Lata osiemdziesiąte, ostatnia dekada PRL-u. Muzyk Radek i jego przyjaciel Janek marzą o lepszym życiu. Ruszają w świat, zaczynając od drobnego przemytu z NRD. Przez Budapeszt trafiają do Stambułu i dalej – do Singapuru. Na ich drodze stają przeszłość oraz ambitny jak oni radca ambasady. Przeczytaj fragment sensacyjnej fabuły „Prince Polonia” Maxa Cegielskiego, która kryje autentyczną opowieść o zapomnianych początkach polskiej transformacji i wciągające reportażowe opisy azjatyckiej rzeczywistości.

– Jedzenie jest bardzo tanie, proszę ciebie, piweczko w takich jadłodajniach jak tu jeszcze ujdzie. Rząd dba o zdrowe i życie obywateli, więc na używki nałożono wysoki podatek. Muszą zarobić na te wszystkie inwestycje.

– Czyli to jest państwo kapitalistyczne? – spytałem.

– Mylisz się, chłopcze, ale nie do końca. Ustrój panuje inny niż w Europie Zachodniej. Tutaj władza jest przede wszystkim pragmatyczna. O tak, pragmatyzm! – Podniósł znacząco palec. – Singapur działa jak wielka rodzinna firma. Widzieliście te wysokie bloki? Są komunalne, trzy czwarte obywateli w nich mieszka. Dużo wyższy standard niż u nas, przez szczeliny między płytami nie wciska się wiatr, zapewniam. Nie trzeba być milionerem, żeby dostać mieszkanko. Choć miejsca na wyspie jest mało, nie czeka się latami jak w Polsce.

Słuchaliśmy, patrzyliśmy na Bossa jak na naszego guru, miał mocny, angielski akcent. Chciałem zostać kimś takim jak on.

Nie dodałem ostrych przypraw, a mimo to pociłem się od jedzenia i temperatury, popijałem więc z ulgą piwo i słuchałem grzecznie.

– Ekonomia? Najlepsza na świecie, nie ma cła eksportowego! Robią wszystko, żeby największe firmy i banki tu inwestowały. Jesteście, chłopcy, w centrum planety. Ten kraik z Trzeciego Świata awansuje do pierwszego i mówię wam, kiedyś prześcignie Japonię i Stany. Wierzę w to miejsce, dlatego zostałem permanent resident.

– Czyli nie jest pan, przepraszam, nie jesteś już obywatelem Polski? – wyrwało się Jankowi.

 – Właściwie to nigdy nie byłem. Urodziłem się w Australii, mój tata po wojnie wyemigrował tam z Wielkiej Brytanii. Przeszedł cały szlak z armią Andersa, przez Iran i Palestynę aż po Monte Cassino. Panie, świeć nad jego duszą! Rasowy antykomunista, wiedział, że nie ma już czego szukać w ojczyźnie. Z takim pochodzeniem? Polska szlachta! – Pomachał palcem z dużym, starym sygnetem. – Władze powiedzą pewnie, że zdradził kraj. A to właśnie oni zdradzili! Nie mój papa, nie ja. Ja działam na rzecz Polski, dając pracę takim jak wy. Młodym, przedsiębiorczym, ciekawym świata, dla których nie ma szans w domku. A jak zarobicie, to przecież wasze pieniążki wpłacicie do banku, kupicie samochodzik, mieszkanko i nawet komuniści na tym zyskają. Bez takich jak wy PRL już dawno by się zawalił. – Wyssał miąższ z krewetek.

– Ale to by znaczyło, że pomagamy komuchom? – Zgubiłem się w wywodzie Szewca.

– Aż tak to nie – żachnął się. – Radosławie... Ładne, słowiańskie imię! Rado-Slav? Nie, też źle. Teraz będziesz Rado, ok?

– Ok – zgodziłem się. Nie znosiłem swojego imienia, każda ksywka, nawet zdrobnienie mi odpowiadały.

– Rado, budujecie razem ze mną kapitalizm w socjalistycznym kraju, od środka, jesteśmy jak konik trojański. Komuchy nas potrzebują, to prawda, bez dolarków z prywatnych kont rynek by się zawalił, bez towarów z NRD ludzie umieraliby z głodu. Bez Singapuru czy RFN nie mieliby wideo i komputerków. Podobno teraz komputeryzacja ma uratować system. Cyfrowy socjalizm? Komputerem w stonkę? Śmiechu warte, nie uratujesz socjalizmu, podłączając go do maszyny liczącej, bo obliczy to, co wiemy. Że wychodzi zero! W takiej ekonomii zawsze kończy się na zerze!

Boss zamówił dla nas deser, jakieś kolorowe owocowe pulpy, i gadał dalej.

– Komuchy coraz szerzej otwierają drzwi, wpuszczają świeże powietrze. Pewnego dzionka, zanim się zorientują, to rześkie powietrze ich udusi, bo zapanuje w Polsce kapitalizm. Jeszcze zanim zostanie oficjalnie ogłoszony! Chyba że się w porę zorientują, może już się zorientowali i po cichu sami zostają biznesmenami? Żydokomuna parszywa, wiedzą, gdzie są konfiturki, od wieków to wiedzą! Zapamiętajcie moje słowa, tu w Singapurze też tak zrobili i voilà, rozejrzyjcie się, nagle liberalizm pełną gębą! Ekonomiczny, oczywiście, bo wymierzając baty za przestępstwa, stają się konserwatystami, he, he.

– Ciekawe – bąknąłem.

Wtedy jeszcze nie rozumiałem do końca idei szefa, ale pamiętam, że poruszyło mnie jego przemówienie, wizja, jaką roztaczał. Miał charyzmę i talent przywódczy.

 – Chłopcy, zarobicie swoje, ale pamiętajcie, że ta gierka toczy się o większą stawkę! Jesteście agentami dobrej zmiany w kraju! – Zamilkł na chwilę, dając nam czas na przemyślenie jego monologu. Zapłacił za wszystko i zakończył wieczór. – Niestety, czas na mnie. Business is business, sam się nie zrobi. Jak długo chcielibyście zostać?

– Jak najdłużej, oczywiście, chcielibyśmy odpocząć... – nieśmiało zaproponował Janek. W obecności Bossa nawet mój kumpel tracił rezon.

Szewc spojrzał na nas uważnie, liczył w pamięci koszty.

– Niech będzie, moja strata, macie tę i jeszcze jedną nockę w naszym apartamencie, a potem wracacie do Delhi. Akurat jest dobre połączenie pojutrze, wczesna godzina. W Delhi Sakar da wam następne zlecenie. Widzimy się rano, pokażę wam miasto i załatwimy parę spraw.

 

Więcej w książce: „Prince Polonia” Maxa Cegielskiego.