DSC_7944pp2 - m
PPPerz Zdjęcie wykonane przez PPPerz
Album Toraja 23

Kraj Toradżów 23 - Staruszka z Kete Kesu

Starsza pani z Kete Kesu .............................................................................................................................................................................................. Taka oto opowieść z tego dalekiego obcego, pełnego duchów przodków kraju ...................................................................................................................................................................................... Oglądając tradycyjną wioskę Kete Kesu na północy kraju Toradżów rzuciła mi się w oczy starsza pani, która raz po raz wychodziła przed dom i patrzyła z jakąś taka tęsknotą w dal, poza wioskę, trochę na drogę okoloną wielkimi tropikalnymi drzewami, a trochę na wzgórza pokryte gęstą egzotyczną, roślinnością, a trochę na nas, na białych, tych dziwnych przybyszów z jakiegoś innego tak dla niej dalekiego, nieosiągalnego kraju, że w zasadzie nierealnego, nierzeczywistego, umownego jakiegoś, w którym podobno żyją sami tacy bladzi, dziwni, dość wysocy ludzie - może to i prawda jak mówią ludzie, że jakaś tam Europa, że inne życie, że lepsze - że lepsze??, a może tak tylko gadają - w telewizji różne rzeczy się pokazuje - ale czy większość z nich jest na prawdę ...... kto to sprawdził? ....................... Zrobiłem kilka zdjęć: jej, toradżańskich domów, roślinności wokół, kilka drewnianych kolorowych detali - i poszliśmy dalej ...... do jaskiń, mrocznych korytarzy, rozpadających się trumien, czaszek , kości ................. do przodków, do przodków tej zamyślonej starej kobiety. .......................................................................................................................................................Po powrocie z katakumbowego mroku toradżańskiego cmentarza, silnych przeżyciach, po walce z poznawczym dysonansem grubego kalibru, z zamętem w głowach, który trzeba było sobie uporządkować, jakoś wytłumaczyć, ułożyć, przełożyć na nasze myślenie choć w części, aby uzyskać spokój i umieć dalej z chęcią przyjmować to co ten daleki kraj ma do zaoferowania - dziwną, mroczną, pełną kontrastów, trudno dla nas wytłumaczalną kulturę - tak prawdziwą, realną dla nich, jak dla nas nierealną i niesamowicie egzotyczną. ................... Powoli dzień się kończył jeszcze było jasno, ale zaraz miał zacząć zapadać szybki równikowy zmrok. Starsza pani siedziała na podeście jednego z tych przepięknych, o fantazyjnym dachu spichlerzy i znowu patrzyła trochę smutno a trochę taka pogodzona z życiem, w dal. Moją żona się przysiadła i zaczęła z nią rozmowę ....................................... rzecz jasna nic prawie nie rozumiała, ale rozmowa dziwnym przypadkiem się kleiła. Pani kiwała się lekko z boku na bok, i z sympatią opowiadała, opowiadała, opowiadała, co chwilę jakby potakując, potwierdzając to co wcześniej powiedziała. Wydawało się że coś wymieniała, coś powoli na palcach pokazywała i takim nieśpiesznym tempem mówienia zasłuchaną mą kobietę hipnotyzowała........................... A ja? A ja w tym czasie bez poganiania przez kogokolwiek szwendałem się po wiosce, coś tam znowu upstryknąłem, powgapiałem się w te rogate trofea wiszące przed domami, w te misterne drewniane dekoracje domów (głównie w kolorach tak ważnych dla Toradżów, czarnych i czerwonych ........................ bawoły i krew) zrobiłem jakiemuś miejscowemu portret i ogólnie przyswajałem ten kończący się pełen wrażeń dzień. Zrobiło się bezwietrznie, troszkę chłodniej niż w dzień, prawie nie tropikalnie. W oddali właściwie ze wszystkich stron powoli w sen zapadały góry i wzgórza okolone tu gęstszą, tam rzadszą mgiełką. Gdzieś z oddali odezwał się bawół poganiający pewnie właściciela aby m ten zabrał go wreszcie do domu. Po drodze za wioską przejechał wydając swój mechaniczny terkocik jakiś "komarek". Wolno zmieniały się kolory, z początku ściemniała, później wyraźnie zbrązowiała lekko woda na ryżowisku, a za chwilę faktycznie niebo było już nie to samo co w dzień. Z oddali, z lasu dobiegały jakieś tropikalne odgłosy - jedne się kończyły, w końcu definitywnie, a inne, wieczorne, się pojawiały i brały w posiadanie coraz bardziej zacienione lasy. Napływały też zapachy końca dnia, takie trochę podobne do naszych lecz jednak o wiele bardziej niż trochę, inne. Jakiś dziwny ptak nad głową zafurtkotał skrzydłami lecąc z jednego lasu przez dolinę, do drugiego, jakiś monstrualny chrząszcz błysnął ciemną chityną i zniknął z pola widzenia (zanim sięgnąłem po aparat - kurrrcze!), pod nogami przemknęły mi inne od naszych, chude wysokie kurczaki i z oddali znowu z pretensją odezwał się bawół, a cały czas gdzieś tam w sobie tylko znane kryjówki znikały wielkie motyle ............................................................ I stojąc tam, patrząc na ten odległy od nas pod każdym względem świat, na przedziwne gatunki roślin, słuchając brzmienia głosów wydawanych na pożegnanie dnia albo powitanie nocy tych przedziwnych, często cudacznych dla nas zwierząt, wciągając te odurzające z lekka, zapachy ....... czyli krótko: kontemplując wybujałą, tropikalną "inność", zdałem sobie sprawę że w zasadzie poczułem się jakoś tak swojsko, niemalże u siebie ............ dziwne, bardzo dziwne. Taki wieczór nie do zapomnienia, który nieraz będzie się przypominał w przypływie podróżniczej nostalgii, kiedyś tam w dalekim kraju w Europie, w polską słotę, chłody zimy złej.............................................................................W międzyczasie żona skończyła rozmowę z naszą starszą panią - i chociaż nie rozumiejąc praktycznie żadnego słowa, zrozumiała wszystko co do niej kobieta mówiła. A mówiła o życiu, ciężkiej pracy, pogrzebach i ślubach, o dzieciach i wnukach, ich liczbie, charakterach, zajęciach i dumie, dumie z rodziny, z dobrze przeżytego życia w zgodzie z tradycją i o szczęściu prostych rzeczy .............................. a żona wszystko rozumiała, wszystko zrozumiała, wszystko! .................................................................. Potem jak wróciliśmy na nocleg powiedziała mi z łezką w oku, że czuła się tak jakoś tak przedziwnie swojsko, jakby to machając nóżkami, przed chatą starą na Mazowszu siedziała i rozmawiała z jakąś staruszka miłą, chętnie i nieśpiesznie dzielącą się swoim życiem, ......... a może nawet ze swoją dawno już zmarłą babcią, a może przez chwilę to była jej babcia ................... magia, magia miejsca, kraju gdzie żywi żyją ze swoimi przodkami .......................................................................................................... Na drugi dzień dowiedziałem się od żony, że miała pierwszy raz w tym kraju dobre sny .....

SalonOdrzuconych

Komentarze