Reklama

Spis treści:

  1. Miasto, które zna się na pamięć
  2. Tam, gdzie fawela spotyka ocean
  3. Vanessa

Rio uderza cię w twarz zaraz po przylocie. Gorące powietrze i brutalna wilgotność otulają ciało jak niewidzialny, lepki płaszcz. Ubranie przykleja się do skóry, a oddech staje się cięższy i głębszy, próbując przystosować się do nowego otoczenia. Wychodząc z lotniska, z każdym krokiem wchodzę coraz głębiej w chmurę dymu papierosowego.

W umówionym punkcie czekam na kierowcę taksówki. Podjeżdża skuter. Całe szczęście mam ze sobą tylko plecak – bo zamawiając transport przez lokalną aplikację, z moim niedoskonałym portugalskim nie zrozumiałam, że właśnie taki pojazd zamówiłam. Nie mam wyjścia, wsiadam.

Miasto, które zna się na pamięć

W drodze na Copacabanę wszystko staje się bardziej intensywne: kolory, zapachy, światła mijanych dzielnic – i mój strach. Kierowca przecina zatłoczone ulice, jakby znał tylko jeden bieg „gaz do dechy”. Rio to miasto ruchu. Gęste od ludzi, dźwięków i napięcia. Jezdnie są pełne samochodów poruszających się w pozornym chaosie, któremu przewodzą skuterzyści nieuznający żadnych przepisów drogowych – w tym mój kierowca.

Docieram na Copacabanę o 20:30. Tuż pod hotelem widzę rozłożone na ulicy kartony – tej nocy będą dla kogoś materacem. Ten obraz, jak się później okaże, stanie się dla mnie początkiem nowego myślenia o tym miejscu. Stać mnie już tylko na zimny prysznic, podłączenie telefonu do ładowarki i sen. Po 34 godzinach podróży sen staje się największym luksusem. Jednak za cenę, jaką zapłaciłam za bilety lotnicze z Krakowa do Rio – niczego nie żałuję.

To nie jest moja pierwsza podróż do Rio. A jednak, za każdym razem czuję się tak, jakby była. Lecę tu spontanicznie, bez planu. Z potrzeby doświadczenia rytmu miasta, pobycia wśród mieszkańców, nacieszenia oczu widokiem oceanu w otoczeniu gór.

Tam, gdzie fawela spotyka ocean

Kolejnego dnia wsiadam w metro i jadę na moją ulubioną plażę: Praia da Gávea, leżącą tuż za słynnymi Copacabaną i Ipanemą. To również ulubiona plaża mieszkańców pobliskiej faweli Rocinha, w dodatku pozostająca poza zasięgiem masowej turystyki. Wychodząc z metra widzę największą fawelę w Rio. Idąc pieszo w stronę plaży, mijam kilka luksusowych budynków, w tym architektoniczną perełkę – Hotel Nacional Rio, zaprojektowany przez Oscara Niemeyera. To jedno z tych miejsc, gdzie nierówność społeczna staje się namacalna. Fawele, wpisane w miejski krajobraz niczym barwne mozaiki, kontrastują z elegancką zabudową. Ten widok rzuca wyzwanie nie tylko Rio, ale też naszej własnej percepcji ludzkości.

I wtedy Rio uderza cię ponownie – tym razem swoim nieopisywalnym pięknem. Miasto unosi się nad ziemią, zawieszone między urwistymi wzgórzami. Monumentalna rzeźba Jezusa Chrystusa góruje nad wszystkim i jest widoczna niemal z każdego punktu. Góry tworzą oazę dla plaż i mieszkańców, a zarazem rzucają cień na złożoność społeczną. Spędzam pół dnia na plaży. Patrzę raz na ocean, raz na góry. Innym razem – na ludzi grających w piłkę nożną.

Cariocas – jak nazywa się mieszkańców Rio – mogliby uprawiać plażowanie na olimpiadzie, zdobywając złoty medal. Próbuję uchwycić ten obraz i zapisać go w pamięci. Przez całe popołudnie nie spotykam ani jednego turysty. Czas płynie mi na obserwacjach i nieudolnych próbach skakania przez ogromne fale, co chwilę ląduję pod wodą, porwana przez ich siłę.

Vanessa

W końcu lituje się nade mną dziesięciolatka. Chwyta mnie za rękę i pyta:
– Jak masz na imię?
– Monika.
Zanim zdążę się zorientować, że nadchodzi kolejna ogromna fala, słyszę:
Monika to brzydkie imię. Będę mówić do ciebie Vanessa.

Śmieję się. Moja nowa znajoma zaprasza mnie do domu. Nie zastanawiam się długo, przyjmuję zaproszenie. Po drodze rozmawiamy nieporadnie. Mam jednak wrażenie, że w Rio wystarczy uśmiech i język ciała, żeby się zrozumieć. Dopiero po dłuższej chwili orientuję się, że jestem w środku faweli.

Na szczytach wzgórz, życie toczy się inaczej. Mieszkańcy codziennie pokonują setki nierównych schodów stromo pnących się w górę, często zalanych ściekami i tak wąskich, że ruch obustronny jest praktycznie niemożliwy. Jest duszno i ciasno, mijamy surowe, niewykończone budynki, z wiszącymi kablami nielegalnie podłączonego prądu. Docieramy do domu. Jest skromny i ma tylko jedno okno. Zostaję przyjęta jak dobra znajoma, częstują mnie Guaraną, napojem gazowanym z owocu guarana. Spędzam z moją koleżanką i jej mamą dwie następne godziny. Oprowadzają mnie po faweli i zapewniają kolejną dawkę śmiechu.

W Rio nie da się uciec od biedy. Ubóstwo, które tu widzę łamie serce. Rio de Janeiro to miasto kontrastów, wyzwań, nieskończonego zachwytu i ludzkich historii. Miejsce, w którym mogą spróbować cię okraść trzy razy, a za czwartym razem ktoś ci pomoże. To miejsce, które niczego nie udaje. I które – chcąc nie chcąc – zmienia perspektywę na zawsze. Nie jest wygodne. Nie jest łatwe. Ale ma w sobie prawdę, której czasem brakuje innym miejscom. Nie da się go tylko zobaczyć, trzeba je poczuć i przeżyć. Moje Rio miało dziesięć lat i nazywało mnie Vanessą. Jakie będzie twoje?

Źródło: National Geographic Traveler

Z okazji 20-lecia polskiej edycji „National Geographic Traveler” redakcja zaprosiła czytelników do udziału w wyjątkowym konkursie. Chętni opowiedzieli nam o miejscach, które zachwycają, poruszają lub zmieniają sposób patrzenia na świat, a najlepsze z tych historii trafią na łamy magazynu i stronę internetową.

Reklama
Reklama
Reklama
Loading...