Pisząc o awarii steru w kajaku „OLO”, którym Aleksander Doba płynie po Atlantyku i apelując o wsparcie, obiecaliśmy Czytelnikom National Geographic relację z akcji naprawczej. Akcja „sprawna, dynamiczna i widowiskowa”, jak ją określił Olek, miała miejsce tydzień temu. Zapraszamy do przeczytania opowieści o bezinteresownej pomocy i solidarności na dalekim oceanie, których doświadczył nasz rodak podczas swojej niezwykłej podróży.

I jak tu nie wierzyć w niezwykłe zbiegi okoliczności, a może metafizyczne przyciąganie się w przestrzeni bytów, które łączy ze sobą coś .... na przykład Bałtyk? Inaczej chyba nie można wytłumaczyć faktu, że spośród pięciu statków armatora z Hongkongu nie „Północne Światło”, nie „Południowe Światło”, ani „Atlantyckie Światło” czy „Indyjskie Światło”, ale właśnie „Bałtyckie Światło” znalazło się we właściwym czasie w takim miejscu na Atlantyku, z którego możliwe było udzielenie pomocy polskiemu kajakarzowi. To także wywołany ogromną determinacją wielu życzliwych osób szczęśliwy traf, że w ogóle udało się znaleźć jednostkę gotową zmienić nieco swój kurs i pospieszyć na ratunek Aleksandrowi Dobie odbywającemu Trzecią Transatlantycką Wyprawę Kajakową z New Jersey w USA do Lizbony.  
 

Koniec wyprawy?
 

Olek od 10 już dni płynął po oceanie z ręcznie skleconym sterem, po tym jak w czasie sztormu uszkodzony został system sterowniczy w jego kajaku „Olo”. I choć w całkiem niezłym tempie zmierzał w kierunku Europy, miał świadomość, że konstrukcja jego autorstwa to tylko tymczasowe rozwiązanie, które prawdopodobnie nie przetrwa kolejnej nawałnicy.
 

“Z ogromnym rozczarowaniem stwierdzam, że wyprawę muszę przerwać z powodu NIEMOŻLIWEJ DLA MNIE NAPRAWY UKŁADU STEROWANIA – pisał w jednym z pierwszych po fatalnym sztormie tekstów. - Przyglądam się całemu kajakowi, wyposażeniu, materiałom, narzędziom, by zmontować zastępczy układ sterowania. Nawet gdy to zrobię, to będzie rozwiązanie na kilka dni lub do silnego wiatru.”
 

Zepsuty ster to dla Olka nie pierwszy tego typu incydent na Atlantyku. Trzy lata wcześniej z tego właśnie powodu w drodze do Stanów Zjednoczonych „zahaczył” o Bermudy, gdzie dokonano naprawy. Teraz był niemal w takiej samej odległości od wyspy jak wtedy. Niestety powtórzenie znanego już scenariusza tym razem było niemożliwe. Trasa północnoatlantycka, z zachodu na wschód jest - o czym Olek dość szybko się przekonał - zdecydowanie trudniejsza, jeśli chodzi o manewrowanie, a zwłaszcza manewrowanie bez steru. 
 

Sytuacja wydawała się patowa. Pierwsza próba naprawy steru okazała się bezskuteczna. Ukręcona górna tuleja wymagała ingerencji kowala, spawacza i inżyniera – jak stwierdził podróżnik. Na środku oceanu mógł liczyć tylko na tego trzeciego, czyli na siebie.
 

A jednak nie! 
 

Na decyzję Olka odnośnie pomocy w naprawie uszkodzonego elementu kajaka lub ewakuacji przyszło nam czekać prawie tydzień. Im dłużej pracował nad zastępczym sterem, tym mniej myślał o zakończeniu rejsu. Przerwanie wyprawy wbrew pozorom także nastręczałoby pewnych trudności, bo żeby ściągnąć Olka ze środka oceanu konieczne byłoby albo wynajęcie i wysłanie po niego jednostki pływającej z Bermudów, albo poprzez naciśnięcie sygnału SOS wezwanie najbliższego statku na pomoc. Tyle, że wtedy kajak „Olo” już by na ląd nie wrócił. 
 

„Mogę dryfować przez trzy miesiące, na tyle wystarczy mi jedzenia. O rezygnacji z wyprawy nie ma mowy” – powiadomił mnie Olek, oznajmiając jednocześnie, że udało mu się skontruować zastępczy ster. Ile się da, tyle na nim popłynie. Może nawet udałoby się dotrzeć do Azorów. A w międzyczasie....
 

„Najlepszym wyjściem byłoby znalezienie jakiegoś statku, który jest niedaleko mnie. Mógłby podpłynąć, wziąć na pokład zepsuty ster i pospawać go. Góra godzina pracy i odpływa w swoją stronę.” – zaproponował w jednym z tekstów, którymi wymienialiśmy się szukając rozwiązania. 
 

Solidarni w potrzebie
 

Reakcja na apel o pomoc dla transatlantyckiego podróżnika rozbudziła nadzieję, że pomysł Olka da się zrealizować. Armatorzy i spedytorzy, tacy jak Polska Żegluga Morska i Hartwig, natychmiast włączyli się do akcji poszukując statku na oceanie, który mógłby ruszyć na ratunek kajakarzowi. Podobnie międzynarodowi przewoźnicy morscy. Zgłaszały się także prywatne osoby oferując wsparcie. Jedna z nich chciała nawet zawiadomić amerykańską lub kanadyjską straż przybrzeżną i natychmiast ściągnąć Olka z wody, odczytując nasze komunikaty jako alarm o niebezpieczeństwie zagrażającym życiu. 
 

Choć Atlantyk należy do niezwykle uczęszczanych akwenów, to rejon, w którym właśnie przebywał Olek zdawał się być kompletnie opustoszały. W tej sytuacji najbardziej realnym, choć kosztownym, rozwiązaniem stała się propozycja wystosowana przez Bartka Dawidowskiego. Załoga trimaranu Poly, która w piątek 30 czerwca miała wyruszyć z Bahamów w rejs po Atlantyku, zgłosiła swoją gotowość zmiany wcześniej obranego kursu, zabrania niezbędnego sprzętu naprawczego i popłynięcia w kierunku lokalizacji Olka. Dotarcie do niego miało zabrać około 10 dni. Już prawie wszystko było dograne, już prawie trimaran miał ruszać z portu, już prawie przelewałem pieniądze na konto firmy Bartka, gdy Bartosz Biliński, nowojorski prawnik, można powiedzieć człowiek morza, pasjonat żeglarstwa, założyciel Jacht Klubu Polski Nowy Jork, przekazał mi wiadomość o płynącym w pobliżu kajakarza statku, którego właściciele i załoga gotowi są zmienić nieco kurs, by pospieszyć mu z pomocą. I jeszcze jedno, że statek nosi nazwę ... nomen omen - Baltic Light czyli Bałtyckie Światło. 
 

- Kiedy obserwując serwis internetowy do śledzenia jednostek pływających zobaczyłem wśród tych znajdujących się o dzień drogi od Olka Baltic Light, pomyślałem, że ze statkiem o takiej nazwie nasze przedsięwzięcie musi się udać – opowiadał mi Bartosz, który od początku akcji intensywnie poszukiwał kogoś, kto dotrze do kajakarza, analizował trasy statków transatlantykich, godzinami rozmawiał ze wszystkimi armatorami, do jakich mógł dotrzeć, a przede wszystkim był przekonany, że te starania prędzej czy później przyniosą skutek. - Skontaktowałem się najpierw z jego armatorem „Lighthouse”, gdzie otrzymałem dane kontaktowe do zarządzającego flotą w Hongkongu. Po kilkunastu rozmowach telefonicznych  i wymianie e-mailowej uzyskaliśmy zgodę na akcję pomocy dla Olka. 
 

Cała naprzód! Kierunek – „OLO”
 

Krótko po północy z czwartku na piątek kapitan Baltic Light Wilfredo Milanes odebrał wiadomość o kajakarzu w potrzebie płynącym po Atlantyku z uszkodzonym sterem. 
 

-  Issaq Ansari, przedstawiciel Fleet Management poinformował mnie, że nasza jednostka będzie przepływać najbliżej niego i że nie chcemy zostawić go bez pomocy, jeśli możemy coś zrobić – relacjonuje kapitan Milanes. –Sprawdziłem jego ostatnią pozycję i obliczyłem, jak daleko jesteśmy. Potem nakazałem oficerowi wachtowemu zachowanie szczególnej czujności i nasłuchiwanie przez radio, czy ktoś nie wzywa pomocy.  

Bałtyckie Światło było jakieś 9,5 godziny drogi od Aleksandra Doby. Po korekcie kursu statek ruszył w kierunku ostatnio zapisanej pozycji kajakarza. Dopłynąwszy na odległość 14 mil morskich od oznaczonej lokalizacji, zwolniono obroty silnika i rozpoczęto poszukiwania małej białej łódeczki na wielkiej rozkołysanej przestrzeni. Ale gdzie nie spojrzeć – pusto, Olka ani śladu. Próbowano wywołać go przez radio. Zgłosili się tylko rybacy, którzy przebywali niedaleko na połowach. 
 

- Zasugerowali, żebyśmy skierowali się nieco bardziej na południe, bo tam prowadził prąd, który prawdopodobnie niósł kajakarza – opowiada kapitan, którego dopadły wątpliwości, czy zdołają namierzyć tak małą jednostkę, a przede wszystkim, czy zdołają pomóc podróżnikowi zanim wydarzy się jakaś tragedia. – Wiele myśli krążyło w mojej głowie odnośnie tego, jak w sytuacji poważnej awarii można przetrwać w maleńkim kajaku na ogromnym oceanie. Widywałem ludzi pływających kajakami, ale dla sportu,  na rzekach. Zastanawiałem się, co ten człowiek robi tu na Atlantyku płynąc tylko w kajaku. 
 

Na prośbę kapitana Milanesa, który podkreśla, jakie to szczęście, że ich jednostka ma połączenie internetowe, przekazaliśmy z Bartoszem najnowsze informacje o położeniu Olka wraz z danymi umożliwiającymi śledzenie jego trasy.Wtedy okazało się, że „OLO” znajduje się około 12 mil morskich na południe od aktualnej pozycji statku. Nie było na co czekać. Silnik ponownie ruszył pełną parą i Bałtyckie Światło podążyło do wyznaczonego punktu.
 

Akcja „Naprawa steru”
 

Mały kajak unoszący się na falach zobaczyli w odległości około 4 mil morskich. Krótko po tym nawiązana została łączność radiowa. Kapitan wyjaśnił Olkowi, jak planuje przeprowadzić akcję ratunkową, a ściślej naprawczą, starając się przy tym poinformować podróżnika, że to nie jest ewakuacja. Naprawa uszkodzonego steru miała odbyć się na pokładzie statku. Dzięki przesłanej wcześniej przeze mnie dokumentacji przygotowanej przez Andrzeja Armińskiego, konstruktora kajaka, oraz Jarosława Krzemińskiego, który zajmował się jego modyfikacją, załoga miała możliwość zorientować się w zakresie prac do przeprowadzenia i już była gotowa do działania. Najpierw jednak kajakarz, a potem kajak musieli trafić na 200-metrowy statek.
 

- Nie byłem pewien, czy zdołam wciągnąć go bezpiecznie na pokład – obawy kapitana Milanesa rosły wprost proporcjonalnie do zmniejszającej się odległości pomiędzy statkiem a kajakiem. – Zobaczyłem starszego mężczyznę w kajaku, który wyglądał na bardzo mały i bardzo delikatny. Jeśli uderzyłby w naszą burtę w czasie podnoszenia, mógłby się rozbić i zatonąć. Niestety nie mogłem spuścić na wodę szalupy, bo tej nie ma możliwości wciągnąć ponownie na pokład. Jednocześnie nie mogłem narażać na niebezpieczeństwo swojej załogi. 
 

Podpływając do kajaka, kapitan Milanes ustawił kurs Baltic Light tak, by podejść od zawietrznej, a więc swoją burtą osłonić go przed oddziaływaniem wiatru. 
 

- Kiedy kajak był blisko, po lewej od dziobu, wyłączyliśmy silnik. Wtedy zauważyłem, że dryfujemy na siebie, co groziło zderzeniem, ponieważ obie jednostki płynęły bez sterowania. Z powodu dźwigów na pokładzie ograniczających widoczność i ze względu na rozmiar kajaka nie mogłem go zobaczyć na wodzie podczas manewrowania. Dlatego wahałem się, czy użyć silnika na „wolno naprzód” i wychylić ster mocno na lewą burtę, spodziewając się, że statek obróci się zanim kajak zbliży się za bardzo do naszej burty. Kiedy w końcu zobaczyłem go z lewej burty, ulżyło mi – opowiada przejęty tą akcją kapitan. 
 

Kiedy już kajak znalazł się w odpowiednim ustawieniu, załoga zrzuciła na wodę liny, którymi Olek miał otoczyć kadłub. To też nastręczało pewnych trudności, co w kilku wiadomościach tekstowych opisał Olek:
 

„Dwie rzutki – niecelne. Trzecią złapałem. Kajak pociągnięty mocno wyłożył się na bok, a ja wypadłem, ale byłem przywiązany do niego liną. Wpełzłem z powrotem do kajaka i wyprostowałem go. Miał być wciągnięty na wysokość drugiego piętra. Podawali mi kolejne trawersy. Przełożyłem je pod kadłubem i wszedłem na pokład statku. Kajak sprawnie wciągnięty i położony bokiem. Omawiam zakres prac i ...idę coś zjeść do mesy.” 
 

Dwudziestoosobowa załoga Baltic Light, składająca się głównie z Filipińczyków bardzo serdecznie przyjęła na pokładzie mieszkańca kraju leżącego nad Bałtykiem. Nakarmili go, sfotografowali, naprawili ster i po czterech godzinach zwodowali ”OLO”. Zanim Olek wszedł z powrotem na swój pokład kapitana dopadły kolejne wątpliwości. Zadzwonił do mnie z pytaniem, czy na pewno ma zostawić tego mężczyznę w słusznym wieku w sprawiającej wrażenie kruchej i delikatnej łupince na środku oceanu.
 

- Decyzja o dalszym rejsie należy wyłącznie do Olka. Ani ty, ani ja nie możemy go zatrzymać. A jako inżynier i od wielu lat użytkownik „OLO” on sam najlepiej potrafi ocenić stan techniczny i wytrzymałość swojego kajaka – odparłem. 
 

A Olka nic już nie było w stanie odwieść od kontynuacji wyprawy. Kiedy rozmawiając z nim telefonicznie przekazałem w imieniu żony Gabi, rodziny i najbliższych przyjaciół prośbę o zakończenie podróży i pozostanie na statku aż dobije on do lądu, do Panamy, dokąd zmierzał statek, a potem powrót do domu odpowiedział krótko: Nie, płynę dalej. Chcę zrealizować swój cel.  
 

Podziękował wylewnie załodze Bałtyckiego Światła, pożegnał się, wsiadł do kajaka i odpłynął w kierunku Europy.  Przy czym najpierw musiał odrobić 20 mil morskich, o które cofnął się przebywając na pokładzie dryfującego na zachód statku.
 

- Pan Doba wsiadł z powrotem do kajaka z ogromnym uśmiechem na twarzy i podążył za swoim celem. A ja stałem na mostku i przez lornetkę sprawdzałem, czy z nim i z kajakiem wszystko jest w porządku. Patrzyłem za nim, aż zniknął mi z pola widzenia i wtedy wróciliśmy na swój kurs – napisał w relacji z akcji „naprawa steru” kapitan Wifredo Milanes. 
 

W swoim i Olka imieniu, a także wszystkich przyjaciół i fanów Aleksandra Doby pragnę serdecznie podziękować wszystkim, którzy pomogli i tym którzy chcieli pomóc zrealizować to niezwykłe przedsięwzięcie. Szczególne podziękowania przekazuję Bartoszowi Bilińskiemu, który znalazł Baltic Light i przekonał jego armatora do udzielenia wsparcia polskiemu kajakarzowi. 

 

Za zgodę na zmianę kursu i udzielenie pomocy dziękujemy firmom Eagle Shipping International, LLC ze Stamford, USA (czarterującym ten rejs Baltic Light), Lighthouse Navigation, armatorowi statku oraz Fleet Management z Hongkongu, zarządcy flotą. Sprawna i dynamiczna akcja możliwa była dzięki  Issaqowi Ansari, przedstawicielowi Fleet Management, a przede wszystkim kapitanowi Wilfredo Alberto Milanes i całej załodze „Baltic Light”, którym składamy wyrazy wdzięczności. Do podziękowań przyłącza się Redakcja National Geographic - Polska.

Tekst: Piotr Chmieliński, koordynator medialny wyprawy