją, wszystko pod pretekstem, że pasażer musi po sobie posprzątać i zdać pościel. Swoim faworytom konduktorka daje pospać nawet półtorej godziny dłużej. Ale jednego pana, który jej się co prawda wyjątkowo naraził, bo palił w toalecie i konsumował nielegalnie alkohol, ostrzegła dopiero na 10 min przed Krasnojarskiem, dokąd jechał. Nie zdążył biedak ani zrobić siku, ani umyć zębów. Ledwie co uporał się z zamianą dresów – obowiązkowego stroju każdego podróżującego koleją obywatela b. ZSSR – na bardziej wyjściowe ubranie.

Nacjonalista z górnej półki

Prawdziwe życie pociągowe zaczyna się, jak wszyscy przebrani zasiadają do pierwszego posiłku. Gorąca herbata dymi ze szklanek ustawionych na stolikach między łóżkami. Obok lądują kanapki z kiełbasą, warzywa, najczęściej pomidory, ogórki i dymka, starannie zawinięte w gazetę, koniecznie z odrobiną soli spakowaną w oddzielny rożek z folii czy gazety. Kiedyś najlepsze jedzenie można było kupić na peronach. Teraz w większości miejscowości, przez które przechodzi trasa kolei transsyberyjskiej, handel jedzeniem na dworcach jest zakazany. Cóż, sanepid. Zniknęły babcie oferujące ogórki i maliny z wiadra, nastoletni chłopcy przepasani naszyjnikami z suszonych ryb – najlepszych do piwa. Mimo to każdy postój jest wciąż atrakcją. Lista przystanków wraz z czasem, jaki dany pociąg stoi w poszczególnych miejscowościach, wisi zaraz za klitką prowadnicy. Niestety kiedy pociąg ma opóźnienie, od świętych reguł wypisanych na tym dokumencie bywają odstępstwa. To także jeden z argumentów, dlaczego warto być w dobrych relacjach z konduktorką. Jak cię lubi, to ostrzeże – nie wychodź, kochanieńki, nawet zapalić nie zdążysz, zaraz jedziemy. A jak nie, to gorzej.