Trekking w Kirgistanie – podróż przez Tien-szan, jeziora i dziką naturę. Artykuł nagrodzony w konkursie Travelera
Relacja Ewy Kolbusz-Taczały z trekkingu w Kirgistanie – jednym z najbardziej fascynujących przyrodniczo krajów Azji Centralnej – znalazła się w gronie wyróżnionych artykułów w konkursie „Zostań Autorem National Geographic Traveler”, zorganizowanym z okazji 20-lecia magazynu.

Spis treści:
- Pierwsze dni trekkingu w Tien-szanie – zachwyt i nagłe załamanie pogody
- Jezioro Ala-Kul – turkusowy raj i walka z burzą w górach
- Song-Kul – najpiękniejsze jezioro Kirgistanu i chwile absolutnego szczęścia
Pomysł był prosty: bierzemy namioty, pakujemy plecaki i ruszamy na trekking do Kirgistanu. Nasza trasa prowadzi z Jety Oguz przez przełęcz Teleti i obok jeziora Ala-Kul do Aku-Suu.
Pierwsze dni trekkingu w Tien-szanie – zachwyt i nagłe załamanie pogody
Lądujemy w Ałmatach w Kazachstanie i przeprawiamy się do Karakołu – miasta w Kirgistanie i bramy Tien-szanu. Po całym dniu w autobusach i marszrutkach jesteśmy na miejscu. Bierzemy taksówkę do Jety Oguz, skąd ruszamy pieszo. Cel: dojść jak najwyżej pod przełęcz Teleti i rozbić namiot przed zmrokiem. Wygodny szlak prowadzi przez rozległe łąki pełne krów i koni. Po drodze mijamy także jurty i pasterzy. Podglądamy życie, niczym zawieszone w czasie.
Turyści schodzący z góry mówią, że przełęcz jest nie do przejścia. Spadła masa śniegu i jest duże zagrożenie lawinowe. Początkowo nie dajemy się zniechęcić, ale kolejne ostrzeżenia gaszą nasz zapał. Docieramy na miejsce i rozbijamy obóz na rozległej polanie, nad rzeką. Pachnie mokrą trawą i ozonem. Jesteśmy niemal sami w dolinie. Wokół – szczyty w świeżym śniegu, ale to nie niewinny cukier puder, który czasem spada w Tatrach jesienią, lecz ciężka masa zalegająca w żlebach.
Noc okazuje się trudna. Kirgiskie bakterie eliminują niektórych zawodników, a kolejne opady śniegu sprawiają, że decydujemy się wrócić do Karakołu.
Jezioro Ala-Kul – turkusowy raj i walka z burzą w górach
Po dwóch dniach odpoczynku wracamy w góry – planujemy trasę z doliny Karakoł do jeziora Ala-Kul i dalej do Altyn-Arashan. Rano docieramy marszrutką do bramy parku narodowego i ruszamy w górę. Szlak wiedzie szeroką, zieloną doliną, w której wije się rzeka i pasą się stada koni. Widok, jak z typowego „landsztafu”, który na ścianie wydaje się kiczowaty i nierealny, a tutaj zapiera dech w piersiach. Zostawiamy plecaki w obozie i ruszamy na lekko w stronę lodowca pod Pik Karakoł.
Po kilku godzinach docieramy do moreny. Niestety nadciągają ciemne chmury, robi się zimno i zaczyna grzmieć. Coraz częściej. Odwrót! Nie wiem, jak to się stało, że w międzyczasie, w tych warunkach zostałam narzeczoną… ale to już zupełnie inna historia. Biegniemy w dół ulewie i po kilku godzinach docieramy do obozu. Cali mokrzy. Na szczęście ciepła jurta i kirgiskie napoje wyskokowe robią swoje i pozwalają się ogrzać.
Następnego dnia ruszamy w stronę jeziora Ala-Kul. Szlak wiedzie przez lasy, kwieciste łąki, kluczy po gołoborzach, mija wodospady, aż wreszcie wyprowadza nas skalistą ścieżką na punkt widokowy na jezioro. Obłędne, turkusowe jezioro otoczone górami i lodowcami. Nierealne.
Pokazywanie elementu 1 z 4









Odpoczywamy chwilę nad wodą i ruszamy dalej. Niestety, pogoda znów się psuje. Wiatr i śnieg nie dają nam cieszyć się widokami. Gdy stajemy na przełęczy, leje całkiem mocno i grzmi. Zbiegamy błotnistym zboczem w dół, uciekając przed burzą.
Song-Kul – najpiękniejsze jezioro Kirgistanu i chwile absolutnego szczęścia
Niżej pogoda się poprawia, ale zejście do Altyn-Arashan dłuży się niemiłosiernie, a ciężkie plecaki nie pomagają. Na szczęście myśl o gorących źródłach podtrzymuje morale.
Gdy docieramy do celu, wioska nas rozczarowuje. Nie jest urocza, a gorące źródła nie są dzikie – jak to miało miejsce w naszych wyobrażeniach – a ujarzmione rurami i obudowane czymś, co bardziej przypomina wybetonowany kurnik niż miejsce relaksu. Na szczęście domowe jedzenie rekompensuje trochę te rozczarowania. Zasypiamy w ciepłej jurcie, by rano ruszyć na ostatni odcinek do Aku-Suu, skąd wracamy marszrutką do Karakołu.
Po chwili odpoczynku wyruszamy nad jezioro Song-Kul. Po całym dniu w marszrutkach, psującym się jeepie i kurzu kirgiskich dróg, docieramy na przełęcz chroniącą to miejsce przed resztą świata. To jak brama do innego wymiaru.
Song-Kul leży trzy tysiące metrów nad poziomem morza, jak w kraterze, otoczone pierścieniem gór. Brzegi porasta falująca na wietrze trawa, a w niej – stada koni. Aż po horyzont. Wydaje się, że tam mamy wrażenie, jakbyśmy wjeżdżali do Równiny Serengeti. Nie ma słów, żeby to wyrazić. Błękit jeziora miesza się z błękitem nieba. Zieleń traw jest soczysta i błyszczy się w słońcu. Do tego brak ludzi. Tylko kilka pasterskich jurt, w których mieszkają Kirgizi. Poza nimi nie ma tu nikogo.
Rozbijamy namiot nad brzegiem i siedzimy kilka godzin bez ruchu zapatrzeni w taflę jeziora, w zachodzące nad nim słońce i konie. Pasące się spokojnie kilka metrów obok nas. Żyjące swoim najlepszym życiem. Pachnie trawą, wodą i szczęściem. Ten widok zostanie ze mną na lata. Ten idealny moment, którego nie da się opisać, wyrazić słowami czy pokazać na zdjęciach. Uczucie wydestylowanego szczęścia.
Te kilka wspomnień z Kirgistanu nie oddają tego, jaki jest ten kraj i co ma do zaoferowania, ale mam nadzieję, że zachęcą kogoś, żeby tam pojechać i przywieźć swoje wspomnienia, swoją historię z tego pięknego miejsca. Z kraju gór i koni. Z kraju, gdzie tradycja wciąż miesza się z nowoczesnością. Z kraju ośnieżonych szczytów i kwitnących łąk. Z kraju prostego życia i szczęścia.
Źródło: National Geographic Traveler
Z okazji 20-lecia polskiej edycji „National Geographic Traveler” redakcja zaprosiła czytelników do udziału w wyjątkowym konkursie. Chętni opowiedzieli nam o miejscach, które zachwycają, poruszają lub zmieniają sposób patrzenia na świat, a najlepsze z tych historii trafią na łamy magazynu i stronę internetową.

