„Atmosfera Barcelony przypominała dawniej Łódź z czasów Reymonta” – co zachwyca Polaków w stolicy Katalonii?
Barcelona przyciąga turystów z całego świata, ale nie każdy wraca z niej tak samo oczarowany. Dla wielu to coś więcej niż miejsce – to stan ducha, który zostaje na długo.

Spis treści:
- Barcelona z góry i z dołu – gdzie naprawdę poczuć duszę miasta?
- Zobacz Barcelonę z dwóch perspektyw – z nieba i znad morza
- Cztery oblicza Barcelony – miasto jak mozaika historii i nowoczesności
- Dlaczego Barcelona to secesyjna perełka Europy?
- Jak Sagrada Familia stała się sercem Barcelony – i dlaczego budują ją do dziś?
- Barcelona oczami Don Kichota i współczesnych – miasto z charakterem
- Barcelona w cieniu polityki i blasku sztuki – miasto wspomnień i skojarzeń
- Czy można naprawdę stać się Barcelończykiem? Miasto cudów nie dla każdego
Barcelona to nie tylko Sagrada Família, tapas i plaże – to miasto, które potrafi zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie. Niewidoczne na pierwszy rzut oka emocje, historia ukryta w zaułkach i atmosfera, która wciąga jak powieść. Spacerując po jej ulicach, ma się wrażenie, że każdy zaułek opowiada własną historię – a niektóre z nich zostają z nami na zawsze.
Barcelona z góry i z dołu – gdzie naprawdę poczuć duszę miasta?
Tu, między Placem Katalońskim a kolumną Kolumba u wejścia do portu, możesz spotkać całą Barcelonę. I nasycić oczy widokiem wszystkich kolorowych kwiatów, ptaków i ryb świata w kioskach ustawionych pośrodku alei i sklepach po obu jej stronach. Z kawiarnianych tarasów lub rozstawionych wzdłuż alei kamiennych ławek godzinami patrzeć na ludzką rzekę, wyławiając wzrokiem najbardziej czarujące kobiety ze wszystkich kontynentów.
Jeśli czujesz się zmęczony – jedź na Tibidabo. Dla mnie to już swoisty prywatny rytuał. Ilekroć wracam do Barcelony, po całym dniu dziennikarskich spotkań jadę metrem pod Tibidabo, by wsiąść do pnącego się mozolnie w górę wagonika Błękitnego Tramwaju – ostatniego w mieście. Na sam szczyt docieram kolejką zębatą. Nazwa Tibidabo jest bardzo trafna, zważywszy na widok, jaki się stąd roztacza. Nawiązuje do sceny kuszenia Chrystusa na górze (tibi dabo – dam ci), w której szatan ukazuje mu wszystkie wspaniałości tego świata. Podziwiam stąd, z wysokości ponad 500 metrów, całe miasto.
W wiosenny wieczór ma jakiś szczególny urok. Staram się zdążyć, nim zaświecą się wzdłuż ulic łukowe lampy, które sprawiają, że stolica Katalonii jest dziś najlepiej oświetlonym miastem Europy. Przed Wystawą Powszechną z 1888 r., gdy pospiesznie elektryfikowano Barcelonę, w lokalnej prasie rozgorzał spór między zwolennikami i przeciwnikami „niebezpiecznego, oślepiającego światła elektrycznego”. Ci ostatni stanowczo domagali się, by „zabójcze dla ludzkiego wzroku elektryczne promienie” osłonięto... ciemnymi kloszami.

Później modernizacji Barcelony przysłużyły się jeszcze dwa wydarzenia: Międzynarodowa Wystawa Powszechna w 1929 i olimpiada w 1992 roku.
Zobacz Barcelonę z dwóch perspektyw – z nieba i znad morza
Panoramę miasta rozciągającą się ze szczytu Tibidabo aż po fioletowe o tej przedwieczornej godzinie morze zamyka od północy zbudowana przed olimpiadą, według projektu Normana Fostera, „kosmiczna” antena telekomunikacyjna Collserola. Nazwano ją tak od łańcucha niewysokich gór, do których należy Tibidabo. Iglica o wysokości 299 metrów strzela w niebo z zielonego wzgórza niewiele niższego od Tibidabo. Amatorzy mocnych wrażeń wjeżdżają szklaną windą na jej szczyt. Licząca 13 pięter użytkowa „kapsuła” – umieszczona w połowie wysokości iglicy – ma na najwyższym poziomie platformę widokową z teleskopami. Antena powstała w tym samym czasie, co ultranowoczesny, jeden z największych na świecie stadionów – słynny Nowy Stadion FC Barcelona – jeden z największych stadionów świata.
Flamandczyk Anton van der Wyngaerde na litografii z 1536 r. przedstawia Barcelonę widzianą z góry Montjuic. Ukazuje widok dużego średniowiecznego miasta, jaki roztacza się spod wysokiej wieży zamkowej na szczycie góry. Barcelona była wtedy ogrodzona solidnym murem, który bronił jej też od strony morza, odgradzając od naturalnych plaż. Na początku XX w. nadmorskiego muru już nie było, zaś wzdłuż piaszczystych łach powstawały dziesiątki straganów i byle jak skleconych knajpek. Wieczorami oraz w niedziele robotnicy z rosnących w obrębie Barcelony fabryk i hut przychodzili tu z rodzinami. Na zaśmieconych plażach słuchali cygańskiej muzyki z rodzinnej Andaluzji, popijając piwo i zajadając pieczoną rybę.
Z tych biednych knajpek wywodzi się potrawa, która stała się ozdobą najwytworniejszych stołów – anguillas, czyli młodziutkie węgorzyki duszone z czosnkiem. Podawane w głębokim talerzu, wyglądają jak kłąb srebrzystego, lśniącego makaronu. Zamożna Barcelona przez wieki żyła odwrócona plecami do morza i do nadmorskiej dzielnicy Barceloneta, która była czymś w rodzaju przedwojennego warszawskiego Czerniakowa.
Morze zaczęto odkrywać dopiero w latach 60., gdy rodził się przemysł turystyczny Costa Brava. Dziś 4,5 km barcelońskich plaż miejskich to eleganckie kąpieliska z dyskretnie ukrytymi parkingami. Jedno z najnowocześniejszych miast Europy otwarło się ku morzu.
Cztery oblicza Barcelony – miasto jak mozaika historii i nowoczesności
Ze szczytu Tibidabo widać to jak na dłoni. Barcelona to trzy, a nawet cztery bardzo różne miasta. Obszerny pierścień nowoczesnej stolicy Katalonii z harmonijnie rozmieszczonymi drapaczami chmur otacza secesyjną i modernistyczną architekturę tej części miasta, która powstawała w XIX i na początku XX w. W środku, jak pestka w brzoskwini, tkwi średniowieczna Barri Gotic z jej wąskimi uliczkami, dziesiątkami księgarenek, gdzie poluje się na zapomniane książki i można grzebać do woli w pudłach z pożółkłymi zdjęciami i rycinami.
Na zewnątrz pierścienia autostrad rozrzucone są sypialne osiedla. Najstarsze są złożone ze smutnych bloków mieszkalnych budowanych przez państwo po 1945 roku, podczas pierwszego boomu industrialnego czasów dyktatury.

W Barcelonie nowoczesność prawie wszędzie sąsiaduje z tradycją. Na szczycie Tibidabo można pójść do wesołego miasteczka z urządzeniami z początku XX wieku, a obok ostatniego przystanku Błękitnego Tramwaju zjeść kolację w La Venta z panoramicznym widokiem, gdzie nieźle karmią i nie obdzierają ze skóry.
Dlaczego Barcelona to secesyjna perełka Europy?
Barcelona to raj dla miłośników secesji w architekturze. Ten wyszukany, a zarazem pełen niemal kobiecego wdzięku styl zawładnął całą jedną dzielnicą. Na równinie między pasmem gór Collserola a morzem odznacza się wielki kwadrat osiedla Eixample, co po katalońsku znaczy Rozszerzenie. Na papierze powstało ono w 1859 roku, jako idea Idelfonsa Cerdy i Sunyera. Na miejscu, gdzie przez wyburzenie murów miejskich rozszerzono miasto o obszar poligonu wojskowego, ten inżynier-urbanista zaplanował dzielnicę w duchu modernizmu – złożoną z kwadratów ulic zabudowanych domami tylko na dwu przeciwległych bokach. Pozostałe dwa miały stanowić ogrody i skwery. Władze miejskie i właściciele działek nie zgodzili się na takie marnotrawstwo gruntów, więc zabudowano wszystkie boki. Jednak znaczna część oryginalnego pomysłu została zrealizowana.
Na każdym skrzyżowaniu domy mają ścięte naroża, dzięki czemu powstała sieć ośmiokątnych placyków. Antonio Gaudi sławny był już zanim przystąpił do urzeczywistniania dzieła swego życia – świątyni Sagrada Familia. W architekturze świeckiej największym jego osiągnięciem jest ukończona w 1910 roku kamienica Casa Mila. Ten, jak dziś powiedzielibyśmy – apartamentowiec Gaudiego o falującej fasadzie i niezwykłych rzeźbach na dachu, nie ma ani jednego kąta prostego. Jego twórca zerwał z dotychczasowymi zasadami budowania. Dom ma dwa wewnętrzne dziedzińce, pierwszy w mieście podziemny garaż, a żelazne ażury krat balkonowych sprawiają wrażenie fantastycznych pnączy na tle falistej elewacji. Gaudi odpowiada rownież za powstanie monumentalnego Parku Guell.
Jak Sagrada Familia stała się sercem Barcelony – i dlaczego budują ją do dziś?
Symbolem Barcelony stała się jednak świątynia – Temple Expiatori de la Sagrada Familia, czyli Przebłagalna Świątynia Świętej Rodziny. Z Tibidabo widać wieże kościoła przypominające stylizowane świece wotywne, po których spływa roztopiony wosk. Gaudiemu powierzono wzniesienie gotyckiego kościoła. Ale zamysłem tego głęboko wierzącego artysty i architekta-rewolucjonisty było stworzenie najbardziej niezwykłej budowli sakralnej na ziemi, w stylu, jakiego jeszcze nie było. „Katedry dla ludu”, jak ją nazywał.
Gdy powstawały krypta, absyda, fasada niezwykłego kościoła oraz pierwsza i jedyna zbudowana za jego życia wieża-dzwonnica, większość krytyków podniosła wrzawę. Pomysły Gaudiego – wołali konserwatyści – naruszają reguły sztuki architektonicznej i podburzają do obalenia porządku społecznego.
Pozostawiony samemu sobie przez władze świeckie i kościelne, twórca Sagrada Familia wydał na budowlę cały swój majątek. W ostatnich latach życia chodził, żebrząc od drzwi do drzwi, i wciąż udawało mu się jakoś budować dalej. W wynędzniałym 74-letnim mężczyźnie, który w 1926 roku wpadł pod tramwaj, nie rozpoznano początkowo słynnego architekta. Zmarł trzy dni później w szpitalu. Przyjaciele i władze miejskie wyprawili mu królewski pogrzeb.

Po jego śmierci żołnierze Republiki urządzili w świątyni wojskową stołówkę, a frankistowscy żołdacy – stajnie kawaleryjskie. Finansowana ze środków publicznych budowa Sagrada Familia trwa nadal.
Barcelona oczami Don Kichota i współczesnych – miasto z charakterem
Niedawno stolica Katalonii obchodziła uroczyście 400. rocznicę pierwszego wydania „Don Kichota”. Szlachetnemu rycerzowi zawdzięcza bodaj najbardziej pochlebną w historii literatury opinię. Barcelona była jedynym miastem, które odwiedził don Kichote wraz ze swym wiernym sługą – i to krótko przed śmiercią. Po porażce w starciu z Rycerzem Białego Księżyca odzyskuje przytomność i wygłasza hymn na cześć Barcelony: to „archiwum uprzejmości, schronienie cudzoziemców, szpital biednych, ojczyzna odważnych, pomsta poniżonych i wdzięczne odwzajemnienie wiernych przyjaźni, miejsce niezrównanej piękności”.
Półtoramilionowa stolica Katalonii to miasto z charakterem. Od 30 lat, po zakończeniu dyktatury Franco – hiszpańskiego nacjonalisty nienawidzącego Katalończyków i ich poczucia odrębności – Barcelona przeżywa okres niebywałego rozkwitu gospodarczego i odrodzenia kultury oraz języka katalońskiego, zbliżonego do prowansalskiego.
Anton Canellas – mój stary przyjaciel, jubiler i opozycyjny działacz demokratyczny z czasów dyktatury – z zapałem namawiał mnie do nauki katalońskiego. Jednocześnie ostrzegał obsesyjnie przed niebezpiecznymi miejscami: portem wieczorem, barami w chińskiej dzielnicy prostytutek i słynną szkołą kieszonkowców, nieustępującą tej madryckiej.
Barcelona w cieniu polityki i blasku sztuki – miasto wspomnień i skojarzeń
Ilekroć przyjeżdżałem do Barcelony, zapraszał mnie na obiad. Do najtańszej knajpy w dzielnicy. Miał tam zniżkę jako stały klient. Nie byłby rdzennym Katalończykiem, gdyby poszedł ze mną do drogiej restauracji. Opowiadał mi tam, jak madrycka dyktatura gnębiła Katalończyków. Za Franco wszystkie większe spółki katalońskie musiały przenosić zarządy do Madrytu, aby tam płacić podatki i rejestrować auta firmowe. Mimo że Barcelona i Katalonia były najbardziej uprzemysłowionym regionem kraju, oficjalne statystyki pokazywały wyższy poziom motoryzacji w stolicy.
Barcelona zaczęła swoją wielką karierę europejskiej metropolii przed Wystawą Powszechną 1888 roku. Ze zdjęcia na okładce książki „Gaudi – kamień i ogień” z 2001 roku spogląda młody architekt – przejmująco podobny do Daniela Olbrychskiego z „Ziemi obiecanej”. Zdjęcie zrobiono prawdopodobnie w marcu 1882 roku – Gaudi miał wtedy 30 lat, a jego marzenie właśnie się spełniało: odbyła się uroczystość wmurowania kamienia węgielnego pod Sagrada Familia.
Atmosfera Barcelony przypominała wówczas Łódź z czasów Reymonta. Bohaterowie powieści Narcisa Ollera „Gorączka złota” – katalońskiego odpowiednika dzieła Reymonta – również inwestują, ryzykują na giełdzie, szybko bogacą się lub bankrutują.
Hans Christian Andersen, który odwiedził Barcelonę w latach 60. XIX wieku, notował z podziwem: „nawet Paryż pozostaje w tyle, jeśli chodzi o luksus i dobry smak”. Barcelona szybko się bogaciła i już niedługo zrobiła fortunę na dostawach dla armii w czasie I wojny światowej.
Z Placu Katalońskiego znikają rudery biedoty, a Gaudi wprawia mieszkańców w zachwyt swoimi baśniowymi latarniami miejskimi o trzech i pięciu ramionach, przypominającymi kwiaty. W kawiarni „Els 4 Gats” codziennie przesiaduje młody Pablo Picasso, który właśnie tutaj otrzymał swoje pierwsze zamówienie: projekt okładki pisma, który później powielono na milionach plakatów.
Czy można naprawdę stać się Barcelończykiem? Miasto cudów nie dla każdego
Dziś „Miasto cudów”, jak nazwał je Eduardo Mendoza, nadal pozostaje miastem wszelkich możliwości. A może jeszcze bardziej, odkąd w 2006 roku parlament w Madrycie uchwalił rozszerzenie katalońskiej autonomii. Pozwala ona Katalończykom zatrzymywać u siebie większość podatków.
Opuszczam gościnne miasto. Ale czy stałem się bardziej „Barcelończykiem”? Chciałoby się czuć tutejszym. Barcelona przyciąga, ale niełatwo przyjmuje. Nie wiem nawet, czy sami barcelończycy są patriotami miasta, czy tylko swoich dzielnic, nadal podzielonych na biedne i bogate. Przy całej swej gościnności mają mentalność klanową. Inaczej niż w Nowym Jorku, obcy nie jest tu do końca akceptowany.
Może właśnie dlatego Katalończycy zachowali silne poczucie narodowej odrębności – mimo że wojska frankistowskie rozstrzelały ich liderów po zajęciu miasta, a za mówienie po katalońsku za rządów Franco groził areszt.
W powieści Mendozy bohater mówi: „Myślę, że Barcelona to miasto zaczarowane. Ma w sobie coś magnetycznego. Czasami jest niemiła, wroga, nawet niebezpieczna. Ale nie sposób jej porzucić.”
Źródło: National Geographic Traveler

